Podróże małe, nieduże: Biskupice Wielkopolskie
Opublikowano:
24 listopada 2025
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Moja wizyta tutaj wpisała się w kilka pięknych, słonecznych dni na początku listopada. Ja, mieszczuch, stanąłem na skraju wioski i przy wdzięcznym, niosącym się po polach głosie ptaka, którego nie potrafiłem zidentyfikować, chłonąłem atmosferę zachodu, wdychając cudowne, pachnące jesienią powietrze.
To gościnne miejsce odwiedzałem w latach 2023 i 2024 wielokrotnie. Wykonywałem tu pewien ważny projekt fotograficzny. Dziś nadszedł czas podsumowania tego dzieła, które to podsumowanie uczciłem najlepiej jak mogłem, a więc: najpierw smakując rogala świętomarcińskiego w doborowym towarzystwie, a następnie fotografując tutaj samotnie gdzieś na granicy dnia i nocy…
Zacznijmy od początku
Uwielbiam „zaczynać od początku”. Formuła ta, w języku polskim znana jako „masło maślane”, jest na cenzurowanym u polonistów. Ja jednak niezmiernie i niezmiennie cieszę się, że mogę bawić się naszym językiem, wyłapując jego smaczki. Smaki odczuwamy w końcu między innymi językiem, czyż nie?…
O „czyż nie?” mógłbym napisać osobną rozprawę językowo-wspomnieniową, ale muszę ugryźć się w język, żeby nie przegadać tekstu, zanim nie dobrnę „do meritumu” – to żartobliwy cytat z pewnej polonistki.
Fotograficznie rzecz biorąc
A więc, nim doszło do obserwacji przyrody w świetle zmierzchu, wydarzyło się kilka innych fotogenicznych faktów, które tu przytoczę. Najpierw wpadłem na pomysł, by tekst zacząć fotografią poznańską w wersji dziennej, a zakończyć tym samym kadrem w wersji „by night”. A że do i z pociągu dreptałem pieszo i czasu miałem pod dostatkiem (nie tak, jak niegdyś…), to i rzecz była wykonalna. Niemniej, tak się wczułem w to fotografowanie, że do szynobusu i tak wchodziłem na ostatnią chwilę.
Do Biskupic przyjechałem popołudniową porą. Tego dnia słońce zachodzić miało około szesnastej piętnaście. Idąc na spotkanie, zdążyłem jeszcze wykonać kilka fotografii, korzystając między innymi z tego, co dla innych jest zapewne codziennym utrapieniem – długo zamkniętych rogatek kolejowych. Korek samochodowy był więc znaczny, po mojej stronie sięgał pewnie dwustu metrów. W ten sposób, dzięki korkowi, zobaczyłem drapieżnika, który zawisł w miejscu, na przyczepie samochodu ciężarowego. Całość z niebem w tle.
Osobnym tematem, który towarzyszył mi tutaj w całej rozciągłości i różnorodności, były płoty. O ile dobrze pamiętam, kiedy lata temu zdarzyło mi się być u naszych zachodnich sąsiadów, płotów nie uświadczyłem… No, w każdym razie u nas wciąż są i odgrywają niepoślednią rolę – płoty stare, ale też nowe, stawiane jako element inwestycji, czasem jakoby kluczowy element.
Płoty potrafią zadziwiać, a czasem nawet zachwycić. Swoją przestrzeń można przecież oddzielić estetycznie lub niechlujnie, porządnie lub prowizorycznie, posługując się kolorami lub ich mieszanką, no i oczywiście z użyciem przeróżnych materiałów. Ażurowo lub bez możliwości dojrzenia choćby czubka domu. To od razu przywodzi mi na myśl pewne powiedzonko: „co chatka, to zagadka” – jak mawia znana mi pani Beatka.
Listopadowy zmierzch
Po spotkaniu było już i po zachodzie słońca. Tuż po. Kiedyś powiedzielibyśmy – koniec fotografowania! Nie ma światła, nie ma fotografii. Ale ta niedogodność w dobie fotografii cyfrowej, a już zwłaszcza wraz z jej rozwojem, niemal przestała istnieć. Po prostu, współcześnie da się fotografować przy świetle sztucznym, bez lampy błyskowej. Ba! – matryce aparatów fotograficznych są tak czułe, że da się fotografować nawet w świetle księżyca.
Wyszedłem więc z nadzieją na uchwycenie resztek światła lub, jak kto woli, resztek świata widzianych w odbijanym tu i ówdzie świetle słonecznym. Pomagała temu pełnia księżyca. Chciałoby się zrymować: pełnia księżyca, która zachwyca!
Na tego naturalnego satelitę ziemi wskazał znak drogowy, niczym niegdyś strzałka pana Adama Słodowego – atrybut używany przez niego w programie telewizyjnym. W przydrożnym salonie fryzjerskim moją uwagę zwróciły na siebie dwa delfiny zatrzymane w swoim wyskoku nad wodą. Jakbyśmy mieli do czynienia z aquaparkiem lub raczej oceanarium, a nie miejscem, z którego wychodzi się solidnie ufryzowanym i z suchą głową – właśnie dzięki suszarkom (nibydelfinom).
Wieczory, noce i poranki bywają chłodne o tej porze roku, stąd ludzie w domostwach ogrzewali się. Świadczył o tym lecący z komina dym. Nie wszyscy jednak byli już w domu, niektórzy dopiero do niego zmierzali, jadąc samochodami. Światła pozycyjne zgrywały się z atmosferą zmierzchu.
Nowoczesne domy potrafią wyrastać niczym grzyby po deszczu. Tam, gdzie dopiero co było szczere pole, teraz widać dachy, jednak zdaje się, że bez klasycznych kominów. To domy ogrzewane w sposób inny niż tradycyjny. Czy lepszy? – czas pokaże.
Poeta odszedł i trwa
Nagle, w coraz gęstszym mroku dała się słyszeć i obserwować gdzieś na horyzoncie, pełznąca (czy raczej pędząca) po ziemi podługa istota. To pociąg mknął z zachodu na wschód, a więc w kierunku przeciwnym do oczekiwanego, gdybyśmy rozważali zimowe migracje ptactwa.
Skoro już o ptakach mowa:
„one odlatują (ku lepszemu), ja zostaję” – niedosłownie przytaczam to, co napisał w jednym ze swoich ostatnich wierszy pewien mało jeszcze znany, ale już uznany i ważny dla mnie poeta – Józef Pachowicz. Tak się stało, że kilka dni później umarł…
A jednak trwa: w swoich wierszach i sercach bliskich. Powtórzę raz jeszcze – pointę wiersza profetycznie zawarł w jednym słowie: „Zostaję”. Niech więc trwa ta jego duchowa obecność wśród nas.












