fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #38

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku House Party Season, Selfharmony i Strange Clouds.

HOUSE PARTY SEASON
Pink Drone EP
wydanie własne, 2021

Ambient zaangażowany, z ważnym przesłaniem? „Pink Drone” udowadnia, że tak też można. Choć najspokojniejszy gatunek muzyki elektronicznej, uchwalony przez legendarnego producenta Briana Eno, najczęściej kojarzy się z medytacją, szeroko pojętym zaglądaniem w głąb siebie i swego rodzaju tabula rasą, to dwuczęściowa płyta poznańskiego producenta/producentki House Party Season skłania nas do czujniejszej obserwacji nie tylko tego, co tkwi w nas, ale i tego, co dzieje się wokół, w zupełnie przyziemny, naoczny i w tym przypadku bolesny sposób.

 

„Pink Drone” to rzecz o nękaniu.

Autor/autorka tego dwuczęściowego mini-albumu opowiada nam o jego konsekwencjach w sposób bezpośredni, z czystej autopsji, choć wyłącznie instrumentalnie. Inspiracją do powstania tych kompozycji były autentyczne sytuacje z Nowego Jorku – z jego ulic, metra, restauracji. Choć może raczej bardziej to, co wydarzyło się później.

Kiedy w marcu ubiegłego roku, wraz z pandemią zapanował lockdown, ulice, metra i restauracje nagle opustoszały. Świat zastygł i choć na chwilę uśpił oprawców, jednak ich działania pozostawiły w duszy niezabliźnione rany. Izolacja społeczna niejako wymusiła radzenie sobie z nimi w pojedynkę.

 

Tak rozpoczął się „house party season” – czas, w którym leczenie traum w naturalny sposób przerodziło się w pełen pasji akt twórczy.

„Pink Drone” jest jego cudownym, słodko-gorzkim owocem, którym możemy się pokrzepić. To materiał uniwersalny – żaden muzak, ale maksymalnie zharmonizowany krajobraz dźwiękowy, po który na pewno warto sięgnąć, kiedy tylko tracimy jakąś wiarę. Zwłaszcza w siebie.

 

SELFHARMONY
Selfharmony
wydanie własne, 2021

DSBM (a rozwijając – depressive suicidal black metal) to niewątpliwie jeden z tych podgatunków muzyki metalowej, z którym chyba wyjątkowo trudno się utożsamić. Nie tylko dlatego, że już dawno został sprowadzony do roli internetowego memu o długowłosych „przegrywach”, ale przede wszystkim z uwagi na fakt, że wielu jego reprezentantów podchodzi do niego – nomen omen – śmiertelnie poważnie.

 

Niklas Kvarforth, wokalista Shining, niegdyś przechwalał się, że inspiruje swoich fanów do odbierania sobie życia, a na koncertach potrafił ciąć się bez opamiętania.

Jonas „B” Bergqvist, założyciel stojącej nieopodal kapeli Lifelover, przed samobójczą śmiercią w wieku zaledwie 25 lat, przesuwał granice muzycznego nihilizmu i mizantropii do wcale nie mniejszego ekstremum. Wreszcie Nattarn, bohater internetowych creepypast, ale przede wszystkim wokalista grupy Silencer, o którym krąży tak wiele legend, że nawet już trudno się połapać, które mogą mieć coś wspólnego z prawdą.

 

Starczy powiedzieć, że po okaleczaniu się podczas sesji nagraniowych i rzekomej próbie morderstwa został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym…

I w tym miejscu docieramy do debiutanckiego, tytułowego albumu poznańskiego zespołu Selfharmony, który choć od strony ideologicznej z DSBM może nie ma aż tak wiele wspólnego, to wyżej opisanych, skandynawskich szarlatanów bardzo przypomina od strony muzycznej.

To materiał, z którego wyziera całkowita beznadzieja, choć z drugiej strony – wzorem wspomnianego Lifelover – Szept, Antas, Anteros, Dave i Refur postarali się o kilka bardzo chwytliwych melodii („Withered”, „Klęska świtu”), które gdyby tylko zostały podane w innej panierce, to można by je nawet określić mianem przebojowych.

Choć trudno w to uwierzyć, „Selfharmony” to bardzo przystępna płyta. Oto jak diabeł kusi!

 

STRANGE CLOUDS
Epoché
wydanie własne, 2019

To opowieść o chłopaku, który chce znaleźć spokój i szczęście w wirującej i płonącej nadmiarem informacji rzeczywistości. To dokumentacja jego drogi. Usiądź, weź głęboki wdech, wszystko jest i będzie w porządku, w odwiecznym porządku wszechświata.

Akceptacja biegu rzeczy to klucz do zrozumienia natury tej płyty, a zarazem jej główne motto… – tak do swojego muzycznego świata zapraszają nas członkowie poznańskiego zespołu Strange Clouds, który z pewnością przypadnie do gustu nie tylko fanom konceptualnego rocka starej szkoły.

 

Co w ich twórczości zaskakuje najbardziej, to łatwość żonglowania gatunkami przy jednoczesnym zachowaniu spójności brzmienia.

„Epoché” ucieszy naprawdę wielu – zadowoleni będą ci, którym najbliżej do progresywnej psychodelii lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale zachwyci również tych, którym najbardziej po drodze z muzyką grunge, surf rockiem czy zimną falą.

Tak, Strange Clouds ma coś dobrego dla nich wszystkich, choć mogłoby się wydawać, że połączenie tak wielu, często dość przeciwstawnych stylów gitarowego grania w praktyce zadziałać nie może. Z równie dobrym skutkiem panowie mieszają prądy filozoficzne, zaklęte w czarujących, poetyckich i nieprzeintelektualizowanych tekstach.

 

Okazuje się, że rockowa przeprawa przez fenomenologię Edmunda Husserla wcale nie musi być bełkotem, a buddyjska filozofia akceptacji może śmiało łączyć się z agnostycznymi wątpliwościami Fernanda Pessoi.

I to na tle hałaśliwych riffów ? la The Doors! „Epoché” to album, który aż kipi wielobarwną i wieloznaczną treścią. To zaskakujące, że choć Vincent John (gitara, wokal, klawisze), Grzegorz Skowron (gitara, wokal), Kajetan Zwolak (bas) i Cezary Baka (perkusja) zagrali w Europie już dziesiątki koncertów, to w Polsce wciąż cieszą się relatywnie małą popularnością.

Cudze chwalicie, swego nie znacie…