fot. Wojciech Hildebrandt

Oddajcie skarby z Gołuchowa

„Na zamku w Gołuchowie w powiecie pleszewskim umieściłam zbiór dzieł sztuki różnego rodzaju, które zbierałam w długim lat szeregu. Życzeniem jest moim, aby te dzieła sztuki się nie rozproszyły i aby zbiór ten zachował się pełny i cały po wsze czasy” – tak dobitnie zapisała w statucie utworzonej przez siebie, rodzinnej ordynacji Izabela z Czartoryskich Działyńska.

„Na zamku w Gołuchowie w powiecie pleszewskim umieściłam zbiór dzieł sztuki różnego rodzaju, które zbierałam w długim lat szeregu. Życzeniem jest moim, aby te dzieła sztuki się nie rozproszyły i aby zbiór ten zachował się pełny i cały po wsze czasy” – tak dobitnie zapisała w statucie utworzonej przez siebie, rodzinnej ordynacji Izabela z Czartoryskich Działyńska.

I dodała jeszcze „ Spodziewam się, że zbiór powyższy ogółowi pożytek przyniesie, wywołując i podnosząc upodobanie do sztuki i zmysł piękna; oglądanie tych zbiorów ma być dostępne dla każdego”. Spadkobiercy, aż do 1939 roku szanowali wolę fundatorki. Niestety najwspanialsza wielkopolska kolekcja dzieł sztuki, uszczuplona w czasie wojny, pozostaje od tego czasu ciągle porozrzucana po muzeach i magazynach w różnych miejscach.

Izabela Elżbieta Maria Teresa Emanuela Anna Zofia z Xiążąt Czartoryskich Działyńska pasję kolekcjonerską miała w genach. Jej babka, też Izabela z Flemingów Czartoryska, była twórczynią znakomitego muzeum w Puławach. Jej ojcem był książę Adam Jerzy Czartoryski, przywódca polskiej emigracji w Paryżu. Uciekł on z Królestwa Polskiego po klęsce Powstania Listopadowego i konfiskacie majątku przez carskie władze. Razem z nich wyjechała trzyletnia Izabela. Zamieszkali w Hotelu Lambert. Młodziutka księżniczka wychowywała się w światowej stolicy kultury, odebrała staranne wykształcenie, uczyła się też rysunku, malarstwa i rzeźby. Kochała sztukę i wcześnie zaczęła zbierać piękne rysunki i grafiki.

W roku 1857, w wieku lat 27 poślubiła hrabiego Jana Kantego Działyńskiego, właściciela Kórnika i Gołuchowa, też wielkiego kolekcjonera. Państwo młodzi wrócili zamieszkali w Wielkim Księstwie Poznańskim, w zaborze pruskim. Tu Izabela zamieniła opuszczony i zrujnowany zamek w Gołuchowie w swój ziemski raj. Nie od razu, bo skomplikowana przebudowa, prowadzona we współpracy z najlepszymi francuskimi architektami, ze słynnym konserwatorem średniowiecznych budowli, Eugène Viollet-le-Duc na czele, trwała kilkadziesiąt lat. Ale to sama Działyńska była prawdziwym autorem wielkiego założenia pałacowego, z dawnym zamkiem, oficyną mieszkalną i ponad stuhektarowym parkiem. Wraz ze wspaniałą kolekcją dzieł sztuki było to dzieło jej życia. Nie mając dzieci poświęciła się mu bezgranicznie.

Przebudowa gołuchowskiego zamku miała na celu przystosowanie go do funkcji muzealnych. I choć liczne gabloty wzorowano na tych w Louvrze, nie miało to być zwykłe muzeum. To miała być prawdziwa świątynia sztuki. Żadne tam minimalistyczne puste ściany i tabliczki „nie siadać”, „nie dotykać”. Nawet architektura pełna była zabytkowych detali, przywiezionych z Włoch i Francji i współczesnych dekoracji, wzorowanych na najwspanialszych, francuskich realizacjach pałacowych. W końcu rozległe wnętrza miały pomieścić jedną z najwspanialszych kolekcji sztuki XIX wiecznej Europy.

Zbiór był bardzo liczny i różnorodny. Począwszy od zabytków starożytnych, egipskich, greckich i rzymskich. Wśród nich wyjątkowa w skali światowej kolekcja „wazonów greckich” jak hrabia Działyński nazywał greckie naczynia ceramiczne. Było ich ponad 260, różnych rozmiarów i kształtów.

Jak pisał o nich dawno temu zachwycony Marian Sokołowski „Są to wielkie amfory, tak zwane hydrye, stamnosy, oxybaphony, kylixy, oenochoe, lekythosy, rytony i inne, o najrozmaitszych nazwiskach, do których brzmienia sama ich piękność każe się przyzwyczaić. Możemy na nich śledzić nieledwie cały rozwój tej sztuki, od najdawniejszych czasów, od epoki geometrycznej czy też orientalno-zwierzęcej idąc, przez czasy czarnych figur na czerwonym tle, do czerwonych na czarnym, czyli do najświetniejszego i artystycznie najpiękniejszego. (…) Niektóre z tych naczyń, pokryte bachicznymi i ofiarnymi scenami, są tak w przedstawieniach swoich pełne religijnego nastroju i tej idealnej zadumy w rysach i ruchach postaci, że przypominają najpiękniejsze grupy fryzu Fidiasza w ateńskim Partenonie. (…) W znacznej ich części uderzają przede wszystkim te lekkie, pełne gracji i życia, a tak młodzieńcze, tak znamionujące czas i epokę, sceny porwania...” Dzisiejszy widz nie zna już tych greckich słów, małe ma pojęcie o mitologii, ale na pewno zachwyci się lekkim, mistrzowskim rysunkiem dekoracji naczyń, którego siła nie zestarzeje się nigdy. Obok waz starożytnych prezentowane były też urny z wykopalisk prowadzonych przez Działyńskiego w okolicy Gołuchowa.

Ważna częścią kolekcji, ukrytą na co dzień w wielkich szufladach biblioteki, był liczący ponad osiem tysięcy sztuk zbiór szkiców, rysunków i rycin. Wśród nich ponad sto było autorstwa Albrechta Dürera, z cykli poświęconych Życiu Marii, Pasji i Apokalipsy. Były też dzieła Lucasa Cranacha. Wiele grafik przedstawiało polskie motywy patriotyczne, portrety królów, sławne bitwy, wielkich ludzi i zwyczajne sylwetki polskich wojaków. Z czasów wielkiej chwały Rzeczpospolitej.

Były też w kolekcji eksponowane były gobeliny, jedwabne pasy szlacheckie, rzędy końskie, zbroje i biała broń. Pokazywane w towarzystwie portretów królów i magnatów. Ze szczególnym uwzględnieniem rodu Leszczyńskich, dawnych właścicieli Gołuchowa i Czartoryskich, aspirujących równie wysoko w przyszłej, wymarzonej i oczekiwanej, odrodzonej Polsce.

Osobno pokazywano setki małych płytek pokrytych emalią, średniowieczne relikwiarze i sprzęty liturgiczne, weneckie szkło, wyroby z kości słoniowej i ceramikę oraz przedmioty ze srebra i złota. Oprócz licznych obrazów dawnych mistrzów malarskich, z portretem infantki przypisywanym Velazquezowi były też rzeźby z różnych epok. Od starożytnych posągów, kolumn i sarkofagów, po średniowieczne i renesansowe madonny. Zamkowe wnętrza wypełniały liczne zabytkowe meble. Dodać do tego należy wspaniałe, autentyczne kominki, przeniesione tu z całej Europy, mozaiki ścienne, boazerie, kamienne i drewniane portale. Nawet na elewacjach wmurowane były historyczne, kamienne detale.

Gołuchowska kolekcja była przedmiotem dumy Wielkopolan. Mimo chłodnego charakteru fundatorki ceniono jej dorobek kolekcjonerski i jego udostępnienie dla wszystkich. Muzeum w Gołuchowie dawało możliwość bezpośredniego obcowania z dziełami wielkich cywilizacji, w całym przekroju historii sztuki zachodniej. Było tez znane i doceniana na świecie, choćby przez liczne publikacje. Budziło zainteresowanie nie tylko zwiedzających i publiczności. Nic też dziwnego, że już w czasie I wojny światowej, właściciele wywieźli kolekcję do Drezna. Gołuchów leżał w pobliżu granicy rosyjskiej i obawiano się rabunku ze strony wojsk rosyjskich.

Podobnie, w przededniu II wojny, księżna Ludwika Czartoryska zabezpieczyła część zbiorów, wywożąc je do Warszawy i zamurowując je tam, w piwnicach swojego pałacu. Część, zwłaszcza wyroby złotnicze ukryto w pałacu w Sieniawie. Reszta, zapakowana w stalowe skrzynie pozostała w Gołuchowie. Tak zastali je niemieccy okupanci. Kulturalni, fantastycznie wykształceni niemieccy historycy sztuki i wyrachowani złodzieje w jednym, zjawili się w gołuchowskim muzeum już w grudniu 1939 roku. Profesor K.H.Clasen zarządził tymczasowe otwarcie muzeum. Pod nazwą Heimat-Museum działało ono do wiosny 1940 roku. Potem wywieziono zbiory do Poznania. Najpierw składowano je w jednym z pawilonów targowych, a potem w poznańskiej katedrze. W maju 1942 roku zabezpieczono je w muzealnym schronie.

W międzyczasie Niemcy znaleźli też skrzynie z zabytkami ukryte w Warszawie. Oficjalnie, wobec odmowy współpracy przez księżną Czartoryską, zbiory zostały zarekwirowane w styczniu 1943 roku. Ukryto je przed nadchodzącym frontem w kilku miejscach na terenie Rzeszy. Krótko po wojnie większość zrabowali Rosjanie i wywieźli do leningradzkiego Ermitażu. Część zbiorów znaleziona w austriackim zamku Fischhorn wróciła do Polski w 1946 roku. Były to gobeliny, pasy kontuszowe, emalie, przedmioty z kości słoniowej, ceramika i 10 albumów z grafikami. W tymże roku Związek Radziecki oddał część zbiorów graficznych i kolekcję obrazów. W roku 1956 Rosjanie oddali kolekcję greckich waz, zbiór włoskiej ceramiki i resztę zbiorów graficznych.

Ocalała znaczna większość obiektów z kolekcji gołuchowskiej. To prawie cud. Mimo strat przedmiotów zrabowanych na własne konto przez niemieckich historyków sztuki, którzy potem handlowali nimi w berlińskich antykwariatach. I pomimo zaginięcia niektórych zabytków przechowywanych w Warszawie. Rosjanie też nie oddali wszystkiego. Trochę przepadło tez na miejscu w Gołuchowie. Najpierw jak przewalał się tu front. Potem, gdy wojsko polskie urządziło z zamku szpital dla wenerycznie chorych i rąbano wyposażenie na opał, a także potem, gdy był tu magazyn zboża.

Ale historia gołuchowskiej kolekcji czeka dopiero na happy end. Bo tylko niewielka część zbiorów wróciła do Gołuchowa. Zbiory odzyskane po wojnie zostały zagarnięte bezprawnie przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Dostały się też do Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Przy aktywnym udziale wybitnego warszawskiego historyka sztuki, profesora Lorenza. On też w czasie okupacji, jako dyrektor warszawskiego muzeum, współpracował z Niemcami przy zabezpieczaniu ukrytej w Warszawie części zbiorów. A zaraz po wojnie przyjechał do Gołuchowa, jako dyrektor departamentu w ministerstwie kultury, by sprawdzić, co tam można jeszcze wyrwać i wywieźć.

Dzisiaj gospodarzem w gołuchowskich włościach jest poznańskie Muzeum Narodowe. Po wykupieniu całej nieruchomości przez ministra dziedzictwa narodowego, za 20 milionów złotych, od fundacji rodziny Czartoryskich. Rodziny, która już dawno zapomniała o patriotycznej misji swoich przodków. Muzeum Narodowe, jako prawowity, prawny opiekun kolekcji gołuchowskiej, przypomniało właśnie piękną wystawą postać jej twórczyni, Izabeli Działyńskiej. I skomplikowane losy jej rodziny.

Możemy też zobaczyć na własne oczy wyjątkowe fragmenty kolekcji. W większości z własnych, gołuchowskich ekspozycji i poznańskich magazynów. Pierwszy raz od prawie 80 lat można je oglądać razem z gołuchowskimi eksponatami z Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie i Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Niestety zagarnięte przez te muzea po wojnie dzieła sztuki nie wrócą jeszcze do Gołuchowa. A tylko tam jest ich miejsce, zapisane ręką fundatorki.

Ta świetnie zaaranżowana wystawa nie pokazuje nawet jednego promila gołuchowskiej kolekcji. Ale nawet ta niewielka jej część zaskakuje swoją klasa i zachwyca. Mamy rzadką okazję zobaczyć nigdy nie pokazywane, stare grafiki. Wzruszył mnie mały miedzioryt z madonną i dzieciątkiem Barthela Behama sprzed 1540 roku i polscy jeźdźcy Stefano della Belli. Podobnie jak rysowane cudowną, syntetyczną kreską postacie i konie na greckich wazach oraz pięknie malowany, renesansowy sekretarzyk i egipski naszyjnik o kolorach tak świeżych, jakby zrobiony był wczoraj. Zauroczył mnie też nieduży portret metresy francuskiego króla, o szyi okolonej kryzą i oczach pełnych niepokojącym spojrzeniu. Polecam.

Tylko należy żałować, że wystawie nie towarzyszy katalog. Prezentowanie takiej wyjątkowej ekspozycji bez katalogu jest niepoważne. Nie da się też czytać większości napisów pod eksponatami. Naklejone na przezroczystych płytkach rzucają cień, który nakłada się na napis. Można stracić oczy. Zawsze można przeoczyć jakąś literówkę, można napisać przypadkiem, na drzewie genealogicznym zaraz przy wejściu, że któraś z babek Izabeli pochodziła z rodu Morszynów, zamiast Morsztynów. To się może każdemu zdarzyć. Tylko nie rozumiem, dlaczego przez tydzień po zwróceniu na to uwagi pracownicy Muzeum, nie można było dokleić jednej literki. Na szczęście takie drobiazgi nie umniejszają rangi tej wystawy.

Życie sztuką. Gołuchów Izabeli z Czartoryskich Działyńskiej. Wystawę można oglądać od 27 maja do 19 sierpnia 2018 roku w głównej siedzibie Muzeum Narodowego w Poznaniu, przy alejach Marcinkowskiego. Wielkopolska ma obowiązek walczyć o zwrot swojego gołuchowskiego dziedzictwa. Prędzej, czy później to musi nastąpić. Ta wystawa nam wszystkim o tym przypomina.

 

Tekst opracowany na podstawie informacji z monografii „Gołuchów. Rezydencja magnacka w świetle źródeł” Róży Kąsinowskiej.