fot. D. Tatarkiewicz

Stańmy we własnym cieniu

Globalne ocieplenie i pandemia zmuszają nas do zmiany myślenia o świecie jako czymś danym człowiekowi na stałe. Dzisiaj potrzebujemy innych perspektyw. Jedną z nich proponuje filozof Andrzej Marzec w książce „Antropocień. Filozofia i estetyka po końcu świata” (PWN).

 

Barbara Kowalewska: Tworząc swoją teorię, posługuje się pan myśleniem spekulatywnym, które w filozofii na długo porzucono. Pan nadaje mu nową rangę, dowodząc, że nie ma ono nic wspólnego z oderwaniem od rzeczywistości, że jest wręcz przeciwnie.

Andrzej Marzec: Spekulacja była długo „enfant terrible” filozofii, dyskredytowana przez nauki ścisłe, kojarząca się raczej ze średniowieczem. Tymczasem współczesna myśl filozoficzna – nurty feministyczne (Donna Haraway) oraz spekulatywny realizm – rehabilitują ją, a to z tego powodu, że obecnie mamy uwiąd wyobraźni futurystycznej, nie spekulujemy na temat przyszłości, jesteśmy zniechęceni przez postmodernistyczną myśl, że postęp jest niemożliwy. Z jednej strony chcemy ocalić nasz świat, ale nie mamy śmiałej myśli, która popchnęłaby nas w nowym, nieznanym kierunku. Jeśli mówimy o sile myśli spekulatywnej to może ona nam pomóc stworzyć wiele wizji przyszłości, pomyśleć, jakie życie jest przed nami. Na razie wyobrażamy sobie przyszłość jedynie jako katastrofę. Spekulacja uwalniałaby nas od tej katastroficznej opowieści o końcu świata i jednocześnie pokazywałaby wiele innych światów.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Z drugiej strony ta metoda myślenia mówi nam o życiach „nie-ludzi” – roślin czy owadów. Dzięki spekulacji nauki humanistyczne mogą się zajmować nie tylko człowiekiem.

Od Kanta filozofia badała wyłącznie to, co ludzkie: stany świadomości, wartości, język. To co poza kulturą – rzeczywistość „nie-ludzi” – tym zajmowały się nauki ścisłe. Metoda spekulacyjna otwiera się na inne światy, pokazując, że wokół jest ich wiele, że istnieją kultury zwierzęco-roślinne, które mają swoje problemy i o których niewiele wiemy. To trochę jak wyprawa na Marsa.

 

BK: W swoich rozważaniach filozoficznych nie tylko posługuje się pan myśleniem dyskursywnym, ale inspiruje się pan także sztuką i językiem jej opisu. Co takie podejście wnosi nowego?

AM: Teksty kultury nie są dla mnie tylko ilustracją filozoficznych idei. Uważam, że można „myśleć sztuką”, że to może nas gdzieś zaprowadzić. Pozwala nie popaść w język hermetyczny, odrealniony i trzymać się rzeczywistości. Ale jest to także lektura afektywna, która korzysta z emocji związanych z percepcją, z czegoś bardzo osobistego.

 

BK: Takie podejście było jeszcze niedawno wyśmiewane jako „nienaukowe”, zbyt intuicyjne.

AM: Nauki humanistyczne próbowały naśladować nauki ścisłe, promowano model myślenia polegający na dystansie. Ale dzisiaj nawet w tzw. naukach ścisłych odchodzi się już od takiego podejścia. Np. jeśli badamy jakieś zwierzęta, to utrzymujemy z nimi bliski kontakt, żyjemy z nimi.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Dystans jest czymś fikcyjnym. Antropocen jest epoką, w której wszystko nas dotyczy i przestaliśmy już móc się dystansować. Afektywna lektura wynika z zaangażowania. Ale bliskość nie jest romantyczna, bywa często trudna. Przyzwyczailiśmy się do tego, by sprowadzać filozofię do krytyki, która daje nam poczucie pewności. Okazało się jednak, że krytyka nie za bardzo działa. Sprawia głównie, że powstrzymujemy spontaniczną aktywność, zamykamy się. Mam takie doświadczenie w pracy ze studentami, że kiedy mają zaprezentować jakiś nurt filozoficzny, rozpoczynają od jego krytyki.

Pytam wówczas, dlaczego nie chcą przeżyć tego, co dana koncepcja proponuje, doświadczyć tego. Ja wolę „wejść” w dany nurt i zobaczyć, dokąd może mnie on zaprowadzić, na ile dany sposób myślenia może być kreatywny. Spekulacja zakłada ponadto, że możemy popełniać błędy. Problemem naszych czasów jest duża zachowawczość i niechęć do podejmowania innych rozwiązań. Tymczasem współczesna krytyka feministyczna pokazała, że wiedza jest zawsze ucieleśniona. Dziś uważa się, że wszystko się ze sobą splata, że nie ma czystych dziedzin.

 

BK: Co skłoniło pana do stworzenia terminu „antropocień” i czym miałby on być?

AM: To konkurencyjne pojęcie dla antropocenu, który jest problematyczną kategorią, bo koncentruje się za mocno na człowieku. Uważamy, że człowiek może planetę ocalić lub ją zniszczyć. To świadectwo tego, jak silny jest wciąż antropocentryzm, jak bardzo jesteśmy przekonani o naszej wyjątkowości.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Termin „antropocień” ma przesunąć te akcenty. Jego rolą jest „wycofanie” ważności człowieka, pokazanie, że – jak inne byty – jest on materialny, a nawet, że jego istnienie jest „umożliwiane” przez „nie-ludzi”. Możemy np. pomyśleć, że jesteśmy „wynalazkiem” bakterii, to pozwala nam zobaczyć człowieka w splocie organizmów, „rozpuścić” go niejako w zależnościach międzygatunkowych. Drugą funkcją terminu „antropocień” jest pokazanie, że człowiek często przytłacza innych nie-ludzkich aktorów działających na równi z nim w świecie.

Często przypisujemy sobie sprawczość w różnych sytuacjach, gdy tymczasem jest to splot działań również „nie-ludzi”. Zawsze pytamy: kto to zrobił? Np. w przypadku pandemii pojawiły się hipotezy, że jest ona wynikiem spisku ludzkiego, że wirus wyprodukowano w laboratorium. Nie doceniamy siły samodzielnego działania wirusa, który odniósł tak spektakularny sukces planetarny. Można by powiedzieć naszym językiem, że koronawirus został „nie-człowiekiem roku 2020”. A my wciąż próbujemy usunąć w cień działania „tych innych”.

 

BK: Pisze pan, że jesteśmy już po końcu świata. W jakim sensie?

AM: Wciąż myślimy, że koniec świata ma dopiero nadejść. W XX wieku panował katastroficzny nastrój, przeczuwano kruchość człowieka. W XXI wieku to nastawienie nadal trwa, ale dotyczy już nie tylko ludzi, ale całego świata. To nieustanne oczekiwanie na koniec paraliżuje nas, a z drugiej strony usprawiedliwia, że nic nie robimy. Korzystam z twierdzenia Thimoty’ego Mortona – że żyjemy już po końcu świata – że to nie jest jeden kulminacyjny punkt historii, kolejne „końce świata” wciąż się wydarzają.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Wielkie wymierania odbywały się już kilkakrotnie. To wizja świata cyklicznego. Jeśli możemy mówić o jakimś końcu, to prawdopodobnie jest to kres świata białego kolonizatora. Pomyślmy o ludobójstwie w krajach kolonizowanych – dawno już zniszczono tamte kultury.

Morton pokazuje, że współcześnie żyjemy w świecie kapitalizmu i globalnego ocieplenia, które stały się monstrualnymi bytami dyktującymi człowiekowi swoje warunki i zmieniającymi znany nam pejzaż rzeczywistości. Żyjemy po końcu tego świata, w którym człowiek rozdawał karty.

 

BK: Jak w tym kontekście wygląda oczekiwanie w różnych krajach, że po trzeciej fali pandemii wrócimy do tzw. „normalności”?

AM: Powrót do „normalności” byłby powrotem do świata, który już nie istnieje. W przypadku pandemii widać wyraźnie, jak bardzo jesteśmy przywiązani do znanego nam świata, mamy trudność z otwarciem się na zmianę. Filozofowie spekulatywnego realizmu zwracają raczej uwagę na dziwność rzeczywistości. „Normalność” to sytuacja, w której człowiek porządkuje sobie świat i wydaje mu się, że nad nim panuje, w związku z tym może nie liczyć się z innymi. Tymczasem pandemia jest dziwnym zjawiskiem.  

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Mamy pragnienie „konserwacji” gatunków – to jest romantyczna, dziecięca wizja świata, który przecież nieuchronnie się zmienia. Takim przykładem infantylizmu jest wyobrażanie sobie, że zwierzęta są pluszakami lub stają się słodkimi internetowymi memami.  W mojej książce używam określenia „ciemna ekologia”, bo życie wspólne z innymi gatunkami nie jest romantyczne. Nie możemy „kochać” przyrody w taki sposób.

Ciemna ekologia pokazuje, że nasze współbycie ma w sobie coś nieczystego, mrocznego – wystarczy uświadomić sobie, co mieszka w naszych jelitach. Ale to właśnie dzięki tym „mieszkańcom” żyjemy. Opowieść o oczyszczaniu świata wyklucza element mrocznego aspektu życia.

 

Życie na planecie możliwe jest również przez to, co wydaje nam się wstrętne, co mieszka w naszych organizmach. Pragnienie „czystej ekologii” jest paradoksalnie śmiercionośne.

BK: Twierdzi pan, że „jesteśmy katastrofą” i że jeżeli chcemy w jakiś sposób w tym świecie funkcjonować, to musimy zmienić myślenie. Jest dla nas jakieś światło w tunelu?

AM: Nie widzę specjalnie jasnych wizji przyszłości. Ale te ciemne wizje nie muszą być wcale przerażające. Przytaczam opowieść o Godzilli, która jest potworem, ale jednocześnie pomaga ludzkości w walce z innymi potworami, które powstają np. w wyniku zanieczyszczenia. Morton twierdzi, że potwory istnieją. Dzisiejszymi potworami są hiperobiekty – globalne ocieplenie czy kapitalizm – to zjawiska, które uniezależniły się od człowieka, daleko przekraczające nasze indywidualne perspektywy.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Potrzebujemy „godzilli” – nie-ludzkiego wsparcia, by poradzić sobie z tymi potworami. Ciemna ekologia związana jest między innymi z tym, że nie jesteśmy w stanie żyć poza gospodarką kapitalistyczną. Cokolwiek zrobimy, wspieramy coś, co chcielibyśmy zniszczyć – nawet kupując żywność ekologiczną, wspieramy kapitalizm. Dlatego potrzebne jest nam zafascynowanie „nie-ludźmi”.

Być może w sprzymierzeniu się z nimi odnajdziemy jakiś ratunek. Brzmi to fikcyjnie, ale to się już realizuje – przecież wykorzystujemy potężne siły wiatrów, żeby uzyskiwać z nich energię. Jeśli człowiek będzie działać samodzielnie, to przegra. Ratunek dla planety wiąże się raczej z możliwością przyłączenia się do monstrualnej siły roślin, insektów, zjawisk. Tyle, że nie możemy tu przyjmować jako ludzie roli kierowniczej.

 

BK: Twierdzi pan, że powinniśmy odrzucić samo pojęcie „Natury”. Jak to zmieniłoby nasze myślenie o nas i otoczeniu?

AM: To wydaje się kontrowersyjne, boimy się, że jeśli odrzucimy pojęcie „Natury”, to ona zginie, ale tak naprawdę nie do końca jest to zależne od nas. Po drugie, gdy używamy pojęcia „Natura”, wspieramy przy okazji pojęcie „kultury”. Podział na naturę i kulturę jest podziałem ludzi nowoczesnych. Jednak filozof Bruno Latour twierdzi, że nigdy nie byliśmy nowocześni. W Ameryce Południowej termin „Natura” nie istnieje, dlatego ludzie tam rozmawiają z roślinami lub negocjują ze zwierzętami.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

„Natura” to worek dla „nie-ludzi”, gdy to pojęcie odrzucimy, możemy zrezygnować z dystansu, które to pojęcie ze sobą niesie i pomyśleć o jednostkowych nie-ludziach, np. o każdym pojedynczym źdźble trawy i jego skomplikowanych losach czy też unikalnych cechach.

Kiedy człowiek sam siebie wyłącza z natury, potem próbuje się do niej zbliżać, ale z pozycji wyższości, miłosierdzia – istotą miłosierdzia jest zachowanie pozycji wyższości. Utworzenie terminu „antropocień” ma na celu zrezygnowanie z dystansu i owego poczucia wyższości i stworzenie platformy równości międzygatunkowej.

 

BK: Jednym z najbardziej kontrowersyjnych stwierdzeń w pana książce wydało mi się to: „wszyscy jesteśmy przedmiotami”. Jak pan to wyjaśni?

AM: Nie dziwię się tej wątpliwości. W mojej teorii rozpakowuję dychotomie, w których zostaliśmy wychowani. Jedną z nich jest wspomniane przeciwstawienie natury kulturze. Innym jest podział na przedmiot i podmiot. Jako ludzie stawiamy siebie po stronie podmiotu i przez to czynimy siebie wyjątkowymi. Powiedzenie „wszyscy jesteśmy przedmiotami”  wywołuje w nas strach przed uprzedmiotowieniem. Proszę sobie wyobrazić, że staję się częścią „Natury”. Tego też się boimy, bo nagle możemy stracić podmiotowość i ochronę.

 

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Andrzej Marzec, fot. D. Tatarkiewicz

Będzie można nas np. odstrzelić. Dlatego desperacko chcemy być po stronie kultury, żeby mieć prawa, być chronionym. Rezygnacja z samego pojęcia podmiotu pozwala pomyśleć, jak traktujemy przedmioty i dlaczego uprzedmiotowienie jest tak straszne. Zazwyczaj myślimy o przedmiotach głównie jako o tych, które są pod ręką jako użyteczne narzędzia.

Nowy nurt w filozofii – ontologia zwrócona ku przedmiotom – uważa przedmiot za kategorię uniwersalną, która – tak jak pojęcie „byt” – nikogo nie wyklucza. To kategoria fascynująca, pozwalająca dostrzec, że każdy z przedmiotów jest tajemniczy. Możemy dzięki temu stać się wrażliwi na to, co nie-ludzkie. Co miałoby to zmienić? To pozwala spojrzeć na otoczenie z wielu różnych perspektyw, może to wpłynąć na architekturę, design, pozwolić zrezygnować z podejścia „czyńcie sobie ziemię poddaną”, a przyjąć postawę dostrojenia do innych bytów.

 

 

Andrzej Marzec – filozof, krytyk filmowy, redaktor „Czasu Kultury”, kurator cyklu filmowego „Krótkie spięcia” w poznańskim Pawilonie. Jego zainteresowania badawcze skupiają się wokół: spekulatywnego realizmu, ontologii zwróconej ku przedmiotom, ciemnej ekologii oraz współczesnego kina alternatywnego. Autor książki „Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności” (2015) oraz nominowanej do nagrody Identitas: „Antropocień – filozofia i estetyka po końcu świata” (2021).