fot. Dawid Stube

Od razu miałem wizję działań

Z dr. Michałem Bogackim, dyrektorem Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie - o działalności muzeum w grodzie Lecha, pomysłach na to, jak dziś opowiadać piastowskie dzieje, o zadaniach instytucji kultury i jej promowaniu, a także pasji do wczesnego średniowiecza oraz interpretacjach historii, współpracownikach i planach - rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Jeśli się nie mylę, to już pięć lat jesteś szefem Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Wrosłeś na dobre w to miejsce i w miasto?

Michał Bogacki: Rzeczywiście, niedługo minie pięć lat. Dokładnie 1 kwietnia – to nie żart. Właśnie tego dnia, w 2015 roku, rozpocząłem pracę w gnieźnieńskim muzeum. Żeby było weselej, poprzednią pracę, w 2011 roku, też rozpocząłem tego dnia.

 

Czy wrosłem w to miejsce? Trudne pytanie. W jakiś sposób tak. Staram się jednak nie wrastać. Zawsze mnie gdzieś gna i jakby się pojawiła jakaś nowa propozycja, pochyliłbym się nad nią i zastanowił, czy nie będzie dla mnie lepsza… Bo przecież dyrektorem się bywa, a ja muszę myśleć o swojej przyszłości.

Zawsze się śmieję, że jestem jedyną osobą, która nie ma stałej umowy o pracę i za którą nie staną związki zawodowe czy inne organizacje.

A co do miasta? Bardzo podoba mi się Gniezno, układ urbanistyczny - choć może dla wielu niezbyt komfortowy, bo XIX-wieczne rozplanowanie centrum nie jest w stanie sprostać niektórym współczesnym wyzwaniom - kamienice, klimat, a przede wszystkim porządek. Mieszkałem w kilku miejscowościach w naszym kraju, mniejszych lub większych. Mam więc jakieś porównanie i patrzę z dystansu.

Te pięć lat bez wątpienia zwiększyło moje doświadczenie w pracy w kulturze, ale nie tylko. Dlaczego dodaję, że nie tylko? Odpowiedź jest banalnie prosta. Jestem zwolennikiem stanowiska, według którego osobą zarządzającą instytucjami, bez względu na ich specyfikę, powinien być dobry menadżer. Żeby nie było – sam się za takiego nie uważam. Ale nie patrzę na charakter instytucji: dom kultury, muzeum itp... Nadrzędna jest dla mnie ustawa o finansach publicznych, a dopiero potem wszystko inne.

 

KKB: Jak wspominasz początki pracy w muzeum i ludzi, z którymi ją zaczynałeś?

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

MB: Trudne pytanie. Wprowadziliśmy – do pewnego momentu ja sam, a później wspólnie, większą grupą - w naszym zespole dużo zmian. Dotyczyły one nie tylko rzeczy widocznych z zewnątrz, jak redefinicja oferty muzealnej, system identyfikacji graficznej, koncepcja tworzenia ekspozycji, itp., ale również tych wewnątrz, czyli uporządkowanie systemu ewidencji zbiorów, zakończenie – po wielu, wielu latach – systemu ewidencji elektronicznej czy porządkowanie magazynów.

Zasadnicze kierunki tych zmian zostały przeze mnie zaproponowane w koncepcji rozwoju instytucji, jaką przedłożyłem w konkursie na stanowisko dyrektora. Na tej podstawie zostałem wybrany. Tamta wizja i założenia były w wielu aspektach odmienne od tego, co zastałem. Nie mnie oceniać, czy moje zmiany są dobre, czy też nie. Jednak konsekwentnie działam zgodnie z tamtymi celami strategicznymi, które przyjąłem.

 

A jak wspominam ludzi? Przede wszystkim jako mówiących: „zawsze tak było” oraz „tego się nie da zrobić, bo muzeum jest specyficzne”. Dziś ogromna większość już tak nie mówi.

KKB: Jakie były te Twoje cele?

Nie były one niczym odkrywczym. Zwykłe połączenie znanych mi dobrych wzorców - nie tylko muzealnych i moich doświadczeń, a przede wszystkim myślenie przez pryzmat administratora, nie wizjonera. Wszystko to znalazło się we wspomnianej koncepcji. Na bieżąco rodziły się kolejne pomysły dotyczące sposobu realizacji tego wszystkiego. Wpierw w dużej mierze wychodziły ode mnie (wiadomo, nowy dyrektor, lepiej się nie wychylać), z czasem od coraz większej liczby moich współpracowników. Dotyczy to zarówno rzeczy małych, jak i dużych.

Często owe pomysły nie rodziły się wcale powoli. Jakiś czas po tym, gdy rozpocząłem pracę w Gnieźnie, spotkałem się z grupą architektów projektujących nowe przestrzenie na piętrze.

 

Krótko przed tym przyszła informacja o terminie składania wniosków do Urzędu Marszałkowskiego na dofinansowania ze środków unijnych. Działanie było natychmiastowe, w ciągu niecałych dwóch miesięcy powstał o wiele większy projekt zagospodarowania przestrzeni, nie tylko wspomnianych pomieszczeń, ale powierzchni kilkukrotnie większej.

I tak, praktycznie po trzech miesiącach od mojego przyjścia, składaliśmy tak zwaną fiszkę, na bazie której otrzymaliśmy środki na przebudowę prawie jednej trzeciej muzeum. Efekt można oglądać dziś. Choć czasami się śmiejemy, że gdybyśmy wtedy znali się lepiej, gdybym ja znał lepiej muzeum, gdybyśmy byli wówczas bardziej zgrani, dziś ten projekt wyglądałby inaczej.

 

KKB: Pamiętam, jak kiedyś, w czasie naszej innej rozmowy, stwierdziłeś, że muzeum nie jest ośrodkiem kultury i nie trzeba w nim na przykład organizować koncertów, by przyciągnąć odbiorców. Czy to myślenie towarzyszy Tobie do dziś? Jakie masz pomysły na promocję swojej placówki?

MB: Przypomnę kontekst tej wypowiedzi. Poprzednio byłem dyrektorem ośrodka kultury na wsi na Podlasiu. Było tam wszystko: tradycyjny ośrodek kultury, w zasadzie razy dwa, bo jeszcze oddział w jednej wsi, ośrodek sportu, czyli dwie płyty boiska do piłki nożnej, a potem też Orlik, muzeum, motel, domki campingowe, siłownia. Nie było tylko biblioteki – ta ostatnia była dosłownie za ścianą, zajmowała część naszego budynku głównego. Tam zajmowaliśmy się praktycznie wszystkim, nie licząc kwestii związanych z działalnością naszego sąsiada. To była mała miejscowość i wszystko było scentralizowane pod jednym zarządem.

W miastach wygląda to zupełnie inaczej. Oddzielnie muzeum, oddzielnie ośrodek kultury, oddzielnie miejsca dla sportu i rekreacji, itp.

 

Jestem przeciwnikiem tego, aby muzeum realizowało działania, które tradycyjnie robi ośrodek kultury, ośrodek kultury – zadania biblioteki, biblioteka – teatru, teatr – ośrodka sportu, ośrodek sportu – muzeum…

Można by długo wymieniać. Wszystkie te instytucje są ważne i wszystkie darzę szacunkiem. Ale niech każda zajmuje się tym, do czego została powołana. Niestety, w praktyce wielu dyrektorów goni za ilością działań w sprawozdaniach, zawsze naiwnie tłumacząc, że to przyciąga ludzi. Nie zawsze przyciąga, a jeśli już, to najczęściej nie w takiej skali, że więcej zyskamy, niż wydamy pieniędzy. 

Ktoś może powiedzieć, że przecież instytucje kultury są po to, by ułatwiać do nich dostęp, a nie wszystko da się przeliczyć na finansowy zysk. Ja się z tym zgadzam, ale… Niech muzea wydają pieniądze na te działania, które są im przypisane, ośrodki kultury na te, które należą do nich itd. A jeśli jedna instytucja wchodzi w kalosze drugiej, najczęściej czyni to z uszczerbkiem dla swojej podstawowej działalności.

 

KKB: Patrząc na ostatnie wydarzenia w MPPP – na wystawę pt. „Piast TOTAL WAR”, której tytuł brzmi, jak nazwa gry komputerowej albo na zakończoną niedawno ekspozycję o Słowianach połabskich, promowaną słowem "idol", kojarzonym z telewizyjnym talent show – można się przekonać, że o średniowieczu da się atrakcyjnie opowiadać współczesnym językiem.

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

MB: Jeśli chcemy coś przekazać, to musimy to robić atrakcyjnie dla większości. Jeśli chcemy kogoś zachęcić do skorzystania z naszej oferty, to czynimy to w sposób odróżniający nas od innych. Proste zasady. A czy to kwestia podejścia marketingowego, czy pasji? Tego pierwszego. Pasja ułatwia realizację działań marketingowych. Dlaczego? Bo niespecjalnie trzeba się samemu przekonywać do produktu.

 

KKB: Czy ciekawość dotyczącą czasów początków polskiej państwowości trzeba w sobie stale rozbudzać? Jest to jednak epoka dość odległa i w niewielkim stopniu udokumentowana?

MB: Nie widzę nic specyficznego w początkach polskiej państwowości. Ciekawość do każdego tematu, który nas zainteresuje, trzeba rozbudzać, bo jak nie będziemy tego robić, to ona w końcu wygaśnie. U mnie tak było. Zajmowałem się dawniej wczesnym średniowieczem naukowo i trochę praktycznie. I to mnie ciekawiło, to była jedna z moich wiodących tematyk badawczych.

Zajmowałem się również naukowo i znów trochę praktycznie wykorzystywaniem dziedzictwa kulturowego we współczesnym świecie. A potem rzuciłem teorię na uczelni na rzecz praktyki „w świecie”. No i wtedy jakoś zainteresowanie wczesnym średniowieczem przygasło, bo pojawiły się inne pasje, wyzwania. W zasadzie przez przypadek znalazłem się w Gnieźnie i wczesne średniowiecze wróciło. Ale tak samo może mieć każdy, z każdą dziedziną zainteresowań.

 

Myślę, że odległość czasowa czy ilość materiału źródłowego nie ma tu nic do rzeczy. „Paleoliciarze” mają chyba najgorzej, a mimo wszystko potrafią się tym pasjonować. Do czasu, gdy nie znajdą czegoś ciekawszego (śmiech).

KKB: Czy znajdujesz jeszcze czas na swoją pasję rekonstrukcji historycznych, czy może funkcja dyrektora i możliwość kreowania pokrewnych działań ją zaspokaja?

MB: Nie zajmuję się tym od 10 lat. I jakoś nie chce mi się do tego wracać. Dziś to już inne odtwórstwo niż to, w którym uczestniczyłem. Nie chcę tutaj wyjść na starego zgreda, dla którego wszystko, co dawne, było lepsze, bo przecież najlepsze w tamtym było to, że ja byłem młodszy.

 

Dwa lata temu stanąłem nawet na „polu bitwy”. Opancerzyli mnie tak, że ledwo się ruszałem, a my kiedyś bez hełmów, czasem i w samych spodniach się biliśmy. Złamałem komuś włócznię i chcieli mnie wyrzucić z pola, bo „walczę nieregulaminowo”.

Stwierdziłem, że to teraz sport, a to nie dla mnie. No i do tego – kondycja nieco się pogorszyła. Nie czuję już po prostu potrzeby, choć nadal utrzymuję bliskie kontakty z odtwórcami. Bardziej brakuje mi robienia dużych imprez w rodzaju tej w Wolinie, gdzie przez dwa lata byłem jednym z głównych organizatorów części historycznej. I to mnie najbardziej bawiło.

 

KKB: Historia to nie tylko wieki średnie, lecz także nowsze czasy, o czym zdaje się przypominać Interaktywne Muzeum Gniezna działające przy MPPP. Opowiedz o tej inicjatywie.

MB: Interaktywne Muzeum Gniezna to takie muzeum bez budynku. Otóż Muzeum Początków Państwa Polskiego za podstawowe zadanie ma przybliżanie początków państwowości polskiej – jak zresztą wskazuje nazwa. To jest nasz główny komunikat skierowany do odbiorców z całego kraju i, mam nadzieję, niedługo ze świata. To nas odróżnia od regionalnych muzeów.

Jednak w statucie mamy również wpisane zajmowanie się historią Gniezna i regionu. W samym budynku muzeum skoncentrowaliśmy się przede wszystkim na wczesnym średniowieczu. Nie oznacza to oczywiście, że dzieje miasta, w którym jest nasza siedziba, nie mają odzwierciedlenia w naszych ekspozycjach. Na przykład wystawa stała pt. „Gniezno. Stąd do przeszłości” traktuje o historii grodu Lecha.

 

Jednak w zgodzie z przyjętymi założeniami zdecydowaliśmy, że bardziej wnikliwie dzieje Gniezna prezentować będziemy w przestrzeni miejskiej, adresując przekaz bezpośrednio do mieszkańców miasta. Dzięki temu dotrzemy do większej liczby odbiorców.

Może któryś z nich zobaczy, że jesteśmy aktywni, i zbiory, które są nam przekazywane, pokazujemy, a nie ukrywamy w magazynach. I może też zechce nam kiedyś jakieś pamiątki przekazać.

No i ostatni cel. To takie marzenie, pewnie trochę naiwne, ale podobno trzeba mieć marzenia - Muzeum Gniezna jako nasz oddział. Wiem, że dziś są o wiele poważniejsze potrzeby społeczne niż kolejne muzeum, choć tych buduje się na potęgę – po co? To inna rzecz. Ale może w przyszłości ktoś, coś… A wtedy my będziemy mieli zbudowaną społeczność wokół naszego Interaktywnego Muzeum Gniezna i będziemy gotowi pokazać i powiedzieć o wiele więcej o dziejach tego pięknego miasta i regionu, niż możemy teraz.

 

KKB: Wróćmy do historii. Co myślisz o pisaniu jej na nowo przez niektóre środowiska, na przykład przez pomijanie lub wymazywanie niewygodnych faktów? Innymi słowy: czy to patriotycznie mówić o czarnych kartach w dziejach swojego kraju?

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

MB: Ale nie mówimy teraz o historii jako dyscyplinie naukowej, ale o "polityce historycznej" – i to w cudzysłowie, bo ten zlepek z punktu widzenia nauki to dla mnie oksymoron. Polityka historyczna to raczej określenie kierunków interpretacji historii jako pamięci o przeszłości w kontekście aktualnych potrzeb społecznych. Potrzeby się zmieniają, piszący się zmieniają.

 

Każdy patrzy subiektywnie – dla jednych coś jest „pisane na nowo”, dla innych „wreszcie pisane prawdziwie”.

Zresztą każde pokolenie ma swoją własną interpretację historii. Bo tak naprawdę nikt nie pisze jej na nowo, a jedynie interpretuje pewne zjawiska, wydarzenia. Wspomniane przez ciebie „mityczne” fakty zawsze są ofiarą polityki historycznej. Dlaczego? Bo one podlegają interpretacji, a człowiek jest z natury subiektywny. Przykład „maturalny”:

 

Bitwa, która odbyła się 15 lipca 1410 roku, miała miejsce pod Grunwaldem – opinia czy fakt? Według klucza pewnie i fakt, ale tak naprawdę to opinia. Dlaczego? Bo z punktu widzenia ucznia niemieckiego, to była bitwa pod Tannenbergiem – tak nazywała się wieś, w której był obóz krzyżacki.

Wszystko jest w normie do czasu, gdy ktoś nie zacznie „palić książek”. W takiej sytuacji badaczom w przyszłości pozostawimy po sobie tylko jednostronny obraz wydarzeń. Nie będą mieli możliwości weryfikacji informacji. A przecież o przeszłości możemy powiedzieć tylko tyle, ile mówią nam źródła.

Co do owych czarnych kart - nie pamiętam kto - ale na podobne pytanie odpowiedział: „żeby otworzyć szafę, wpierw trzeba wypędzić demony”. Nie powinniśmy bać się rozliczenia z przeszłością, może gdybyśmy to zrobili, wówczas inaczej spojrzelibyśmy na niektóre dramatyczne wydarzenia z naszej historii. Starajmy się dociekać przyczyn, a nie tylko skupiać na skutkach.

 

KKB: Chciałabym teraz zapytać o zespół pracowników muzeum, który zdaje się być bardzo zgraną ekipą. Jaką wyznajesz filozofię w pracy z ludźmi?

MB: Normalną… Każdy ma swoje wady i zalety. Ja też je mam i tego się nie wypieram.

 

Czasami wystarczy tak coś zorganizować, aby wykorzystywać zalety, a minimalizować oddziaływanie wad.

To oczywiście łatwe w teorii, trudniejsze w praktyce. Mam kierunek i się go trzymam. Koniec końców, to ja za wszystko odpowiadam i to ja poniosę konsekwencje ewentualnych porażek czy potknięć. Dla niektórych to było ciężkie do zaakceptowania, ale ja stawiam sprawę otwarcie. Ostatecznie jednak jakoś się ze sobą zgrywamy i żyjemy. Spędzamy ze sobą pół tygodnia, nie licząc czasu snu i weekendów, więc trudno inaczej. A jakieś tam sukcesy odnosimy, więc nie jest źle.

 

KKB: Czy zatrudnienie legendy, czyli człowieka orkiestry w lokalnej kulturze, Jarka Mixera Mikołajczyka było celowym działaniem, czy wyszło przypadkiem?

MB: Polityka kadrowa każdej instytucji publicznej w stosunku do większości stanowisk opiera się na przypadku. Czasami to duże ograniczenie dla dyrektora. Zawsze musi być konkurs. Pan Jarek wystartował w dwóch. W efekcie drugiego został zatrudniony. Akurat szukaliśmy kogoś, kto rozkręciłby Interaktywne Muzeum Gniezna. Że robi to dobrze – przynajmniej ja to tak oceniam – to chyba zaczyna być widoczne dla wszystkich. A tych legend, a przynajmniej kandydatów na legendy trochę jeszcze mamy.

 

KKB: Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że kompetentni i przebojowi ludzie oraz pasja do opowiadania o zamierzchłych czasach to droga do sukcesu?

MB: Raczej ciężka praca, wzajemne rozumienie celów i rozumienie się nawzajem. Pasja stanowi dodatkową motywację, choć wcale nie jest gwarancją jakości działań.

 

KKB: A jak wyglądają najbliższe plany muzeum?

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

Michał Bogacki, fot. Dawid Stube

MB: Pracujemy nad wystawą pt. „Plenerowe widowiska historyczne…”.  Będzie ona dotyczyła widowisk poświęconych historii Polski, jakie odbywały się w Gnieźnie w latach 70. XX wieku. Mało kto zdaje sobie sprawę, że należały one wówczas do ścisłej czołówki tego rodzaju imprez w naszym kraju, również jeśli chodzi o zaangażowane siły i środki. A w kontekście tematyki początków państwa polskiego – były największymi.

 

Warto je przypomnieć, bo skala tamtych wydarzeń przerasta dzisiejsze festyny i festiwale historyczne.

W lipcu otwieramy wystawę pt. „Archeologia wysp”, którą przygotowujemy wspólnie z Instytutem Archeologii UMK w Toruniu. Nazwa enigmatyczna? I o to chodzi. Z czasem powiem więcej.

Jednocześnie realizujemy duży, mamy nadzieję, że wieloletni projekt interdyscyplinarny pod tytułem „Wczesnośredniowieczne Gniezno”, prowadzony wspólnie z pracownikami naukowymi z UAM w Poznaniu.

Pracujemy również nad całkowitą zmianą sposobu naszego funkcjonowania w Internecie. Do tego dochodzi całe mnóstwo innych działań i planów, zarówno merytorycznych, jak i administracyjnych. A te ostatnie są szczególnie ważne, bo nawet najlepsze pomysły nie zostaną zrealizowane w instytucji publicznej, jeśli nie będą miały właściwego zaplecza organizacyjnego!