fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

„Tłumacz jest kameleonem tuż przed schwytaniem ofiary”

„Szekspir nie pisał po polsku”, a „tłumacz też autor”. Rozmowa z Kingą Piotrowiak-Junkiert, badaczką, tłumaczką i poetką – o widzialności twórców przekładów i poetek, węgierszczyźnie i tomie „Pieśni Myrmidonu”.

Gdzie polski nie może, tam po węgierski pośle? Co może węgierszczyzna, a czego nie można (lub bardzo trudno) osiągnąć w polszczyźnie?

KINGA PIOTROWIAK-JUNKIERT: Można na to pytanie odpowiedzieć na tysiąc sposobów i sięgnąć do ulubionego zagadnienia w tej parze języków, czyli słowotwórstwa, a ściślej mówiąc – brzmienia tasiemcowatych konstrukcji słownych, które omawia się podczas zajęć z gramatyki opisowej języka węgierskiego.

Węgrzy, dzięki przepysznemu obłędowi aglutynacji, potrafią budować bardzo długie słowa i tworzą najdłuższe wyrazy świata, np. „folyamatellenőrzésiügyosztályvezetőhelyettesképesítésvizsgálat”, który można przetłumaczyć jako „zapytanie o kwalifikacje zastępcy departamentu do spraw kontroli procesu”.

W kontekście przekładu wspomniałabym o dwóch problemach – braku kategorii rodzaju oraz czarze krótkich i długich samogłosek. Pierwsze zagadnienie potrafi uprzykrzyć życie tłumacza, kiedy próbujemy domyślić się, jakiej płci jest bohater, a nie dowiadujemy się tego z koniugacji czasownika. Prawdziwy problem pojawia się w momencie, gdy taka postać nie wykonuje żadnych gestów, które mogłyby udzielić jakiejkolwiek podpowiedzi (nie ma ani słowa o pończochach czy aksamitnej kopertówce na złotym łańcuszku).

Czasami rodzi się z tego szczególny przywilej tłumacza, ponieważ autor, który po węgiersku nie musi decydować o płci postaci, pozwala nam tę płeć wybrać. Taki wybór może oznaczać zmianę wymowy scen, bo inne obrazy otworzą się w głowie, gdy przed kordonem żołnierzy postawimy w ciemnym lesie młodzieńca, a zupełnie inne i w inny sposób niepokojące, gdy będzie to dorastająca dziewczynka.

Drugie zagadnienie, które w przekładzie tracimy zawsze, to niezmierzone możliwości poezji węgierskiej w zakresie igraszek poetologicznych. Wszystko dzięki różnorodności samogłoskowej i wyjątkowej giętkości słowotwórczej. Węgierszczyzna wchłania bez trudu aleksandryny i pięknie w niej brzmi strofa alcejska. To możemy jakoś w przekładzie obejść, rozwiązać, ale gdy na horyzoncie zamajaczy heksametr, szczękamy zębami. Tej możliwości pisania w heksametrze (i znakomitych przekładów Homera) zazdroszczę najbardziej. Oczywiście katastrofa tłumaczenia heksametru przytrafia się tak rzadko, że można potraktować ją jako wyimaginowaną anegdotę.

 

Twórczą pracę nad przekładem często opisuje się za pomocą różnorakich metafor. Niektóre z nich skupiają się na heroizmie tłumacza, który musi mierzyć się z nieprzekładalnością, inne posługują się językiem ekonomii, gdy mowa o zaciąganiu długu wobec tekstu oryginalnego, jeszcze inne są porządku biologicznego, kiedy przekład porównuje się z transfuzją czy transplantacją (por. Małgorzata Łukasiewicz „Pięć razy o przekładzie”). Czy ma pani własną metaforę, która najlepiej oddaje proces pani pracy?

Kinga Piotrowiak-Junkiert, fot. Maciej Junkiert

Najbardziej lubię metafory muzyczne, na przykład transkrypcję, czyli przepisanie utworu z jednego instrumentu na drugi. Melodia grana na fortepianie zawsze musi być tym samym koncertem Wieniawskiego, choć biegły meloman po dwóch nutach wie, że będzie to przygoda skrojona na inne skale, inne pudło rezonansowe, inną pracę rąk, że tekstowi wyrosną wąsy czepne i przylgi, żeby lepiej kleił się kontekst, że czasem trzeba będzie przyszyć pianistę do klawiatury. Źle by było, gdyby zniknął Wieniawski. Wspaniale, gdy widać instrumentalistę. Także na okładce.

Ostatnio czytałam wspaniały fragment dotyczący procesu tłumaczenia, autorstwa Svetlany Cârstean i Atheny Farrokhzad z książki „Trado” w przekładzie Joanny Kornaś-Warwas i Justyny Czechowskiej:

 

„Tłumacz porusza się w tekście niczym kameleon. Nie tylko dlatego, że przybiera ubarwienie tekstu. Ale również dlatego, że jego oczy, podobnie jak u kameleona, poruszają się niezależnie od siebie. Kameleon ma oczy, które mogą patrzeć w jednym kierunku, a także w kierunkach przeciwnych. Które potrafią w tym samym momencie patrzeć na oryginał i przekład, żeby zmierzyć odległość między nimi. Tłumacz jest kameleonem tuż przed schwytaniem ofiary”.

 

Tłumacze i tłumaczki są bez wątpienia najbardziej uważnymi czytelnikami. Czy rolę tłumaczki można zawiesić przy lekturze prywatnej, w obcowaniu z przetłumaczonymi już tekstami?

Imre Kertész, „Ostatnia gospoda”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, W.A.B. 2016

Imre Kertész, „Ostatnia gospoda”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, W.A.B. 2016

A czy można przestać być ornitologiem? Fizyk zawsze podkreśli w książce błąd astronomiczny. Inżynier zamieni śrubokręt na wkrętak, a czytelnik zawodowy pozostaje czytelnikiem zawodowym, ale nie jestem pewna, czy to musi oznaczać uporczywą czujność w dociekaniu, kto i gdzie zrobił kiks.

 

Tłumacze, podobnie jak wszyscy ludzie Słowa, odbierają świat w konkretny sposób, pamiętamy teksty wyrażeniami, frazami, intonacją.

Oczywiście praktyka pracy w języku skutkuje umiejętnością szybszego wychwytywania usterek w tekście, ale jeśli książka mknie narracją bez trzymanki, czytelnik zawodowy, jak każdy śmiertelnik, skacze w nią jak w ogień i wyrzuca za siebie ołówek.

 

W jaki sposób dobiera pani teksty do tłumaczenia? Czy coś wpada pani w ucho w tekście oryginału, sprawą rządzi przypadek, czy może kieruje się pani tym, czego polskiej literaturze brakuje, a co byłoby dla niej pożyteczne, poszerzało jej możliwości o nowe tradycje, wzorce, poetyki, eksperymenty?

Do tej pory, poza kilkoma drobnymi wyjątkami, tłumaczyłam wyłącznie książki, którymi zajmuję się w pracy naukowej, czyli literaturę węgiersko-żydowską: Ostatnią gospodę Imre Kertésza (2016), Oskubaną papugę Rebego. Zmyślone opowieści chasydzkie Gézy Röhriga (2016) oraz Drogę do pustego nieba Zoltána Halasiego (2017).

Gézy Röhrig, „Oskubana papuga Rebego. Zmyślone opowieści chasydzkie”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, Austeria 2016

Gézy Röhrig, „Oskubana papuga Rebego. Zmyślone opowieści chasydzkie”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, Austeria 2016

Przez lata zajmowania się literaturą węgierską poznałam kilka jej idiomów, które świetnie przyjęły(by) się w polskiej wyobraźni i wrażliwości. Najlepszym przykładem bliskości naszych literatur byłby pewnie fenomen polskiej recepcji Sándora Máraiego, który mówi głosem Ireny Makarewicz, Teresy Worowskiej i Feliksa Netza.

Nad Dunajem gigantów prozy, poezji i dramatu nie brakuje, a my potrzebujemy literatury uczącej różnorodności, odważnie mówiącej o nierozliczonym dwudziestym wieku. Moja lista propozycji wydawniczych jest bardzo długa. Pytanie, jak przekonać wydawców?

 

A co sądzi pani o autoprzekładzie? Czy przetłumaczyłaby pani swoje wiersze na język węgierski, czy raczej zdała się na innego tłumacza/inną tłumaczkę?

Tak się składa, że moje wiersze na węgierski tłumaczył wspaniały Tamás Sipos, węgierski głos Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Agnieszki Wolny-Hamkało, Bronki Nowickiej i wielu innych. Każdy wiersz rozpisałam frazę po frazie, robiłam spisy zakresów i skojarzeń leksykalnych, dołączałam fotografie przedmiotów (które odgrywają kluczową rolę w moim tomie), ale nie odważyłabym się sama dłubać przy tekście.

Tłumaczenie poezji jest jakąś formą tajemnicy i czuję się pewniej, gdy wiem, że każdy przekłada na swój język. Nawet gdy musi amputować, sztukować i nagrywać ścieżkę rytmiczną od zera. Odkryłam też, że bez względu na języki łączy nas kosmiczna (trochę szalona) więź.

Tamás przysłał mi w środku nocy nazwę gatunku rośliny zielnej, która mogłaby zastąpić krwawnik z tytułu jednego z wierszy. Mógł poczekać do rana, ale ta wiadomość oznaczała koniec mozolnego wertowania atlasów botanicznych w poszukiwaniu ekwiwalentu. W węgierskiej wersji jest inna roślina, krwiściąg [vérfű]. Czy wpadłabym na to sama? Znam autorów wielojęzycznych, którzy z wielkim powodzeniem przekładają siebie na inne języki, chociaż większość wierszy to asymptoty oryginału. Niemalże te same, ale nie takie same.

 

Prowadzi pani bloga, którego częścią stał się projekt „Gdzie są poetki? Tu są!” Walczy pani nie tylko o widzialność tłumacza/tłumaczki, ale również o widzialność kobiet w literaturze. Która walka jest dla pani bardziej absurdalna?

Nie wiem, czy warto mówić o absurdach wykluczenia, ale na pewno dobrze jest walczyć o widzialność.

Zoltán Halasi, „Droga do pustego nieba”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, Nisza 2017

Zoltán Halasi, „Droga do pustego nieba”, przeł. Kinga Piotrowiak-Junkiert, Nisza 2017

Na co dzień, jako członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, dbam (i walczę) o to, by nie pomijano naszych nazwisk w opisach wydawniczych, na stronach internetowych, pod artykułami, wzmiankami, by nie zabrakło informacji, kto jest drugim, polskim, autorem książki.

Nasze kampanie na rzecz widzialności tłumaczy są znane w całej Polsce i z dumą nosimy flagowe hasła STL-u („Szekspir nie pisał po polsku”, „Tłumacz też autor” etc.). Widzimy zmianę świadomości czytelników, krytyków i wydawców.

 

Mam nadzieję, że za kilka lat wymienianie nazwiska tłumacza obok nazwiska autora (jako nierozerwalnej całości) będzie normą. Podobnie jest z obecnością kobiet w literaturze, której nie muszę przywoływać i komentować, bo obie bardzo dobrze ją znamy.

Każde pokolenie walczy o obecność ważnych dla siebie grup etnicznych, społecznych, religijnych czy seksualnych – i jeśli coś mnie oburza, to fakt, że wciąż musimy myśleć o pisarstwie kobiecym jako osobnej „grupie”.

Nagrywanie wierszy poetek (teraz powstają nagrania poetek polskich, niedługo ruszy edycja zagraniczna) wynikało z poczucia braku poezji w przestrzeni wirtualnej. Skoro wiersz lubi być czytany (a lubi), to należy go nagrać. A skoro zbyt skromnie prezentuje się poetki polskie (warto przypomnieć tutaj sławetną „męską” listę nominowanych do ważnej nagrody poetyckiej), to trzeba je pokazać.

Kinga Piotrowiak-Junkiert, Pieśni Myrmidonu, Stowarzyszenie Pisarzy

Kinga Piotrowiak-Junkiert, „Pieśni Myrmidonu”, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział w Łodzi 2019

Lubię nisze i lubię, gdy udaje się rozepchnąć nisze do całkiem przestronnych przestrzeni. Projekt „Gdzie się podziały poetki? Tu są!” znalazł swoje miejsce nie tylko na blogu, ale także na kanale YouTube. Słuchaczy przybywa, choć wciąż są to dwie, trzy osoby na tysiąc.

 

„Pieśni Myrmidonu”, z jednej strony z przyrodniczego nachylenia, a z drugiej z aury tajemnicy i siły mitu, zdają się bliskie wrażliwości zarówno Małgorzaty Lebdy, jak i Urszuli Zajączkowskiej. Czy poezja wyczulona na przyrodę, tworzona właśnie przez poetki, w tym panią, jest bliska formacyjności? A może to przypadkowa zbieżność wrażliwości? Czy poezja osnuwająca się wokół natury sprzyja kreowaniu tak silnych kobiecych głosów (ale też podmiotek)?

Nie wiem, czy kreacja konkretnych podmiotek i osadzanie ich w naturalnych dekoracjach jest gestem formacyjnym i pokoleniowym. Ten rodzaj wrażliwości, o czym przekonałam się podczas rozmów z poetkami związanymi z szeroko pojętą naturą/przyrodą, wynika raczej z poczucia silnej więzi z konkretnymi miejscami.

To od zakotwiczenia w znanym z imienia i rzeki środowisku bierze się wrażliwość poetycka, którą daje się rozpoznać jako idiolekt. Ukonkretnienie pamięci i tożsamości skutkuje, jak sądzę, mocniejszym, bardziej widocznym definiowaniem wizji, bo pisanie staje się gestem odnawiania relacji z konkretnymi krajobrazami, także tymi duchowymi, spirytualnymi.

Pisanie jest pracą geograficzną, geologiczną, do wnętrza. Jest to coś, co wydaje mi się trudne do napisania/wymyślenia w warunkach laboratoryjnych (biurka i pokoju). To musi wynikać z żywego zaplecza, być elementem doświadczenia.

Być może połączenie scenerii przyrodniczych z kwestią kobiecości wynika z procesu artystycznego. Skoro pisząc, tak głęboko definiujemy przynależność i tak starannie fedrujemy tożsamość, nie da się nie dosięgnąć pokładów własnej płci i odbierania świata powłokami ciała. Tkwi w tym jakiś paradoks, bo z jednej strony uczymy się świata, nazywając go, a z drugiej strony nie nazwiemy czegoś dobrze, jeśli tego nie doświadczymy.

Gdyby narysować kobiece pisanie naturą, wyszedłby okrąg. Nóżka cyrkla stałaby wbita mocno w prymarne doznanie świata, a rysik zataczałby bliskie środka kręgi. Promień tego ruchu byłby krótki, bo istotą tego procesu jest wieczny powrót, krążenie wokół stałych pytań.

 

KINGA PIOTROWIAK-JUNKIERT – akademiczka (UAM), badaczka i tłumaczka literatury węgierskiej, przewodnicząca zachodniego oddziału Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, autorka projektu „Gdzie się podziały poetki? Tu są!”, laureatka konkursów poetyckich. W 2019 roku ukazał się jej tom wierszy „Pieśni Myrmidonu”. O swoich lekturach Kinga Piotrowiak-Junkiert pisze na blogu dyskretnyurokdrobiazgow.blogspot.com.