fot. Maciej Kijko

Gość w dom

Minął już jakiś czas, od kiedy na lotnisku Ławica wylądowali pierwsi z dwustu pięćdziesięciu Afgańczyków, dla których Poznań ma być przystankiem na drodze do znalezienia nowego domu po utracie ojczyzny.

Zostali przyjęci inaczej, niż grupka zamknięta na skrawku ziemi niczyjej, pomiędzy granicami Polski i Białorusi – Poznaniacy ugościli ich i zainicjowali zbiórkę potrzebnych rzeczy. Byli jednak otoczeni w hotelu kordonem policji. Mają zostać u nas około trzech miesięcy, jednak siłą rzeczy uosabiają swoją obecnością pytanie, które opornie chcemy sobie zadać w Polsce: Jak, a nie czy, przyjąć przybyszy (dobrowolnych i tych z przymusu) szukających sobie nowego miejsca na Ziemi?

 

Pojawią się oni czy tego chcemy, czy nie. Nie tylko dlatego, że nie da się ich powstrzymać, ale też z tego powodu, iż ich potrzebujemy. A nie ma sklepu z migrantami, by móc wybierać sobie taki, a nie inny ich model.

Historia pokazuje migracje jako uniwersalne. W końcu tereny, które nazywamy teraz Polską (wbrew popularnym i nieprawdziwym wizjom turbolechitów), kilka dziesiątek tysięcy lat temu zamieszkane były zapewne przez naszych starszych braci neandertalczyków, o których wiele można powiedzieć, ale z pewnością nie to, że byli Polakami. Po nich zamieszkiwali te tereny między innymi Celtowie, a w czasach bezpośrednio poprzedzających osadnictwo słowiańskie – germańskie plemiona Gotów.

Przestrzeń otwarta

Wielkopolska może stanowić dobry przykład przestrzeni otwartej na migrantów, a nawet zapraszającej obcych do siebie, by znaleźli tu swój dom.

Osadnicy Olenderscy i przybysze z Bambergu, którzy zostali zaproszeni na nasze tereny, by pokazać sposoby uprawy ziemi oraz zagospodarować nieużytki w efekcie zmienili znacznie więcej. Wielu z ich wpływów nie sposób już rozpoznać, bo następstwem bytności tych przybyszy skądinąd był nowy wspólny świat – ten, który znamy jako swojski i polski.

 

Pamięć jest bowiem nie tyle przestrzenią zachowania, co zapomnienia – zapomnienia o pstrokaciźnie naszej kultury, jej patchworkowości.

Metodą pamięci jest zacieranie śladów, maskowanie szwów, by osiągnąć klarowność jedności, przejrzystość oczywistości. I znowu tyleż to zrozumiałe i konieczne nawet, co zwodnicze. Musimy tworzyć w pamięci jasny, zrozumiały obraz przeszłości, a jednocześnie tracimy przez to świadomość, jak wielu różnych wpływów efektem jest nasza kultura oraz rzeczywistość.

Choć zaproszenie Afgańczyków do Wielkopolski ma inny charakter niż zaproszenie Olędrów, to sytuacja w istocie nie różni się wiele. Przybyli tu z bagażem swojej kultury i siłą rzeczy zetknie się ona z naszą. Zwykle traktowany jest ten moment dość jednoznacznie: przybysze muszą się nauczyć życia w nowym świecie, a gospodarze (w idealnym przypadku) życzliwie ich w tym wspomagają.

 

fot. Maciej Kijko

fot. Maciej Kijko

To jest scenariusz uznawany za oczywisty i zasadniczo przyjazny dla wszelkich migrantów.

W obliczu obecnej polityki rządu czyniącej z przybyszy postrach, potencjalne zagrożenie, musi za taki uchodzić. Odłączając się od tej przerażającej w sumie retoryki (będącej świadectwem właśnie niepamięci o pokoleniach polskich emigrantów) można zapytać: Czego my moglibyśmy się od nich nauczyć? Czy jest naprawdę tak, że nie przybywają z niczym wartym poznania? Niczym godnym zainteresowania, szacunku, przyjęcia i włączenia w nasze życie?

Wszyscy jesteśmy gośćmi

Myślimy o tej relacji bardzo jednostronnie, zgodnie ze starym porzekadłem: wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one. Ale spróbujmy wyzwolić się z tego schematu. Jeśli pojmiemy komunikację międzykulturową jako transmisję informacji (jak się poruszać w kraju, którego się nie zna, jak w nim żyć, co robić, czego nie robić) okaże się, że faktycznie gospodarze mają przewagę: oni to wiedzą i instruują, a goście się stosują do wskazówek.

 

Jednak przecież ci goście to nie istoty pozbawione właściwości.

Mają swoje sposoby życia, na swój sposób postrzegają rzeczywistość. Nie muszą chcieć tego porzucać, mogą być przekonani o wartości tego swojego wyposażenia i uznawać, że sami mają coś do zaoferowania. W zarysowanym tu scenariuszu nie mają na to możliwości. Ba, obowiązkiem gościa jest być wdzięcznym i siedzieć cicho, w innym przypadku łatwo go uznać za niewdzięcznika.

Jeśli jednak uznamy, że wszyscy jesteśmy gośćmi tu, gdzie mieszkamy, bo wcześniej inni zamieszkiwali te tereny, a kiedyś może jeszcze inni będą tu stawiali swoje domy, to pojawia się inna możliwość. Sytuacja spotkania gości trochę wcześniej gdzieś osiadłych z tymi, którzy dopiero co przybyli, to moment tworzenia nowego wspólnego świata oraz otwarcia przestrzeni dla zawiązania się realnej wspólnoty.

 

Uczą się jedni i drudzy. Jedni i drudzy się zmieniają.

Da się powiedzieć, że to ładnie może i brzmi, ale jest jak najdalsze od rzeczywistości, niemożliwe w realizacji. Z pewnością – realne procesy społeczne pełne są napięć, nieoczekiwanych starć i problemów. Łatwo w ten sposób próbować uniknąć choćby tylko wysiłku wyobrażenia sobie innego sposobu myślenia.

Nie zaprzeczając możliwości zaistnienia różnych konfliktów, to podstawą całej sytuacji i dynamiki zdarzeń jest ogólne jej wyobrażenie: Kto wchodzi w relację? Jaka jest pozycja poszczególnych uczestników? Co ma być efektem takiego spotkania?

 

Wiele tarć jest przecież skutkiem założonych wcześniej pozycji uczestników, ich obowiązków i zamierzonych do osiągnięcia efektów.

Uznając prawo przybyszów do wniesienia swojego udziału w rzeczywistość, która ma być ich nowym domem, da się uniknąć wielu kłopotów. Pojawią się zapewne inne – żyjemy w końcu na najlepszym z możliwych światów, co nie znaczy, że doskonałym.