fot. Mariusz Hertman, na zdjęciu Bartosz Zaczykiewicz

Jak na wojnie

„Bardzo bolesna była dla nas niezrozumiała stygmatyzacja kultury, którą będziemy niestety jeszcze długo odczuwać, nawet jeśli pandemia cudownie nagle się skończy z dnia na dzień” – mówi Bartosz Zaczykiewicz, dyrektor Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu.

Jakub Wojtaszczyk: Cofnijmy się do niedalekiej przeszłości. Jak wyglądał teatr po pierwszym zamknięciu instytucji kultury ze względu na pandemię?

Bartosz Zaczykiewicz: Trudno o głębszą refleksję, bo sytuacja, z którą się zetknęliśmy i wciąż stykamy, jest nadal zmienna i nie sposób się połapać, czym jest nasza obecna rzeczywistość. Nie umiem powiedzieć, jak wyglądał teatr po pierwszym zamknięciu. Czuliśmy się jak na wojnie, na której nie widać wroga i nie wiadomo, kim lub czym on jest. Nagle wszystko trzeba było przedefiniować, zbudować nowe ramy organizacyjne, nie mając do tego narzędzi, nie znając perspektywy – słowem, znaleźliśmy się w gęstej mgle, w której w dodatku kazano nam się wyprowadzić z „domu”. Podstawowe istnienie teatru straciło swój sens. Bez widzów nasza sztuka nie istnieje – może istnieć bez reżyserów, scenografów, kompozytorów, nawet bez aktorów, może istnieć bez sceny, bez tekstu, bez dekoracji, nawet bez fabuły – ale nie może istnieć bez widzów. Początek pandemii to wielki problem natury ontologicznej, ale zaraz potem również problemy bardziej przyziemne, systemowe – jako że jesteśmy teatrem instytucjonalnym – mentalne i materialne.

 

JW: Przed jakimi wyzwaniami stanął kaliski teatr?

BZ: W połowie marca byliśmy dwa i pół tygodnia przed premierą – jak wiele innych teatrów, bo często wieczory premierowe są planowane na Międzynarodowy Dzień Teatru, który przypada 27 marca.

 

Przerwanie pracy w jej finałowym momencie, szczególnie że pracowaliśmy nad skomplikowanym psychologicznie tekstem „Dowcip” Margaret Edson, było wielkim wyzwaniem i dla naszych aktorów, i dla realizatorów.

Ostatecznie ta premiera odbyła się we wrześniu i jestem pełen podziwu dla całej ekipy, jak fantastycznie zdołała przez dodatkowe pół roku nosić w sobie tak delikatny spektakl – a potem zagrać go w mocno zmienionym kontekście, bo akcja fabularnie toczy się przecież w szpitalu, w sytuacji zagrożenia życia i np. scena w maskach miała inne znaczenia przed pandemią…

Bartosz Zaczykiewicz, fot. Mariusz Hertman,

Kolejnym wyzwaniem wynikającym z zatrzymania naszej pracy były Kaliskie Spotkania Teatralne, w tym roku w dodatku jubileuszowe. Sceny teatralne zostały zamknięte w chwili, kiedy wchodziliśmy w finałowy etap przygotowań.

 

JW: Czy widzowie chętnie wrócili do teatru?

BZ: Nie można prostym równaniem opisać reakcji widzów. Bardzo bolesna była dla nas niezrozumiała stygmatyzacja kultury, którą będziemy niestety jeszcze długo odczuwać, nawet jeśli pandemia cudownie nagle się skończy z dnia na dzień. Część odbiorców została przestraszona, część nie mogła się doczekać, aż znowu zaczniemy grać.

 

Pierwsze spektakle w czerwcu sprzedawały się ostrożnie – inna sprawa, że czerwiec nigdy nie był miesiącem, w którym widzowie walą drzwiami i oknami, przynajmniej u nas.

Tym niemniej nie sprzedawaliśmy kompletu biletów, mimo że początkowo sami ograniczyliśmy swoją widownię bardziej, niż zalecały wytyczne – i przedsięwzięliśmy regularną dezynfekcję przestrzeni dla widzów i dla pracowników specjalistycznym sprzętem, choć tego od nas także nie wymagano. Wydaje mi się, że było u nas naprawdę bezpiecznie, jeśli porównać audytorium naszego teatru z innymi przestrzeniami publicznymi – do dziś nie mamy informacji o jakimkolwiek zarażeniu się na widowni.  Generalnie widzowie, którzy do nas docierali, ze sporym zrozumieniem podchodzili do kwestii zastosowanych obostrzeń, nawet jeśli czasami zdarzały się osoby nieco oporne w kwestii permanentnego pozostawania w masce.

 

JW: A jak było z drugim lockdownem?

BZ: Drugi lockdown od pewnego momentu zbliżał się do nas i z niepokojem wypatrywaliśmy, kiedy nastąpi. Na szczęście zdołaliśmy przeprowadzić szczęśliwie Kaliskie Spotkania Teatralne – dziś wiemy, że był to największy festiwal teatralny, który w 2020 roku odbył się w Polsce na żywo, a nawet możemy podejrzewać, że jeden z większych w Europie – zakończyć pracę nad wspomnianym „Dowcipem”, a także zrealizować i kilka razy zagrać kolejną premierę, spektakl pt. „Prosna. Kryminał muzyczny”. Ten drugi tytuł nawet w normalnych warunkach byłby wyzwaniem logistycznym, a nam udało się go stworzyć i pokazać mimo gigantycznych przeszkód pandemicznych, ograniczeń związanych z zakupem materiałów do produkcji, a nawet mimo konieczności udania się niektórych osób na kwarantannę. Na szczęście nikt z naszych pracowników ani współpracowników w owym czasie nie zachorował.

 

JW: Czy zespół był gotowy na to zamknięcie?

BZ: Nigdy żaden artysta nie był i nie będzie gotowy na odcięcie go od odbiorców. Teatrom zalecano przeniesienie głównej działalności do sieci. Pomijając kwestie technologiczne i artystyczne, to zalecenie w takim brzmieniu jest groźnym pomyleniem pojęć. Przy najszczerszych chęciach teatry nie mogą prowadzić głównej działalności online.

 

Teatr to żywy kontakt z widownią, a tego w internecie nie mamy, więc nie może być mowy o prowadzeniu fundamentalnych działań w przestrzeni wirtualnej.

Oczywiście lepiej mieć chociażby taką zastępczą formę działalności. Trzeba jednak pamiętać, że hierarchia treści w sieci jest bardzo odmienna od rzeczywistości niewirtualnej. Internet jest ze swej natury zjawiskiem globalnym, tracimy też zatem wiele atutów związanych z lokalnością.

 

JW: Właśnie, byliście państwo zmuszeni przenieść „Teatr dostępny dla wszystkich” do sieci…

BZ: „Teatr dostępny dla wszystkich” to akcja, dzięki której przystosowujemy wybrane przedstawienia do odbioru przez osoby niedowidzące albo osoby z wadami słuchu. Dla pierwszej grupy przygotowujemy audiodeskrypcję, która polega na tym, że lektorzy uzupełniają akcję sceniczną, a w zasadzie dialogi sceniczne, o opis działań na scenie. Dla widzów z wadami słuchu przygotowane są tłumaczenia przedstawień na polski język migowy, prezentowane na żywo przez specjalistów. W obecnej sytuacji rozesłaliśmy dostęp do przygotowanych tak wydarzeń do określonych odbiorców.

 

JW: Jak pokazać spektakl online, aby cały czas był interesujący dla widza?

Bartosz Zaczykiewicz, fot. Mariusz Hertman,

BZ: Nie wiem. W zasadzie najlepiej przetłumaczyć go na język telewizyjny, ale ponieważ jest to jednak inne medium, wymagałoby to przedsiębrania wielkich środków, zarówno artystycznych, jak i materialnych. Trudniej się skupić na spektaklu oglądanym w sieci, bo ten sposób przekazu z definicji posługuje się raczej krótkimi formami, często bardzo fragmentarycznie prezentując dane zagadnienie. Mamy za sobą pierwsze próby grania online, ale to za małe doświadczenie, aby wyciągać wnioski.

 

Osobiście wciąż bliższa jest mi tęsknota do rychłego powrotu do żywego kontaktu z publicznością, niż myślenie o rozwoju naszych spektakli pod kątem ich elektronicznej prezentacji.

Pewnym problemem jest także to, że mając kilkutygodniowe perspektywy, trzeba równolegle myśleć o obu przestrzeniach potencjalnej działalności, a to jest trochę tak, jakby sadzić równocześnie zwykłe rośliny i szklarniowe: albo na jednym polu, w tych samych miejscach, albo szklarniowe na dodatkowym polu. W obu przypadkach to się trochę nie trzyma kupy.

 

JW: Czy w takim przypadku trzeba myśleć o nawykach widowni w domu? Jesteśmy przyzwyczajeni do częstych przerw, np. przy oglądaniu serialu czy filmu…

BZ: No właśnie to są inne materie. Roślina szklarniowa i taka, która wymaga żywego słońca. Te materie wymagają także innych narzędzi. Pandemia zachwiała wieloma aspektami ludzkiej aktywności – te porównania pewnie pasują do większości dziedzin.

 

JW: Czy pandemia może być inspirująca dla twórców i twórczyń teatralnych?

BZ: Tak, ale nie narzekałbym na brak inspiracji bez pandemii… Per saldo na pewno jesteśmy na minusie wskutek zarazy.

 

JW: Jak teatr szykuje się do powrotu na deski z żywą widownią?

BZ: Wciąż żywimy się nadzieją rychłego powrotu do pracy, więc robimy to, co umiemy. Obecnie trwają próby nowego spektaklu, „Czaszka z Connemara” Martina McDonagha w reżyserii Judyty Berłowskiej, który chcemy ukończyć jeszcze w tym roku, choć nie wiemy, czy odbędzie się premiera z udziałem publiczności, czy też gotowe przedstawienie będzie się „cukrować” w ukryciu.

W zależności od sytuacji, może rozważymy dodatkowo internetowy wariant prezentacji, choć tu przeszkodą bywają kwestie licencyjne. Planujemy kolejne próby, między innymi Rudolfa Zioło. Poza tym akurat w tej chwili trwają prace inwestycyjne: modernizujemy nagłośnienie na Dużej Scenie. Niebawem pod tym względem powinniśmy spełniać naprawdę wysokie standardy. Cieszy mnie to szczególnie ze względu na myśl o wznowieniu naszej najnowszej produkcji, czyli wspomnianej „Prosny”, która będzie mogła zabrzmieć w pełnej krasie. Obyśmy tylko mogli wrócić do pracy.