fot. ARPINIU

Szaleniec z regionu

„Powiat kościański jest specyficzny. Ma ogromny potencjał – kulturowy, historyczny, turystyczny – który wykorzystuje w bardzo niewielkim stopniu. Brakuje nam szerszej promocji” – mówi historyk sztuki i regionalista Emilian Prałat.

JW: Proszę trochę opowiedzieć o sobie.

Emilian Prałat: Pochodzę z Turwi pod Kościanem, kojarzonej z generałem Dezyderym Chłapowskim, serialem „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” i zadrzewieniami śródpolnymi.

 

Mała miejscowość, mała społeczność, ale fantastyczna historia i wszechobecna sztuka, zarówno ta pisana przez małe, jak i wielkie „S”!

Skończyłem kościańskie liceum im. Oskara Kolberga, później historię sztuki. Równolegle studiowałem filologię chorwacką (ukończoną z tytułem magistra) i bułgarską (licencjat). Potem podjąłem studia doktoranckie na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM. Po ich ukończeniu i paru perypetiach zostałem zatrudniony w Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Dzisiaj pracuję w Instytucie Filologii Słowiańskiej. Przez jakiś czas prowadziłem również zajęcia zlecone w Instytucie Historii Sztuki, a w ramach grantu byłem też na krótko zatrudniony na Uniwersytecie Warszawskim.

 

JW: Kiedy pojawiło się zainteresowanie Wielkopolską?

EP: Zainteresowanie regionem zaczęło się w sposób naturalny w dzieciństwie. Najpierw szkoła podstawowa im. generała Chłapowskiego, która od początku zaszczepiała mnie i moim rówieśnikom fascynację okolicą, postaciami z nią związanymi. Mój dom rodzinny znajdował się kilkanaście minut drogi od pałacu Chłapowskich, więc nie sposób było przejść czy przejechać obok tego miejsca obojętnie.

 

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Do tego opowieści dziadków, którzy pamiętali okres przedwojenny i tamtą Turew.

Żywe i bardzo plastyczne historie zaszczepiły we mnie ciekawość tamtych czasów. Wraz z nimi przyszedł sentyment.

 

JW: Co było dalej?

EP: Potem pojawiła się stopniowo rosnąca ciekawość, pierwsze lektury, m.in. „Wspomnienia z Turwi” Krzysztofa Morawskiego, które oglądałem i czytałem jako jedenasto- czy dwunastolatek. Czas liceum zepchnął to nieco na ubocze. Bardziej poświęciłem się olimpiadom przedmiotowym (z ukochaną biologią na czele), chociaż podskórnie region cały czas krążył w orbicie moich zainteresowań.

 

JW: No właśnie, mimo że maturę zdawał pan z biologii, to jednak wybrał historię sztuki…

EP: Dokładnie. Jednym z powodów był właśnie region. W sposób szczególny jeden obraz – pędzla Leopolda Nowotnego znajdujący się w przypałacowej kaplicy Chłapowskich. To było pierwsze wysokiej klasy dzieło sztuki, z jakim się zetknąłem. Szukając informacji o jego historii i autorze, w sposób naturalny zainteresowałem się całym regionem.

Dotykając jednego tematu, na zasadzie domina trzeba było pochylić się nad o wiele szerszym fragmentem historii.

Najwyraźniej jednak zainteresowanie regionem uwidoczniło się podczas studiów doktoranckich. Co prawda były slawistyczne, chociaż dysertacja odnosiła się do malarstwa miniaturowego.

 

Równocześnie zostałem społecznym opiekunem zabytków w powiecie kościańskim, co jeszcze bardziej związało mnie z terenem.

Po zajęciach w Poznaniu wracałem w rodzinne strony, by je lepiej poznawać i w miarę możliwości zaciekawiać nimi innych. W ramach pełnienia wspomnianej funkcji szukałem sposobu na realizowanie idei zachowywania i popularyzowania wiedzy o zabytkach, ale w szerszym kontekście – materialnego i niematerialnego dziedzictwa kulturowego.

 

W ten sposób narodziła się seria wydawnicza „Miejsca i Sztuka”.

Za nią poszły promocje książki, które uznawałem zawsze za świetną okazję do zaciekawiania regionem, jego nieodkrytymi skarbami kultury. Z tymi działaniami szły i idą w parze działania podejmowane w zakresie renowacji zabytków i miejsc pamięci. Wspólnymi siłami udało się gruntownie odnowić Kopaszewską Drogę Krzyżową, powstałą z fundacji gen. Chłapowskiego i Jana Koźmiana, pomnik poległych w latach 1914–1920 mieszkańców Turwi czy stworzyć nowe miejsca pamięci, jak chociażby pomnik na cześć uczestników powstania wielkopolskiego w Głuchowie.

 

JW: Jak wyglądało kształtowanie się pana drogi zawodowej?

EP: Chciałem być lekarzem, zdawałem na medycynę, ale się nie udało. Była też po drodze etnolingwistyka. Zwyciężyła humanistyka, i to niszowa. Z perspektywy czasu wiem, że pod względem osobistego rozwoju była to dobra decyzja. Nie ma jednak co ukrywać, że z humanistyki trudno się utrzymać, tym bardziej jeżeli przy tej okazji chce się działać społecznie. Po studiach doktoranckich nastał dla mnie trudny czas.

 

JW: Co to dokładnie oznaczało?

EP: Niestety doktorat stwarza więcej problemów niż korzyści. Mimo wielu zapewnień, że praca na uczelni się znajdzie, tak nie było. Okres ten przeżyłem dzięki stypendium MNiSW. Z czasem udało mi się zdobyć zajęcia zlecone w Instytucie Historii Sztuki i uzyskać cząstkowe – jedna piąta etatu – zatrudnienie na uniwersytecie. W zasadzie dopiero po dwóch latach zatrudniono mnie na stałe.

 

Z perspektywy osoby, która ma interdyscyplinarne wykształcenie, nie jest łatwo zajmować się regionem i pracą społeczną.

 

Liczne naciski, ograniczenia, a ostatnio również nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym powodują, że wiele działań należy – o zgrozo! – prowadzić wręcz konspiracyjnie, zwłaszcza jeżeli stanowią one działalność dodatkową, obok podstawowej ścieżki zawodowej.

To generalnie smutna rzeczywistość i niemalująca się w radosnych barwach przyszłość humanistyki i społecznikostwa. Szkoda, że tego typu zjawiska nie omijają również uczelni.

 

JW: Czym zajmuje się społeczny opiekun zabytków?

EP: W rozumieniu ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami podejmuje działania:

 

„związane z zachowaniem wartości zabytków i utrzymaniem ich w jak najlepszym stanie oraz upowszechnia wiedzę o zabytkach”, ponadto „współdziała z wojewódzkim konserwatorem zabytków i starostą w sprawach ochrony zabytków i opieki nad tymi zabytkami” (rozdział 10, art. 102).

 

Sposób, w jaki będzie realizować te zadania, zależy w gruncie rzeczy od ustaleń z urzędem konserwatorskim lub powiatem.

 

JW: Jak to jest w pana przypadku?

EP: Mogę działać na terenie całego powiatu kościańskiego. Łączę funkcję opiekuna społecznego z pracą naukową, a pokłosiem są monografie poszczególnych miejscowości powiatu oraz ich zabytków, wykłady popularyzatorskie, oprowadzania grup polskich i zagranicznych.

Zajmuję się też fizyczną pracą przy wybranych obiektach, pomocą w pracach konserwatorskich, czasem także budowlanych, sporządzam dokumentację prac, informuję o istniejących dla zabytków zagrożeniach czy działaniach prowadzących do ich zniszczenia.

W skrajnych przypadkach społeczny opiekun zabytków może prosić o interwencję policję lub inne służby jeżeli zachodzi np. ryzyko zniszczenia obiektu zabytkowego. Do tego spotkania z młodzieżą szkolną, Noce Muzeów, kwesty, pisanie programów i koncepcji rewitalizacyjnych.

 

Ogólnie rzecz ujmując po otrzymaniu stosownej legitymacji od starosty, który na wniosek wojewódzkiego konserwatora zabytków powołuje społecznika, staje się on okiem i uchem służb konserwatorskich w terenie.

Wielu z nich jest emocjonalnie związana z wybranymi miejscami czy obiektami, więc funkcja staje się nie tylko elementem społecznikostwa czy wolontariatu, ale wielokrotnie autentyczną pasją. W moim przypadku z powodzeniem udało się rozszerzyć zakres obowiązków, który obecnie obejmuje również szereg działań i inicjatyw prokulturowych i proekologicznych.

 

JW: Czym aktualnie się pan zajmuje?

EP: Projektem rewitalizacji nekropolii rodu Chłapowskich w Rąbiniu i Czerwonej Wsi i renowacją tablic lekarzy organiczników znajdujących się przy Krypcie Zasłużonych Wielkopolan. Zabiegam również o budowę pomnika ofiar działań wojennych z lat 1914–1920. Zebrałem listę 40 nazwisk, opracowałem koncepcję, szukam środków finansowych, a w międzyczasie staram się o pozwolenie konserwatorskie na umieszczenie pomnika przy jednym z założeń wpisanych do rejestru zabytków.

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Inny aspekt pracy to przygotowywanie wniosków, przede wszystkim w imieniu parafii, do urzędów konserwatorskich, ministerstwa czy jednostek samorządu terytorialnego w związku ze staraniami o uzyskanie dotacji na renowację obiektów. Do tego konsultacje, okazjonalnie ekspertyzy. Sporo papierologii, która jednak przynosi korzyści.

 

JW: Ma pan na koncie wiele publikacji. Czy uważa pan którąś za najważniejszą?

EP: W swoim dorobku mam kilkanaście książek o zróżnicowanej tematyce. Każda z nich jest na swój sposób ważna.

 

Największy sentyment mam do serii „Miejsca i Sztuka”.

Raz z racji tego, iż jest to mój autorski pomysł, dwa, że publikacje te spotykają się z uznaniem, co jest dla mnie dowodem na to, iż ciągle obecny jest głód wiedzy o regionie, o z pozoru niemających wiele do zaoferowania miejscowościach.

 

JW: Pana książki mają wartość merytoryczną, a jednocześnie w przystępny sposób przybliżają historię, sztukę i postaci związane z kolejnymi miejscowościami.

EP: Tak, bardzo mi na tym zależało. Książka naukowa nie musi być opasłym tomiskiem naszpikowanym skomplikowanym słownictwem, przeznaczonym dla wąskiego grona odbiorców.

 

Bardzo chciałbym, by moje prace trafiały również do osób, które najzwyczajniej w świecie interesują się przeszłością i jej śladami.

Na książki o zabytkach, o dziejach miejscowości zawsze patrzyłem jako na próbę wygrania nierównej walki z czasem. Zależało mi i zależy na tym, by jak najwięcej informacji udało się zgromadzić, uporządkować, zachować dla tych, którzy przyjdą po nas. Być może kolejne pokolenia znajdą dodatkowe informacje, dopiszą własne rozdziały, skorygują to, co my pozostawiliśmy.

Bardzo cieszy mnie to, że przy okazji poszukiwania materiałów, wykonywania kwerend, mam okazję rozmawiać z mieszkańcami miejscowości, którzy przekazują mi wiele informacji, a nierzadko również fotografii czy pamiątek rodzinnych. I cieszą się, że te okruchy ich pamięci uda się zachować, gdy ich już nie będzie. Książki na to w jakiejś mierze pozwalają.

 

JW: Co w powiecie kościańskim wzbudza pana zainteresowanie?

EP: Na pewno jest specyficzny. Ma ogromny potencjał – kulturowy, historyczny, turystyczny – który wykorzystuje w bardzo niewielkim stopniu. Brakuje nam szerszej promocji.

 

Nadal niewykorzystana pozostaje spuścizna ziemiańska i organicznicy.

To przecież Dezydery Chłapowski był prekursorem nowoczesnego rolnictwa, jednym z liderów pracy organicznej. Jego zięć – Jan Koźmian – pojęcie to wprowadził. Na mapie powiatu jest wiele miejscowości związanych z rodem Chłapowskich. Nie ukrywam, że to mój konik i wiele czasu i energii poświęcam właśnie na badanie tej spuścizny i tych miejsc.

 

Cechą właściwą niemal całej Wielkopolsce jest fakt, iż prawie w każdej większej wiosce znajdował się, lub znajduje się do dzisiaj, pałac, dwór czy zabytkowy kościół.

Z każdym z nich związana jest historia jakiegoś rodu, ważnej – regionalnie czy ponadregionalnie – osoby, istotnego wydarzenia. Do tego należy dodać miejscowe legendy, tak ochoczo zbierane w XIX wieku, świadectwa archeologiczne (w większości w znikomy sposób opracowane) i co najważniejsze – wyjątkową przyrodę, świadectwo unikatowego, agroekologicznego krajobrazu.

Prawie w każdej miejscowości stoi jakaś przydrożna kapliczka, miejsca pamięci, które czekają na odkrycie.

 

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Owa świeżość, jeżeli chodzi o możliwość odkrywania wielu zakątków powiatu, jest dla mnie nieskończonym źródłem fascynacji i zachwytu.

Z drugiej strony uświadamia mi, jak wiele jest do zrobienia, jak wielu ludzi potrzeba, by odkryć te wyjątkowe miejsca. Niewiele osób wie chociażby o tym, że w Racocie, kojarzonym głównie ze stadniną, przez lata żyli obok siebie Holendrzy, Niemcy i Polacy, król Niderlandów, wielki książę saksońsko-weimarski i prezydent Mościcki. To są smaczki powiatu kościańskiego, ale i całej Wielkopolski!

 

JW: Widać pasję w tym, co pan mówi! Proszę zdradzić, czy jest takie miejsce w okolicy Kościana, które wzbudza u pana większe emocje?

EP: Bardzo lubię sztukę sakralną i związaną z ziemiaństwem, a więc te elementy, których w regionie nie brakuje. Nie ukrywam, że często jestem w pałacu w Racocie. To miejsce i rodzinna Turew budzą najmilsze skojarzenia. Jednak ulubionego miejsca nie mam. Staram się na każde spoglądać indywidualnie i szukać w nim esencji, wokół której możliwe będzie rozwinięcie jakieś historii, opowieści. Mam za to ulubione miejsca związane z przyrodą.

 

JW: Jakie?

EP: Jednym z nich jest przepiękny, modrzewiowy las, w zasadzie kolejne pokolenie tych drzew. Staram się odwiedzać je o każdej porze roku. Dotarcie do niego zajmuje około godziny. Po drodze przechodzi się przez starą, śródpolną drogę obsadzoną dzikimi krzewami, mija się kilkudziesięcioletni sad jabłoniowy, pachnące – zwłaszcza wiosną – trawą i zbożami pola i dociera się na skraj lasu, z którego już tylko kawałek do owego modrzewiowego zakątka.

 

JW: Bada pan region od dawna. Co jeszcze pozostało do zrobienia, aby dokładnie poznać Kościan i okolicę?

EP: Tematów niezbadanych jest na kilka wcieleń i kilka osób. Bardzo mnie ciekawią wspomniane wcześniej wielokulturowe elementy obecne na terenie Wielkopolski.

 

W zasadzie dzisiaj niewiele wiemy o tym, co np. holenderska rodzina królewska pozostawiła w należących do niej majętnościach znajdujących się w naszym regionie.

Inny przykład: w Tajnym Archiwum Państwowym Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego znajdują się ogromne ilości dokumentów odnoszących się do Wielkopolski i jej historii, jednak stopień ich przebadania przez Polaków jest wyjątkowo skromny. To moim zdaniem ogromny błąd. Zbiory berlińskie obejmują poza dokumentami również dawne polskie księgozbiory.

 

JW: Które?

EP: Chociażby lubiński, który przed laty tropił śp. ojciec Karol Meissner. Wiele materiałów znajduje się również w Szwecji. Problemem jest to, że nie są w sposób szczególny wyodrębnione w katalogach, ale to gigantyczne pole badawcze. Nie korzystamy z niego. Często słychać tylko zdanie, że dokumenty czy obiekty zaginęły w trakcie potopu szwedzkiego. I kropka. A przecież współcześnie mamy większe szanse, by szukać po drugiej stronie Bałtyku poloników. To oczywiście duże, ogólnoregionalne tematy i zagadki. Zwróćmy jednak uwagę, że dotyczą niemal każdego wielkopolskiego miasta i wielu wiosek, pokazując, jak wiele mamy do zrobienia.

 

JW: Czy bycie regionalistą to nisza?

EP: Wydaje mi się, że tak. Niestety!

 

Brakuje w polskiej oświacie niewielkiego chociażby bloku poświęconego regionowi, małym ojczyznom. Jak można zrozumieć wielkie dziejowe wydarzenia bez umiejętności ich odniesienia do lokalności, do znanych nam miejsc czy kojarzonych postaci?

O ileż łatwiej byłoby zachęcić do poznawania historii, gdyby większy nacisk kładziono na regionalne jej aspekty. Utarło się również, że regionaliści to raczej osoby dojrzałe, często korzystające z przywileju emerytury dającego więcej czasu na rozmaite fascynacje i poszukiwania. Jest w tym wiele prawdy, ale jesteśmy również świadkami wyraźnego ożywienia zainteresowania regionem w przestrzeni internetowej.

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Grupy zakładane na profilach społecznościowych, tematyczne strony, fora internetowe – to ogromna przestrzeń, w której można promować region czy regiony. Jednak wiele osób tam publikujących nie określa się mianem regionalistów. Częściej zamieszczają oni informacje na zasadzie pewnej ciekawostki czy atrakcji turystycznej. I bardzo dobrze.

 

Jeżeli towarzyszy temu rzetelne podejście do źródeł, archiwaliów, pewien sentyment – to mamy ideał regionalisty.

JW: Czy powiat kościański miał takie osoby?

EP: Nie brakowało ich. Dość wspomnieć dra Henryka Florkowskiego, Józefa Świątkiewicza czy Mariana Koszewskiego. Dla nich region był pasją, a ta rzadko kiedy przekształca się w profesję, która może pozwolić na utrzymanie się.

 

Swoją drogą im dłużej regionem się zajmuję, tym bardziej uświadamiam sobie, że nie jest to profesja zarobkowa, wręcz przeciwnie – to szaleństwo, któremu jeszcze trochę osób ulega i które eksploatuje ich siły i różnego rodzaju zasoby.

Ale dzięki temu mają one poczucie spełnienia, a my możemy się cieszyć owocem ich pracy. Widzę również wyraźnie, że zapaleńców z prawdziwego zdarzenia ubywa.

 

JW: Dlaczego tak jest?

EP: Brakuje im często wsparcia instytucjonalnego czy chociażby funduszy, które pozwoliłyby na prowadzenie działalności. Jako osoba związana z uniwersytetem dostrzegam, że również w tej instytucji pojawiają się głosy podważające rolę i znaczenie regionu, zainteresowanie nim czy w ogóle jego badanie. To bardzo niepokojący objaw.

 

Wszyscy dążą do umiędzynarodowienia badań, zdobywania punktów i grantów, ale czy wraz z tymi ważnymi elementami można zapomnieć czy odrzucić szeroko rozumiany regionalizm?

Moim skromnym zdaniem nie, ponieważ to właśnie on stanowi o kolorycie globalizacji. Bardzo życzyłbym wielu regionalistom i sobie również, by właśnie w uczelniach znaleźli oparcie – zarówno merytoryczne, jak i instytucjonalne. Wielka nauka może być wielką tylko dzięki uwzględnieniu tych niepozornych wydawałoby się elementów. Każdy z nich ma swoją wartość.

 

JW: Czy centralizacja kultury i sztuki nie wpływa negatywnie na zainteresowanie regionem?

EP: Naturalnym zjawiskiem jest koncentracja kultury i sztuki w dużych ośrodkach miejskich. Dostęp do nich w dobie globalizacji jest rzecz jasna coraz łatwiejszy, nie przekłada się jednak często na jakość. Pozytywnym objawem jest powstawanie na prowincji regionalnych muzeów czy izb pamięci. To wydaje się być dzisiaj jednym z największych wyzwań stojących przed kulturą – w jaki sposób tworzy ona pamięć zbiorową, jak ustanawia nowe formy pamięci.

 

W dobie postępującej globalizacji, unifikacji kulturowej szczególnie ważne jest zwrócenie uwagi na przywołany wcześniej lokalny koloryt, małe ojczyzny.

W Wielkopolsce, zwłaszcza w XIX wieku, to właśnie ziemiańskie dwory i pałace były lokalnymi centrami kultury i sztuki. Liczne miasta były zgermanizowane, a kultura narodowa nierzadko natrafiała na poważne przeszkody. Rola siedzib ziemiańskich w podtrzymaniu tradycji narodowej była i jest nieoceniona.

 

Przypomnijmy chociażby wizyty Mickiewicza w Śmiełowie, Bielewie, Choryni czy Kopaszewie. „Pan Tadeusz” jest przekornie najbardziej wielkopolskim „zajazdem na Litwie”. Praca organiczna – sztandarowe hasło Wielkopolski – w większości ukształtowało się poza dużymi centrami miejskimi.

Te są oczywiście ważne, gdyż były węzłami komunikacji artystycznej i kulturowej. Ale między nimi były i są liczne punkty – małe miejscowości, w których dostrzegamy czasem w formie skondensowanej określone zjawiska. Jestem zdania, iż Wielkopolska ma ogromny potencjał kulturowy, historyczny i turystyczny, który jednak bardzo słabo wykorzystujemy.

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

Emilian Prałat, fot. ARPINIU

 

JW: Jak Poznań wypada na tle innych miast?

EP: Bardzo blado, a przecież powinien być centrum i prężnym ośrodkiem. Wielkopolska kultura i sztuka wymagają ogromnego doinwestowania.

 

Mamy wiele dworów, pałaców z potężnymi parkami, które mogłyby stać się konkurencją dla parku oliwskiego w Gdańsku, ogrodów tarasowych zamku Książ czy chociażby – by wprowadzić zdrową, wielkopolską konkurencję – dla arboretum kórnickiego.

Polacy są mobilni, chcemy odkrywać, chcemy poznawać. Niekoniecznie wielkie miasta, ale również urokliwe zakątki. Te jednak muszą mieć jednak ofertę dostosowaną do potrzeb zwiedzających. Jest dużo do zrobienia, ale i miejsc jest wiele. Wszystko zatem przed nami.

 

 

Emilian Prałat — doktor nauk humanistycznych, historyk sztuki, regionalista i filolog slawista. Swoje zainteresowania badawcze koncentruje przede wszystkim na sztuce wielkopolskiej, zwłaszcza związanej z mecenatem artystycznym rodu Chłapowskich, ponadto na sztuce Słowiańszczyzny Południowej i Bizancjum. Interesuje go również ikonografia, procesy recepcji oraz pogranicza kulturowe. Pełni funkcję społecznego opiekuna zabytków powiatu kościańskiego.