fot. archiwum redakcji

Pojawiamy się, robimy teatr i znikamy

O fenomenie rosyjskiej publiczności, przekładaniu ważnych problemów społecznych na spektakle uliczne i złych czasach dla teatru plenerowego – opowiada Marta Strzałko, aktorka Teatru Biuro Podróży.

KUBA WOJTASZCZYK: W połowie marca wróciliście z Sankt Petersburga. Co pokazaliście rosyjskiej publiczności?

MARTA STRZAJKO: Do St. Petersburgu zaprosił nas Teatr Akhe, który od kilkunastu lat realizuje cyklicznie przedsięwzięcie „Gloria Tranzit”, podczas którego artyści proszeni są o zaimprowizowanie programu teatralnego. W tym roku były to trzy niezależne przedstawienia. Ich tematy zainspirowane były obchodami międzynarodowych dni różnych zjawisk, problemów itd.  Pierwszy spektakl zagraliśmy 12 marca. Tego dnia w Chinach obchodzony jest Dzień Drzewa, natomiast w Rosji przypada Dzień Więziennictwa. Stąd tytuł programu „Załamaty” - coś, co się załamuje, przerywa - związany zarówno z gałęziami jak i kratami. Stworzyliśmy sekwencje różnych obrazów, zaimprowizowanych scen, które w różny sposób łączyły te dwa tematy.

Dla Teatru Biuro Podróży było to niezwykle interesujące doświadczenie, wymagało od nas natychmiastowego zaangażowania i improwizacji, a na dodatek spektakl od razu był pokazany widzom. To była dla nas intensywna szkoła teatru, tego w jaki sposób można w ciągu kilku, kilkunastu godzin zrobić przedstawienie, i je od razu publicznie pokazać.

Jak wyglądały wasze kolejne dni na „Gloria Tranzit”?

13 marca przypada Międzynarodowy Dzień Snu, w związku z tym zatytułowaliśmy nasze przedstawienie „Szwy snu”. Następnego dnia przypadał Międzynarodowy Dzień Liczby Pi, a na  Ukrainie – Dzień Ustanowienia Ukraińskiej Ziemi (niezależnej od Rosji!). Nasze przedstawienie zatytułowane było „Tragedia matematyczna”. Schemat pracy był podobny do pierwszego dnia: intensywna praca twórcza, improwizacje, których efektem było dopracowanie materiału – niektóre pomysły wyewoluowały w nowe sceny, inne odpadły. Co ciekawe każdy aktor znajdował sobie sam kostiumy i rekwizyty potrzebne do sceny i finału w postaci trzygodzinnego spektaklu. Nam szczególnie podobał się ostatni temat, inspirowany liczbą pi i ukraińską ziemią. To był taki moment, kiedy udało się nawiązać szczególny dialog z widzami  i zmetaforyzować konflikt rosyjsko-ukraiński, o którym wprost w Rosji nie wolno mówić.

Temat dziś mocno kontrowersyjny.

Kontrowersyjny, ale dlatego właśnie Teatr Akhe skontrapunktował temat ziemi ukraińskiej liczbą pi. Oni szukają takich absurdalnych skojarzeń. Deklaracji, które zamieniają się w swoje przeciwieństwo. Dzięki temu to, co powstaje na scenie, wcale nie jest oczywiste, logiczne i łatwe do przewidzenia. Finał każdej sceny jest zawsze zaskoczeniem dla widza.

Jak wasze spektakle odbierane są przez widownię rosyjską?

Nasze doświadczenia kontaktu z widownią rosyjską, zarówno teraz w St. Petersburgu, jak i wcześniej gdy graliśmy nasze spektakle w Petersburgu, w Moskwie, Woroneżu, Nowosybirsku – są niezwykle pozytywne. To publiczność bardzo wykształcona. 

 

Rosjanie to naród, który od zawsze obcuje ze sztuką: chodzi do teatrów, do muzeów. W związku z tym, z jednej strony to wymagająca widownia, a z drugiej – świetny partner, doskonale czytający symbole i przesłania, zawarte w naszych spektaklach.

Sygnały, które otrzymujemy po przedstawieniach, dają nam poczucie, że to, co robimy, jest dla rosyjskich widzów atrakcyjne zarówno artystycznie jak i emocjonalnie. 

Teatr Biuro Podróży reaguje na problemy ważne społecznie – nie tylko tu i teraz. Wasz spektakl „Seven Dreams of a Woman” nagłośnił sprawę gwałtów kobiet w Indiach. Oczywiście, trudno porównywać naszą kulturę do kultury indyjskiej, ale czy za pomocą tego przedstawienia można odnieść się do walki o prawa kobiet, także w Europie?

Nie można porównywać roli kobiety w Europie do roli kobiety w Indiach – to są zupełnie różne światy. W Indiach, gdzie relacje społeczne opierają się ciągle na starożytnej kulturze, starożytnych kodeksach i prawach, kobieta ma bardzo mało praw. Hinduski z niższych kast są po prostu ich pozbawione, zdane na mężczyzn i ich rodziny, wykorzystywane, bite, czy nawet zabijane bez większych konsekwencji. Kobiety z wyższych kast walczą o swoje prawa, występują też w obronie tych niżej urodzonych. Zakładają stowarzyszenia, niosące pomoc pokrzywdzonym, ale nie każda kobieta do nich dociera. W Indiach istnieje też inny problem. Kobiety nie lubią się często między sobą; rywalizują. Znany jest przykład relacji teściowa - synowa, w którym ta pierwsza często tę młodszą upokarza, a ma na to szansę ponieważ zgodnie z tradycją żona po ślubie zamieszkuje w domu rodzinnym męża. Dużo zależy też od regionu Indii. Nasz projekt realizowaliśmy w Kerali, w której nie jest aż tak dramatycznie m.in. dzięki dawnym rządom komunistycznym, ale też wcześniejszej tradycji matriarchatu. Przed wyjazdem zrobiliśmy gruntowny research. Najbardziej wstrząsnęła mną historia rodziny, która, mając już jedną córkę, utopiła drugą po urodzeniu, ponieważ nie była oczekiwanym chłopcem. Stało się tak za zgodą ojca i matki.

Jak wasze doświadczenia przełożyliście na spektakl?

Praca nad spektaklem poprzedzona była warsztatem teatralnym, w ramach którego zrobiliśmy akcję uliczną w centrum Thrissur. Zaczynała się zaimprowizowaną kłótnią między kobietą a mężczyzną, w trakcie której aktor przewracał aktorkę na ziemię. Inny aktor obrysował kształt leżącej kobiety, jak podczas wizji lokalnej. Zadaniem pozostałych aktorów było nawiązanie relacji z „ofiarą”: położenie kwiatów, zgaszenie papierosa, rzucenie monety, zapalenie kadzidełek, zmycie rysunku wodą i mydłem. Taka szybka akcja. Pojawiamy się, robimy teatr i znikamy w tłumie. Chcieliśmy zorganizować dwie akcje. Jedna się nie odbyła, bo, gdy aktor przewrócił aktorkę,  zgromadzeni mężczyźni dopadli do niego i pobili go. Podczas drugiej, tylko dzięki charyzmie aktora, udało się opanować tłum, który praktycznie już się na niego rzucał.

 

Performance się odbył, ale zdarzyła się rzecz niesamowita. Dosłownie w sekundę, dookoła przestrzeni, na której graliśmy, zgromadził się kilkusetosobowy tłum mężczyzn (kobiet nie było), który przez cały występ dyskutował i komentował nasze działania.

Na początku traktowali spektakl jak realistyczny incydent, na całe szczęście, gdy zorientowali się, że to akcja performatywna, ich komentarz pozostał tylko w sferze werbalnej i nie doszło do rękoczynów. Została jednak wezwana policja i niestety, nie udało nam się zniknąć w tłumie, jak zamierzaliśmy.

Spektakl był już poważniejszym przedsięwzięciem. Była to historia kobiet w opresji, opowiedziana symbolicznymi obrazami. Zrobiliśmy emocjonalny, fizyczny teatr z grupą fantastycznych hinduskich aktorów, którzy doskonale odnaleźli się w naszej technice aktorskiej, różniącej się  bardzo od tradycji hinduskich.

Ten przykład pokazuje ogromną siłę teatru plenerowego, który dzieje się na oczach widzów i wyzwala ich reakcję. Czy podobne, choć może nie tak skrajne, interwencje – zdarzają się w krajach europejskich?

Jeszcze w latach 90. w Polsce, która dopiero otwierała się na teatr plenerowy, takie sytuacje się zdarzały. Często mieliśmy „intruzów” na scenie, którzy myśleli, że jak coś dzieje się na ulicy, to dzieje się naprawdę. Ktoś chciał kiedyś wręczyć aktorowi petycję do podpisania, ktoś inny głośno przedstawiał swój problem i domagał się, żeby aktor interweniował w jego imieniu  u burmistrza. Innym razem  podczas spektaklu „Giordano”, pewna pani o kulach domagała się, by zdjąć tego biednego człowieka ze słupa na którym wisiał, bo „przecież już dość się nacierpiał”. Aktorzy teatrów plenerowych muszą być przygotowani na tego rodzaju interwencje. Muszą umieć opanować taki spontaniczny żywioł, pozostając w roli. 

Jaka jest kondycja teatru plenerowego w naszym kraju? Na ile dotykają go problemy, związane z coraz gorszym dofinansowywaniem kultury?

Sytuacja jest fatalna, tak zła nie była chyba od czasu transformacji. Kondycja finansowa Polski nie jest przecież krytyczna, natomiast plenerowe festiwale i plenerowe spektakle coraz częściej nie dostają dofinansowania. I mówię tu głównie o wsparciu finansowym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Myślę, że brak dofinansowania teatrów plenerowych, związany jest z preferencjami tzw. ekspertów i urzędników, którzy w teatrze plenerowym nie widzą szczególnej wartości. Dla nich jest to półamatorskie dziwactwo, kaprys grupki artystów.

 

Granty w konkursach zgarniają teatry instytucjonalne, które w ten sposób podreperowują swoje budżety. Jest to dyskryminujące dla naszego środowiska i nie dotyczy tylko Teatru Biuro Podróży, ale też w teatrów i festiwali w Krakowie, Warszawie czy Gdańsku.

Jestem zdumiona tym, że teatr plenerowy, który jest teatrem najbliższym widza, który gra w jego przestrzeni i który dociera do tysięcy ludzi, którzy normalnie do teatru by nigdy nie poszli, jest tak niedoceniony. Znów jesteśmy w Polsce na etapie, że mówiąc o sztuce, koncentrujemy się na tej instytucjonalnej.

MARTA STRZAŁKO –  aktorka, pedagog, administrator. W zespole Teatru Biuro Podróży od 1989 roku. Współpracowała przy tworzeniu wszystkich spektakli Teatru Biuro Podróży, m.in.: „Carmen Funebre”, „Makbet: kim jest ten człowiek we krwi?”, „HofD”, „Planeta Lem”. Gra we wszystkich spektaklach Teatru