fot. Mariusz Forecki

Symfonia na trudne czasy

„Na całym świecie narastają konflikty i wojny w takim stopniu, że można odnieść wrażenie, że stoimy u progu jakiegoś wielkiego kataklizmu. I stąd moja wiara w to, że ludzkość się opamięta i nadzieja na to, że nie sprawdzą się najczarniejsze przepowiednie” – mówi kompozytor Krzysztof Meyer. Dziś prawykonanie jego Symfonii Wiary i Nadziei.

ADAM OLAF GIBOWSKI: Jak długo pracował pan nad partyturą Symfonii Wiary i Nadziei?

KRZYSZTOF MEYER: Nad partyturą pracowałem równy rok. Oczywiście nie wyglądało to tak, że 12 stycznia dostałem zamówienie, a następnego dnia rozpocząłem pracę. Początkowo chciałem napisać coś zupełnie innego, miałem kilka pomysłów, zacząłem nawet pierwsze przymiarki i szkice, ale nic z tego nie wychodziło. Ostatecznie postanowiłem napisać symfonię.

 

Materię literacką pańskiego dzieła stanowi starotestamentowa Księga Psalmów, jeden z fundamentalnych tekstów kultury judeochrześcijańskiej. Skąd ten wybór?

Sięgnąłem do Psalmów Dawida, ponieważ uważam je za teksty ponadczasowe. Ich treść jest nadal aktualna. Żyjemy w czasach, gdy świat stał się agresywny i nieprzewidywalny. Nie wiemy, co nam przyniesie najbliższa przyszłość. Na całym świecie narastają konflikty i wojny w takim stopniu, że można odnieść wrażenie, że stoimy u progu jakiegoś wielkiego kataklizmu. I stąd moja wiara w to, że ludzkość się opamięta i nadzieja na to, że nie sprawdzą się najczarniejsze przepowiednie.

 

Po raz kolejny odwołuje się pan w swojej twórczości do sytuacji dziejowej. Pierwszy raz stało się tak w Symfonii Polskiej.

Tak, utwór, który pan wspomina, był moim komentarzem do stanu wojennego, czy też pierwszej wojny polsko-polskiej. Wówczas sytuacja była bardziej czarno-biała.

 

A teraz?

Teraz sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, toczy się druga wojna polsko-polska, a sytuacja ogólnoświatowa, jak już mówiłem, jest znacznie bardziej powikłana niż ponad 30 lat temu.

 

Kiedy pan o tym mówi, zaczynam się zastanawiać, jak Symfonia Wiary i Nadziei będzie się miała względem oratorium „Stworzenie świata”, które napisał pan ponad 15 lat temu. To dzieło jest bardzo pesymistyczne i ciemne.

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nigdy nie zastanawiałem się nad takim porównaniem. To dwie zupełnie inne kompozycje. To, co chciałem wyrazić, zawarłem w dźwiękach.

 

Mam wrażenie, że chce się pan uchylić od odpowiedzi.

Trochę się wykręcam, ale proszę zrozumieć. Muzyka jest sztuką asemantyczną i każdy odbiorca znajduje w niej coś innego. Odczucia odbiorcy nie muszą być zbieżne z odczuciami autora.

 

Jak powinniśmy nazywać pański utwór: Symfonia Wiary i Nadziei, czy może raczej – IX Symfonia?

Myślę, że tytuł IX Symfonia jest bezosobowy i niczego nie zawiera poza numerem. Stąd nadałem utworowi tytuł, który ma coś wyrażać. Rozumiem jednak, że są i tacy, których zadowoli sam numer.

 

Przy okazji prawykonania pana najnowszego utworu, naturalnym wydaje się pytanie o to, co oznacza „współczesność” w kontekście muzyki?

Nie jesteśmy pierwszymi, którzy zastanawiają się nad pojęciem współczesności i próbą jej definicji. Okres, który nazywamy współczesnością mieści w sobie przecież różne zjawiska. I tak, jeszcze dwadzieścia lat temu, współczesnym był Karlheinz Stockhausen oraz Arvo Pärt, pomimo diametralnych różnic, jakie istniały między muzyką tych dwóch kompozytorów.

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

W latach 50. i 60. ubiegłego wieku pojęcie współczesności utożsamiano natomiast z nowatorstwem i oznaczało przede wszystkim odrzucenie tradycji i zerwanie z przeszłością. I tak, dla przykładu, współczesnym był młody Krzysztof Penderecki, Pierre Boulez i Luigi Nono, a ich przeciwieństwem byli na przykład Paul Hindemith i Benjamin Britten. To było bardzo typowe dla tamtych czasów, kiedy dzieła sztuki wartościowało się pod kątem odkrywczości. Natomiast wszystko inne traktowano z pogardą i pobłażaniem.

 

Rodzaj dyktatury estetycznej?

Oczywiście. W Polsce, na przykład, Witold Lutosławski powiedział, że obawia się terroru awangardy, który może zahamować rozwój całego pokolenia kompozytorów. Dziś wiemy, że do tego nie doszło. Pojawiła się wkrótce Pasja według św. Łukasza Krzysztofa Pendereckiego, Muzyka staropolska Henryka Mikołaja Góreckiego, czy Krzesany Wojciecha Kilara. Te dzieła skręciły muzykę polską na inne tory, ale jednocześnie skreśliły zainteresowanie nią w niektórych ośrodkach na Zachodzie, chociażby w Niemczech.

 

Wydaje mi się, że do dziś muzyka niemiecka w znacznej części podąża drogą tamtych idei, czy tak jest w rzeczywistości?

Tak, wielu niemieckich kompozytorów do dziś żywi się zdobyczami Darmstadtu, który przez blisko 30 lat uważany był za stolicę awangardy. Robią to, nie przyjmując do wiadomości, że to zupełny anachronizm. Dzieło jest pewnego rodzaju pochodną ideologii, a sztuka winna być narzędziem krytyki społecznej i politycznej. Rozumiem, że u zarania takiej postawy, w latach 50., była to zrozumiała reakcja na nazizm, ale dzisiaj, parę dekad później...?

 

Jak Pan się odnalazł w niemieckim środowisku kompozytorskim?

No cóż, niewątpliwie byłem czarną owcą, która estetycznie i ideowo odstawała od reszty. Nigdy jednak nie doznałem z tego powodu osobistej przykrości. Kontakty z kolegami, którzy mieli zupełnie inne wyobrażenie o muzyce, w najgorszym wypadku były bardzo uprzejme, a w lepszym – przyjacielskie. To jednak chyba generalnie cechuje podejście Niemców do różnic światopoglądowych.

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

Pamiętam, jak pewnego razu odwiedzili mnie trzej moi byli studenci. Jeden był zwolennikiem partii chrześcijańsko-demokratycznej, drugi optował za socjaldemokratyczną SPD, natomiast trzeci darzył sympatią Zielonych. Proszę mi wierzyć, rozmowa między nimi przebiegała zupełnie uprzejmie, a nawet przyjaźnie, bez cienia agresji. Tego brakuje mi dzisiaj w Polsce. Czy dożyję czasów, że moi rodacy będą potrafili podobnie spokojnie wymieniać się różnymi poglądami politycznymi?

 

Wróćmy jeszcze do rozważań nad współczesnością. Witold Lutosławski zmarł, kiedy byłem dzieckiem. Trudno mi wiec zobaczyć w nim współczesnego kompozytora, a jednak odczuwam jego muzykę jako bardzo świeżą i nieprzebrzmiałą. Jak się ma nowoczesność do świeżości?

Widzi Pan, to jest rzeczywiście bardzo świeża muzyka i nie chodzi tu o datę jej powstania, a raczej o charakter, jaki zachowuje. Świeżość i ponadczasowość jest atrybutem każdej wielkiej sztuki. Lutosławski przynależy do kręgu tych kompozytorów, których muzyka się nie starzeje.

 

Skoro wciąż powstają dzieła wybitne, to skąd tak duży opór większości melomanów wobec muzyki współczesnej?

Każdy z nas poszukuje piękna, ale też każdy inaczej je odczuwa. Muzyka w XX wieku, ta dysonansowa, atonalna – mówiąc w pewnym uproszczeniu – jest trudno dostępna i mało wdzięczna dla słuchaczy, którzy wychowali się na Beethovenie, Brahmsie i Czajkowskim. Problemem jest też tzw. „niemelodyjność” muzyki XX-wiecznej.

 

Wiek XX usiłował zrobić wiele, aby pożegnać się z tonalnością, wierzyli w to szczególnie dodekafoniści, jednak tonalność, niczym Feniks, skutecznie się odradzała.

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

Kompozytor Krzysztof Meyer, fot. Mariusz Forecki

Rzeczywiście było wiele takich prób, co jest zupełnie zrozumiałe. Kiedy w twórczości Ryszarda Wagnera zaczął wyczerpywać się system dur-moll, kompozytorzy zaczęli poszukiwać nowych dróg. Pierwszym etapem, już na początku XX wieku, była muzyka atonalna, możliwie najodleglejsza od skojarzeń z muzyką tonalną. Następnie kompozytorzy próbowali stwarzać nowe systemy, które mogłyby zastąpić dawną tonalność.

Najbardziej znanym przykładem takiego rozwiązania jest dodekafonia. Arnold Schönberg miał nadzieję, że zapewni ona prymat muzyce niemieckiej na długą przyszłość. Tymczasem dodekafonia dość szybko się zużyła. Nowe systemy tworzyli później Olivier Messiaen, Witold Lutosławski, a także częściowo Paul Hindemith. Słuchając muzyki, odczuwamy potrzebę pewnego porządku. Jeżeli go nie dostrzegamy, czujemy się zagubienie i nie rozumiemy takiej muzyki.

 

Maria Janion w książce „Do Europy tak, ale tylko z naszymi umarłymi”, upatruje ciągłość i rozwój kultury, poprzez łączność współczesności z przeszłością. Czy ta diagnoza sprawdza się także na polu twórczości kompozytorskiej?

Oczywiście, że tak. Myślę, że wielkim nieporozumieniem twórców awangardy po 1950 roku było odrzucenie całej przeszłości i postulowanie rozpoczęcia tworzenia muzyki od zera. Jest to niemożliwe. Prawdziwa wielka sztuka jest zawsze w pewnym stopniu zakorzeniona w przeszłości.

Prawykonanie Symfonii Wiary i Nadziei odbędzie się w piątek 18 marca o godzinie 19 w Auli UAM. Koncert Wieczór Prawykonań. Wystąpią: Orkiestra Filharmonii Poznańskiej, Chór Filharmonii Krakowskiej im. Karola Szymanowskiego, dyrygent Jakub Chrenowicz.

 

CZYTAJ TAKŻE: Zakamarki: nieco inne spojrzenie na dziecko

CZYTAJ TAKŻE: Wielka historia dworu w Choryni

CZYTAJ TAKŻE: Poznań to wciąż miasto chórów. Rozmowa z Alicją Szelugą