fot. Krystian Daszkowski, na zdjęciu Krystyna Nita

Babki hełmem niemieckim robione

„Przyjście na świat w miejscowości, z której cała ludność została wypędzona, a na ich miejsce przybyli inni, przywożąc własne traumy, musiało odbić się na dzieciach. Wojna naznaczyła moje dzieciństwo, mimo że jej nie przeżyłam. Nie potrafię bez emocji o tym mówić i pisać” – opowiada Krystyna Nita, autorka książek, stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego.

Jakub Wojtaszczyk: Co przychodzi pani na myśl, kiedy słyszy nazwę Piecewo?

Krystyna Nita: Moja rodzinna wieś. Mimo że od czterdziestu lat mieszkam w Krakowie, to czuję się Pomorzanką, a dokładniej Krajanką. Położenie Piecewa to skomplikowana sprawa, bo geograficznie należy do Pomorza, ale historycznie do Wielkopolski, a administracyjnie po każdej reformie miejscowość należała do innego województwa, tak jakby jej nikt nie chciał. Przyczepiano ją chyba na siłę do szczecińskiego, koszalińskiego, pilskiego, a teraz do wielkopolskiego. 

 

JW: Czym ta miejscowość jest dla pani?

KN: Im starsza jestem, tym bardziej emocjonalnie podchodzę do Piecewa. Jest dla mnie miejscem, które mnie ukształtowało.

 

fot. Krystian Daszkowski

Tu są moje korzenie, a „Bez korzeni nie ma skrzydeł”, jak mówi tytuł książki o terapii rodzin.

Moja rodzina przyjechała tutaj w 1945 roku. Mieszkali tu jeszcze Niemcy. Mój dziadek 12 lat mieszkał i pracował w Niemczech, więc dobrze mówił w tym języku. Zdarzało się, że po wojnie służył za tłumacza.

 

JW: Skąd przybyła pani rodzina? Dlaczego wybrała Piecewo?

KN: Rodzina taty przyjechała z Gór Opolskich. Dziadek wcześniej pracował w okolicach Szczecina i Szczecinka, więc wiedział, co zastanie w tym regionie. Mama dotarła tu w latach 50. z okolic Opoczna. Przyjechała do swojej siostry i została na zawsze. Była krawcową. Szyła ubrania dla mieszkanek wsi. Później zrezygnowała z tej pracy i pomagała tacie prowadzić gospodarstwo rolne. Większość osiedleńców przyjechała do Piecewa z Lubelskiego i Kieleckiego. Pierwsi osiedleńcy sprowadzali swoje rodziny i sąsiadów.

 

JW: Jak zapamiętała pani Piecewo?

KN: Jako miejsce z krajobrazem polodowcowym o pięknej przyrodzie, tajemniczych borach sosnowych i gospodarstwach, których nie zbudowali mieszkańcy Piecewa. Na wszystkie pytania, skąd się wzięły nasypy i tory kolejowe, rozebrane i wywiezione do ZSRR, szachulcowe kościoły i chałupy, od których poetycko nazwano nasz region krainą w kratkę, otrzymywałam odpowiedź: to poniemieckie. W dzieciństwie starałam się wyobrazić sobie poprzednich właścicieli naszego domu.

 

Krystyna Nita, fot. Krystian Daszkowsk

Chciałam wiedzieć, kim byli i jacy byli.

Te osoby zawsze mi towarzyszyły, ale były niewidzialne. Mój ojciec, który w 1945 miał 12 lat, wielokrotnie opowiadał o swoich niemieckich kolegach. Niemcy nawet do 1946 roku byli przekonani, że ich nie wywiozą, że będą mogli zostać z Polakami.

 

JW: Co dominowało w pani wspomnieniach?

KN: Od zawsze była w nich obecna wojna, mimo że jej nie przeżyłam, bo urodziłam się w 1957 roku. Jednak, jak to bywa na tzw. Ziemiach Odzyskanych, wojenne opowieści bardzo często wracały w domu. Niemcy zaczęli przyjeżdżać do Piecewa pod koniec lat 60., najpierw z NRD, później z RFN.

 

Pewnego razu odwiedziła nas pani, która mieszkała w domu, w którym się urodziłam. Dla mnie to było wielkie przeżycie!

Niemieccy mieszkańcy Deutsch Fier (przedwojennego Piecewa) zmaterializowali się. Pamiętam wzruszający moment, kiedy moja mama spontanicznie podarowała naszemu gościowi jajka, które właśnie przyniosła z kurnika. Niemka chciała się odwdzięczyć. Chyba wcześniej żadne prezenty nie były przewidziane. W samochodzie miała serwetkę, którą wręczyła mamie. Kobiety z dwóch różnych światów, ofiary II wojny światowej, obejmowały się i płakały. Serwetka znalazła się potem na honorowym miejscu w pokoju mamy.

 

JW: Kolekcjonowała pani te opowieści?

KN: Tak, lata później spisałam to, co udało mi się zapamiętać i wysłałam tekst na konkurs „Wieś, w której żyję” ogłoszony w 2015 roku przez redakcję kwartalnika „Kultura Wsi”. Miał on na celu dokumentowanie przemian zachodzących na przestrzeni ostatnich 25 lat ustrojowej transformacji. Napisałam więcej. Nie potrafiłam ograniczyć się tylko do tego okresu. Mój praca „Piecewo – wieś, w której żyję” została doceniona przez jury „za szczególne walory historyczne”. Wzięłam udział w konkursie, gdyż chciałam tylko przekonać się, czy to moje pisanie ma w ogóle jakąś wartość, a otrzymałam za nie nagrodę Marszałka Województwa Mazowieckiego. Książka „Piecewo. Wieś, w której żyję” została wtedy wydana.

 

JW:W opowieściach o tzw. Ziemiach Odzyskanych pojawia się tymczasowość i strach, że Niemcy wrócą i odbiorą swoje domy i mieszkania. Czy taka atmosfera panowała również w pani rodzinie?

fot. Krystian Daszkowski

KN: Tak. Był nawet taki czas, gdy tata szukał gospodarstwa bliżej Poznania, „w Polsce”. Włożył jednak dużo pracy w to w Piecewie i zwyczajnie było mu żal zostawić pola i to, co zbudował.

 

JW: O czym opowiada poprzednia książka? Jak pani zbierała materiały?

KN: Spisałam wspomnienia rodzinne. Poszperałam w literaturze fachowej. Złotowszczyzna ma szczęście do doskonałych kronikarzy. Powstało wiele książek na temat Złotowa, Krajenki oraz wielu wsi krajeńskich, ale tych, gdzie żyła mniejszość polska, gdzie walczono o polskość. Piecewo, Osówka, Węgierce, Pomiarki, Bartoszkowo, to wsie całkowicie zniemczone. Nikt się nimi do tej pory nie interesował, więc niewiele wiadomo na temat ich historii.

 

Trzeba przewertować wiele książek, by znaleźć jakieś wzmianki, kilka pojedynczych zdań napisanych przy okazji redagowania książek o „ważnych” miejscowościach i ich chlubnych dziejach.

Od jakiegoś czasu istnieje moda na zajmowanie się historią własnych miejscowości. W naszym powiecie działa wielu regionalistów pasjonatów. Zaraz jak wyszła moja pierwsza książka, skontaktowali się ze mną panowie, którzy od dawna skutecznie zgłębiają historię Krajny. Wskazali literaturę, z którą powinnam się zapoznać, opowiedzieli o swoich odkryciach. Poczułam się otoczona opieką. Wiem, że mogę liczyć na wsparcie regionalistów z naszej gminy i gmin ościennych. Czasem przedyskutowuję z nimi ciekawe odkrycia. Bezcenną pomoc w postaci niezbędnej literatury można uzyskać w Muzeum Ziemi Złotowskiej. Dużym ułatwieniem jest korzystanie ze zbiorów zdigitalizowanych.

 

fot. Krystian Daszkowski

JW: O czym będzie książka, która właśnie powstaje?

KN: Po napisaniu pierwszej książki przyjechali do mnie Niemcy. Oni interesują się tym, co się dzieje w tej ich małej ojczyźnie.

 

Poznałam pana Güntera Knispela, który urodził się w Piecewie. Pierwszą wizytę przepełniała nieufność. Przejrzał książkę i zobaczył w niej zdjęcie swojej 12-letniej mamy na tle szkoły. Wzruszył się.

Po jego powrocie do Niemiec zaczęliśmy korespondować. Jakiś czas później ponownie przyjechał do Piecewa, przywiózł zdjęcia, mapy i dużo opowieści. Uznałam, że nie mam prawa zatrzymywać tej wiedzy dla siebie. Wiem, że to dziwne, ale cały czas miałam wrażenie, że historia naszej wsi zaczęła się w 1945 roku. Na ponad dziesięć lat przed moimi urodzinami. Żyłam wspomnieniami moich bliskich. Pan Knispel podzielił się ze mną naszą wspólną historią. Podarował mi historię Piecewa. Było to dla mnie bardzo ważne.

 

JW: Jakie to były opowieści?

fot. Krystian Daszkowski

KN: Czułam, że w 1945 roku coś złego wydarzyło się w Piecewie. Nie myliłam się. Prócz tego, że nasze lasy i tereny rolnicze były polami bitwy i cmentarzami, w miejscowości odbywały się gwałty na bezbronnych kobietach. Pierwsza taka historia dotyczyła pani Anny Janke, do której domu drzwi wyważył pijany NKWD-zista. Kobieta mieszkała z dwiema córkami, 12-letnią Ruth i 3-letnią Eryką. Chciał zgwałcić nastolatkę, ale ta zaczęła bardzo krzyczeć, co oprawcy przeszkodziło. Ze złości zabił matkę pani Suchnow, uciekinierki z Prus Wschodnich, i zgwałcił panią Janke na oczach obecnych. Kobieta zabrała córki i poszła do stodoły. Powiesiła tam Erykę, a następnie próbowała zabić Ruth i siebie, ale sznur okazał się za słaby. Ktoś ją odnalazł i pomógł. Ta kobieta zmarła dwa lata po wojnie. Myślę, że nie mogła poradzić sobie z tym, co się stało. Podobnych historii było więcej.

 

JW: A jak ten czas wyglądał w historii pani rodziny?

KN: Babcia i dziadek wraz z czwórką dzieci przyjechali tam na początku maja. Najstarszy syn miał już swoją rodzinę. Córka wyszła za mąż na początku 1946 roku. Tata był najmłodszy. Został z rodzicami. Polacy trzymali się razem, bo tak było bezpiecznie. Z opowieści rodzinnych wnioskowałam, że relacje z Niemcami układały się dobrze, to Rosjan należało unikać. Niebezpieczni byli szabrownicy i dezerterzy błąkający się po okolicy, albo po prostu bandy.

 

Polacy zaczynali nowe życie, a Niemców wypędzono. Wcześniej wiele wycierpieli. Wiem, że patrzę na tę sytuację przez współczesne okulary i nie mam prawa nikogo osądzać.

Wielu spraw nie jestem w stanie zrozumieć. Myślę, że mieszkający tam wtedy Polacy nie wiedzieli o wszystkich cierpieniach niemieckich mieszkańców. Byli też tacy, którzy Niemcom dokuczali. Niemcy i Polacy żyli obok siebie, ale nie razem. Trochę ze sobą handlowali. Ale gdy zmarł Niemiec, cała wieś poszła na pogrzeb. Sołtys, pan Białas, zrobił trumnę z desek oderwanych z podłogi. Biedę klepali wszyscy. Jeszcze wiele lat po wojnie rolnicy znajdowali niewypały i granaty w polu. Mój tato opowiadał o Siegfriedzie, swoim koledze Niemcu, z którym razem rozkręcali granaty, wysypywali z nich proch i go podpalali. Pewnego razu temu chłopcu wybuchł granat i go zabił.

 

JW: Skąd jeszcze czerpała pani informacje do nowej książki?

fot. Krystian Daszkowski

KN: Książka cały czas powstaje. Pandemia pokrzyżowała moje plany. Powinnam spędzić trochę czasu w archiwach i bibliotekach, a te jak wiadomo były zamknięte. Spróbuję to nadrobić w czasie wakacji. Pragnę też napisać krótkie historie sąsiednich wsi, tych, którymi nikt się do tej pory nie zajmował.

 

Poświęcę w tej książce więcej uwagi niemieckim i polskim mieszkańcom miejscowości.

Nie jestem historyczką. Nie pociąga mnie kompilowanie historii z dzieł fachowców, chociaż będę musiała zredagować rys historyczny. Chcę, aby historia wsi była pokazana poprzez opowieści jej mieszkańców i ich rodzin. Rozmawiam z ludźmi, zapisuję ich wspomnienia. Mam nadzieję, że mój zamysł się powiedzie.

 

JW: Czy pisząc kolejną książkę, potrafi pani wyzbyć się sentymentów?

KN: Nie potrafię. Te historie są dla mnie ogromnym przeżyciem. Czasami wydaje mi się, że pisanie jest  rodzajem terapii. To okazja do pozbycia się, a przynajmniej uporządkowania myśli, które od dziecka mi towarzyszą. Przyjście na świat w miejscowości, z której cała ludność została wypędzona, a na ich miejsce przybyli inni, przywożąc własne traumy, musiało odbić się na dzieciach. Wojna naznaczyła moje dzieciństwo, mimo że jej nie przeżyłam. Nie potrafię bez emocji o tym mówić i pisać.

 

fot. Krystian Daszkowski

JW: Jednak pani wyjechała. Była to ucieczka?

KN: Bardziej chęć poznania świata. Wybrałam Kraków, bo to najbardziej polskie miasto. Nie chciałam być otoczona tym, co poniemieckie. Jednak w nowym mieście zdałam sobie sprawę, że jestem stamtąd. Podczas rozmów z moimi koleżankami okazuje się, że mamy zupełnie inne doświadczenia. Do robienia babek z piasku służył mi niemiecki hełm. W tym czasie moje krakowskie koleżanki bawiły się lalkami! To tylko jedna różnica, a jest ich masa. Na studiach i już podczas pracy w szkole wyjeżdżałam do najróżniejszych krajów, dzięki temu nabrałam trochę dystansu. Organizowałam międzynarodowe seminaria i wymiany młodzieży. Wiele lat współpracowałam z niemieckimi nauczycielami. Myślę, że bez tego nie napisałabym o Piecewie i jego historii.

 

Krystyna Nita, rocznik 1957. Pochodzi z Piecewa, maleńkiej wsi krajeńskiej. Ukończyła złotowskie LO i studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niepraktykująca geolożka i praktykująca nauczycielka języka francuskiego w jednej z krakowskich szkół. 25 lat zajmowała się projektami unijnymi, współpracując z nauczycielami z kilkunastu europejskich szkół. 10 lat pracowała dla francuskiego wydawnictwa Didier. Lubi literaturę rosyjską i francuską. Uwielbia podróże, spotkania z ciekawymi ludźmi, fascynujące rozmowy i swoją rodzinną wieś.