fot. obraz Dominiki Kowyni

Rzeźbienie w marmurze

Każda kolejna książka poetycka Natalii Malek jest czytelniczą ucztą. To poezja wysmakowana, czuła na detal i zupełnie nieoczywista. To wiersze pozornie niedostępne i zdystansowane, a jednak szalenie bliskie i doskonale wyważone. Najnowszy „Karapaks” jest olśnieniem końca tego roku.

Nagroda za pomysł

Natalia Malek jest bez wątpienia jedną z najciekawszych współczesnych poetek. Była nie tylko nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, ale w 2018 roku otrzymała nagrodę im. Adama Włodka (przyznawaną przez Fundację im. Wisławy Szymborskiej, a ustanowioną w testamencie noblistki).

To właśnie dzięki temu wyróżnieniu możemy trzymać w rękach „Karapaks”. Projekt książki wydanej nakładem wydawnictwa Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu (WBPiCAK) jurorzy docenili już na etapie autorskiej propozycji.

 

Z wymagań regulaminowych Malek wywiązała się naprawdę świetnie. Poetycka premiera tego roku jest jeszcze bardziej intrygująca niż poprzedni „Kord”.

 Pod pancerzem

Natalia Malek, fot. Kuba Ociepa

Natalia Malek, fot. Kuba Ociepa

Karapaks to pancerz. A jeszcze precyzyjniej: twarda powłoka, która chroni tkanki miękkie skorupiaków, pajęczaków i żółwi. W przypadku najnowszych wierszy Natalii Malek to również metoda kompozycyjna tekstów.

Chociaż na pierwszy rzut oka, przy szybkiej i rozkojarzonej lekturze, kolejne utwory wydają się zupełnie nieprzystępne czy zagadkowe, są precyzyjnie zmierzone, wyważone i skrojone. Niespotykane złożenia słów i fraz momentalnie wyostrzają czytelniczą uwagę.

 

Tak właśnie rozpoczyna się niespieszny taniec (w rytmie walca, na trzy), subtelna gra rytmu, dźwięcznych formuł i wierszy-zaklęć. Nikt nie uaktualnia słów zapomnianych, dziwnych, zasłyszanych tak jak Natalia Malek. Bo czy wiemy, że żertwa to słowiański wariant ofiary całopalnej?

Pasaż piżam

O moim chłodzie – koc.

O twoim głodzie – walc.

Pasaż, znów piżamy, gwajak płynnie podrabiany i utkwiony

w stopach wzrok.

 

’19

Tego lata żertwą staną się wakacje,

a żercą dom i jego zakamarki:

szprosy, legary, profile i przewiązki.

Na kamieniu już nie sen

widzisz, tylko żywą barwę,

kokornak, od tego szybszy krok.

Tego lata żertwą staniemy się oboje,

a nasze strychy i półpiętra – żercą.

Leśne osiedla, nieistniejąca kolej dojazdowa.

Nic nie pomoże wstać i się otrzepać.

Pamiętnik z marmuru

Wrażliwość estetyczna Malek w przypadku „Karapaksu” jest niesłychana. Leniwa, powolna lektura to wielopłaszczyznowe estetyczne doznanie: teksty poetki dopełnia współpraca artystyczna z malarką Dominiką Kowynią oraz dopasowana do obrazu na okładce i w książce typografia.

 

Wiersze z najnowszej książki mogą sprawiać wrażenie chropowatych, zupełnie chaotycznie poskładanych ze sobą obrazów, a nawet monumentalnych i niedostępnych opowieści nieuchwytnej poetki.

Siła tekstów tkwi właśnie w ich przewrotnej subtelności. Zmieszanie oporem materii wiersza jest właściwie tylko chwilowe. Odkrywanie znaczeń i połączeń między tekstami przypomina rzeźbienie dzieła sztuki: rzeźbienie, które jest udziałem czytającej i piszącej.

Część tekstów z kolei (zaskakująco spora część, mając w pamięci wcześniejsze tomy poetki) to wysublimowane wiersze miłosne, które zadziwiają swoją obecnością. A jednak to one są jedną z silniejszych stron premiery. „Karapaks” stwarza możliwość lektury książki jako pamiętnika z kilku ostatnich lat z życia kobiety.

 

 

Obraz Dominiki Korwyni

Obraz Dominiki Kowyni

Są więc zakochania, zauroczenia, anegdoty ważne i te zupełnie nieistotne, zrozumiałe jedynie w momencie, w którym się wydarzyły. I chociaż to historia do pewnego stopnia jednostkowa, jej niekonkretność staje się naszą uniwersalnością. Odbiorca z zaskoczeniem odnajdzie samego siebie w precyzyjnie nieprecyzyjnych miniaturach Natalii Malek.

 

Demokracja, harmonia interesów

Coraz mniej pamiętam: droższą niż zazwyczaj kawę,

rożek orzechów, start z podmiejskiego

lotniska. Że komuś płaczą interesy, że żony odbierają mężom

polecone.

Do nowego domu zaprosiłam: pracę zleconą, koleżankę, przeszłość, na niej plombę.

Na co ty: Akceptuję wszystkie twoje pomysły i gości.

 

 

Historia budek telefonicznych

Muszę powiedzieć, że wzięłam cię z sobą,

łatwiej zwijam się

do snu, jak miedziany kabel. Ułatwiasz słuchanie: krety, plafony, kominy gorzelni.

Nie kominy – natryski.

Dzięki tobie chodzę

na stację i dzięki tobie nie chodzę.

Prowadzą nieruchome tablice.

I to: wytrzymałość materiału własnego.

Poetka o poetce

„Karapaks” to też pamiętnik z pracy artystki i zapis kobiecego doświadczenia. Nie mniej ważne w najnowszej książce są przecież teksty autotematyczne, odnoszące się do praktyki pisania wiersza, sposobu jego konstruowania i dojrzewaniu poetyckiej dykcji.

 

To idiom podszyty cielesnością, którego rozwój jeszcze nie dobiegł końca. Natalia Malek nie wypowiedziała ostatniego słowa.

Natalia Malek, fot. Patryk Gaworek

Natalia Malek, fot. Patryk Gaworek

Każdy kolejny tom autorki zawiesza poprzeczkę oczekiwań coraz wyżej. A poprzeczka po „Karapaksie” jest już naprawdę wysoko. I chociaż dla wielu hermetyczność utworów najnowszych zdaje się barierą nie do przejścia, jest to raczej szansa. Możliwość ciągłych powrotów do tekstów, smakowania fraz, rozpoznawania znaczeń (nie zawsze intuicyjnie, zawsze za to na nowo) i ćwiczenia uważności. Bo skąd bierze się wiersz? Idąc za tropem Natalii Malek, należałoby powiedzieć, że z każdej chwili, w której jesteśmy obecni.

 

Jeszcze nie mieszkałam w swoim głosie

Jeszcze nie wchodziłam w mirty, cicho.

Jeszcze mnie lód nie nosił,

niezręcznej.

Jeszcze nie miałam pod palcami ciemienia.

Jeszcze nie czułam palącego pragnienia.

Jeszcze nie siedziałam na dachu,

ciemniejąc

nad wyspą z orzechów. Jeszcze mnie słońce lizało.

Jeszcze nie pędziło

na zachód.

Jeszcze mnie nie wypluło morze.

 

Wiersz

Wiersz się zaczyna od ciemnych jesionów,

dnia przespanego w tyle przegubowca,

skwiru dzikich gęsi. Wiersz się zaczyna od straszaka

na gęsi, zapachu fasoli i mokrej waty,

tabeli szczepionek zwieszonej nad stołem i rozgwiezdnej lampy.

Się zaczyna od Elementów, galasów,

biegunów przestawionych w ciele,

wzdręgi i certy, odmłodzonej sieci i maszyny odśnieżnej,

niewidocznej w pełni.

Wiersz się zaczyna od żmudy, otuchy,

lawendowego pokoju, przez gawry, heksagony,

aż do szpitalnej sali, gdzie kroją żylaki.

Wiersz się zaczyna od przesyłki konduktorskiej,

ktoś wiezie worek włosów, plaster dla Heleny,

psałterzy i żołtarzy, lecz bardziej żołtarzy niż psałterzy,

w takiej jesteśmy niewoli.

Wiersz się zaczyna od przerzutnej uwagi,

nieznośnego zajzajeru, i trwa przy wzniosłych

trunkach, nie kończy się we śnie.

Wiersz zaczyna się.