fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #9

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Progshine Records, Rzabka i Wrathu.

PROGSHINE RECORDS
Progshine Collection #2, Progshine Records, 2019

 

 

Z gorącej Brazylii do swojskiego Kalisza. Miłośnik muzyki Diego Camargo to od kilku lat jedna z najciekawszych postaci wielkopolskiego undergroundu, bo to właśnie dzięki niemu tętni naprawdę gorącym rockiem. Zawsze stuprocentowo progresywnym i alternatywnym, często jazzowym, folkowym i psychodelicznym.

 

Wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy ten kaliski Brazylijczyk założył bloga Progshine, którego z powodzeniem prowadził przez siedem kolejnych lat.

Jego sukces był na tyle duży, że Camargo postanowił rozwinąć swoją małą markę i stworzyć stronę internetową z prawdziwego zdarzenia, puchnącą od recenzji, wiadomości i podcastów.

Później wszystko potoczyło się szybko – w 2013 roku uznał, że świetnym pomysłem będzie wydać składankę z utworami zespołów i artystów, których można było słuchać w Progshine Podcast. Po pierwszej kompilacji w cyfrowej dystrybucji, przyszedł czas na premierę z prawdziwego zdarzenia.

Progshine Collection #2, Progshine Records, 2019

„A Day Of Wrath” zespołu Family Free Rock z São Paulo – swoją drogą bardzo wyraźnie inspirującego się twórczością nieśmiertelnej, jugosłowiańskiej grupy Devil Doll – był pierwszym oficjalnym albumem w katalogu wytwórni Diego, któremu dziękować można również za późniejsze wznowienia płyt brazylijskiego Trem Do Futuro i dominikańskiego El Trio.

Jednak w najlepszym momencie swojej działalności Progshine Records wydaje się być właśnie teraz. Na początku tego roku ukazała się druga składanka labelu, zawierająca aż 23 kompozycje 13 związanych z nią kapel i wykonawców. Oprócz tych wcześniej wspomnianych sporą jej część wypełniają nagrania art- i hard rockowej kapeli Orgia Pravednikov. Dla odmiany, zupełnie niepołudniowoamerykańskiej, bo całkowicie moskiewskiej, założonej pod koniec ubiegłego wieku przez znanego pieśniarza Sergeya Kalugina.

Nie ma jednak wątpliwości, że „Progshine Collection #2” to przede wszystkim arcyciekawa przebieżka po brazylijskich muzykach, którzy – jak w dowcipie – „uczynili pewien progres”. Możecie być pewni, że rocka w ich wykonaniu nie można pomylić z jakimkolwiek innym.

RZABKA, Rzapple, SOMD, 2017

Jeśli chodzi o kulturę, to większość z nas ma coś na sumieniu. Coś, do czego nie przyzna się w towarzystwie, a co z niewiadomych przyczyn było niegdyś powodem niezdrowych wypieków na twarzy. Ktoś dałby się kiedyś pokroić za Backstreet Boys, ktoś wspomina swoją fanatyczną miłość do Stevena Seagala, a ktoś…

I tu przechodzimy do nieparlamentarnej płyty młodego rapera Rzabki z Gorzowa Wielkopolskiego, który jej ryzykowną zawartością przypomina o tanich slasherach i amatorskich produkcjach typu snuff, kiepskim gore klasy B i całym tym klozetowym, ordynarnym humorze, w który na Brooklynie celuje prekursor „krwawego” hip-hopu Necro, a w Poznaniu inny mistrz horror rapu – Słoń.

 

Trudno powiedzieć, czy to właśnie z autora „Chorych melodii”, „Demonologii” czy niedawnego „Mutylatora” brał zły przykład niepokorny Rzabka. Pewne jest, że depcze mu po piętach, raniąc je aż do krwi, która swoją drogą leje się na „Rzapple” litrami.

Rzabka, Rzapple, SOMD, 2017

Takie kawałki jak „Ay Ay Ay”, „Siekiera” czy „Miecznik” to prawdziwe „ręka, noga, mózg na ścianie”. W odróżnieniu od wspomnianego Słonia raper nie zalewa nas makabrycznymi metaforami i porównaniami, za to jedzie po bandzie w każdym aspekcie płyty.

Flow? Rozjechane jak po tygodniowym kacu. Beaty? Schizofreniczne, karawaniarskie i dziwnie ospałe. Ogólne wrażenie? Instynktownie czujemy, że Rzabka to całkiem inteligentny ziomek, który w rzeczywistości dobrze wie, co robi. Wzorem mód, które obecnie obowiązują w hip-hopie, nie reprezentuje ani starej szkoły, ani przebojowego mainstreamu, ale zwykłą olewkę, w której osobliwy i bardzo skandalizujący kontekst po prostu trzeba umieć się wczuć – niczym w ostre żarty z Jezusa ekipy Monty Pythona.

„Skurwiele kłamią mi, że nie mówili nic, a ja słyszałem ich, ale pierdolę ich. To nieważne, co mówią i robią, bo mogę ich zabić i mam to w zasięgu myśli, mam w zasięgu cipki, mam w zasięgu whisky” – przechwala się w „Profesorze Iks” – kilkanaście minut wcześniej przyznając w „Kuli”, że chciałby „rozpierdolić ci łeb o beton albo kurwa coś innego”. Witajcie w rynsztoku… Tfu, w piekle!

 

WRATHU

Sólin, wydanie własne, 2016

A gdyby tak przenieść się do Islandii, nie wychodząc z pokoju? Założyć słuchawki i nagle znaleźć się w jakimś uroczym klubiku na peryferiach Reykjavíku?

Z albumem „Sólin” to całkiem proste, bo muzyka Kamila „Wrathu” Kwiatkowskiego nie dość, że jest niezwykle emotywna, to na dodatek niemal żywcem wyjęta z tamtejszej sceny muzyki eksperymentalnej, którą zawsze uosabiał kontrast pomiędzy surowością a plastycznością.

Inspirację „najbezpieczniejszym krajem w Europie”, z którego pochodzą tacy wielcy twórcy jak Björk, Sigur Rós czy múm, widać już po samych tytułach piosenek.

 

Króluje w nich poszukująca elektronika, wprost idealna do metafizycznych odlotów, na które czasem nachodzi nas ochota, kiedy za oknem słota i szaruga.

Wrathu, Sólin, wydanie własne, 2016

Takie kompozycje jak eteryczny, choć epicki „Collection Of Touches”, niepokojąca akustycznym wiosłem i nawiedzonym fortepianem „Faðma” czy jeszcze bardziej kasandryczny „Lykt” (będący jednym z lepszych momentów na płycie) przekonują, że „Sólin” to taki chałupniczy soundtrack do nieistniejącego filmu, w którym kolejne sceny wyrastają nam przed oczami dokładnie tak, jak dyktuje nam to wyobraźnia.

I choć kilka numerów z tracklisty można by spokojnie wyrzucić (pompatyczny, topornie gitarowy „Sólin” czy niezrozumiały „Snædís”, przypominający OST do jakiejś starej gry indie), to dzieło tego tajemniczego producenta oraz jego sześciu kompanów przekonuje do siebie werterowskim weltszmercem.

Warto podkreślić, że album został zrealizowany przy pomocy funduszu stypendialnego ze środków finansowych budżetu Gorzowa Wielkopolskiego. To miłe, że tamtejsi włodarze docenili Wrathu, który choć gra muzykę wymagającą i ambitną, to będzie dla miasta znacznie lepszą wizytówką aniżeli kolejny grajek wyjący disco polo do kiełbasy.

 

CZYTAJ TAKŻE: Rock and roll nie skacze za burtę. Rozmowa z Robertem „Robsonem” Wojciechowskim 

CZYTAJ TAKŻE: Proch na łyżeczce: „Dzienniki heroinowe” Nikkiego Sixxa

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka tradycyjna to nie zabytek. Rozmowa z Michałem Mazurem