fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Totalna troska, czyli (nie)rodzina

Instalacja dźwiękowo-graficzna „Miłość Totalna” jest na wyciągnięcie ręki w Holu Wielkim Zamku. Przechodząc tamtędy, można się na chwilę zatrzymać, by posłuchać historii osób, dla których „rodzina” to coś więcej niż więzy krwi. Rozmawiam z Bartkiem Lisem, jednym z twórców wystawy.

 

 

Barbara Kowalewska: Intrygująca jest nazwa wystawy. Jak powstała?

Bartek Lis: To nie było proste. Na początku nadaliśmy projektowi roboczy tytuł „Troska”, ale finalnie szukaliśmy czegoś innego, co oddawałoby naszą ideę. Uznaliśmy, że słowo „troska” mogłoby niekoniecznie być zauważone. W końcu nazwa pojawiła się spontanicznie. Jedna z osób biorąca udział w projekcie, Ania, użyła takiego soczystego sformułowania „miłość totalna”, opisując właśnie relacje pełne troski panujące w organizacji pozarządowej, w której pracuje. Jako jedna z bohaterek projektu opowiadała, że uczucie to kojarzyło jej się z czasami, kiedy była zaangażowana w ruch oazowy i silnie związana z Kościołem.

 

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Na początku źródłem takiego doświadczenia było  chrześcijaństwo, a potem, kiedy Anna, jako lesbijka, stała się osobą wykluczoną, jej życie wymagało przeformułowania. Odchodząc od Kościoła, musiała na nowo, z innymi ludźmi, zbudować dla siebie „przestrzeń troski”– wspólnotę osób bliskich, które łączy bezwarunkowa przyjaźń. To właśnie miałaby być „miłość totalna”.

Przez długie lata słyszeliśmy słowo „totalne” w innych, negatywnych kontekstach, tutaj jest inaczej.  

 

BK: Jak powstał pomysł na projekt i jakie założenia przyjęliście dla jego realizacji?

BL: Jego geneza sięga okresu sprzed roku, kiedy to siedząc w domach, przyglądaliśmy się z trwogą, jak się zmienia świat na wielu polach. Przed Zamkiem stała rzeźba z ręką w geście victorii, z nałożoną rękawiczką medyczną. Wtedy obserwowaliśmy, że może nie radzimy sobie instytucjonalnie, ale źródłem wsparcia mogą być jeszcze organizacje pozarządowe, sąsiedzi, przyjaciele.. 

Gdy oczekujemy pomocy, myślimy o strukturach formalnych, a są osoby, które się samoorganizują i tworzą skuteczną „otulinę troski” wobec siebie nawzajem. W mojej głowie zrodził się wówczas pomysł, żeby spróbować odnaleźć i dotrzeć do takich grup wzajemnego wsparcia nie tylko w kontekście pandemii, ale też w innych obszarach.

Zaprosiłem wówczas do współpracy Joannę Morawiecką, reportażystkę z którą już wcześniej współdziałałem. Razem zmierzyliśmy się z tym tematem. Uznaliśmy, że warto o tym opowiedzieć i tak zwróciliśmy się do kilku osób, żeby opowiedziały nam, jak to robią. W odpowiedzi na moje ogłoszenie na Facebooku zgłosiło się kilkanaście osób, między innymi Anna, młoda kobieta pracująca w wrocławskiej organizacji „Kultura Równości” podejmującej różne działania wspierające osoby LGBT. Z tych rozmów zbudowaliśmy dźwiękowo – przestrzenną instalację, która opowiada o tworzeniu bezpiecznej przestrzeni, gdzie każda osoba może czuć się ważna, potrzebna.

 

BK: Mamy tu do czynienia z nową definicją rodziny. Współczesne społeczne „ruchy tektoniczne” zmuszają nas do zmiany pojęcia „rodziny”, jeśli chcemy przetrwać?

BL: W tym znaczeniu „rodzina” to miejsce spotkania osób, których nie łączą jedynie więzy krwi czy dobór w pary, a jednak pełnią wobec siebie funkcję rodziny. To „rodzina z wyboru”. Dzisiaj celem budowania rodziny jest nie tyle reprodukcja, ale otaczanie się opieką, troską, wsparciem emocjonalnym. Pojęcie „rodziny poszerzonej” funkcjonuje już od lat 70. w Stanach Zjednoczonych.

 

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

To nie znaczy – w przypadku bohaterów naszego projektu –  że tradycyjne rozumiane rodziny, z których wywodzą się osoby wchodzące w skład nowej wspólnoty, są złe, że trzeba je odrzucić, ale na jakimś etapie życia niezbędne stało się stworzenie jeszcze innej przestrzeni bezpieczeństwa, poza rodziną biologiczną. W ten sposób tworzą się „nowe rodziny”. Hasło „rodziny” jest ważne, chociaż na wystawie nie wybrzmiewa bezpośrednio. To jednak kategoria na tyle pojemna, że dotyczy nas wszystkich. W ostatnich latach widać, że na pytanie, czy rodzina jest ważna, większość jest co do tego zgodna.

Ale jednocześnie niepotrzebnie tworzy się sztywne granice, określając, czym jest rodzina, a czym nie jest, zapominając, do czego w ogóle ona jest powołana – żeby dawać ludziom szczęście i bezpieczeństwo.

Tutaj mamy idealne przykłady, jak to może funkcjonować. I dlaczego nie dać tym osobom prawa nazywania tego rodziną, mimo że więzów krwi tam nie ma, mimo że państwo tego formalnie nie rozpoznaje?

 

BK: Kim są inni bohaterowie projektu?

BL: Mieliśmy też grupę sześciu młodych osób, w wieku około 19 – 20 lat, w której są geje, lesbijki, osoby heteroseksualne, osoba niebinarna płciowo, dla których wspólnym doświadczeniem było wykluczenie – z domu, środowiska koleżeńskiego lub po prostu z przestrzeni publicznej. Mając dość takiej sytuacji, zaczęły szukać grupy, w której czułyby się normalne i bezpieczne. Osoby te nie tylko współpracują ze sobą, ale też po prostu obdarzają się nawzajem wsparciem. To właśnie jeden z przykładów rodziny poszerzonej.

Inną bohaterką projektu jest pani Ola, ponad siedemdziesięcioletnia seniorka. Poznałem ją parę lat temu, rozpoczynając projekt „Zamek Otwarty”, skierowany do osób starszych zależnych, czyli osób o ograniczonej samodzielności. Ola pracowała wówczas jako wolontariuszka w Stowarzyszeniu mali bracia Ubogich, gdzie wsparcie nie polegało na robieniu zakupów czy sprzątaniu, ale na spędzaniu czasu wspólnie z osobami samotnymi. Pani Ola opowiadała o paniach, które choć były jej podopiecznymi, to poprzez wspólne przebywanie, zbliżały się do siebie i stawały się częścią jej rodziny.

 

Zwłaszcza jedna z nich, 90-letnia pani, była jej szczególnie bliska i nawzajem dla siebie stanowiły wsparcie. To że są słabsi, nie znaczy, że nie mogą czegoś dać innym. Ostatecznie chodzi o to, by budować wzajemne relacje. Pani Ola ciepło wspominała tę relację, która właściwie była historią quasi rodzinną. 

I wreszcie mamy tu historię trzech osób z niepełnosprawnościami. Tomek i Agata są parą, towarzyszy im Paulina. Tomek i Paulina mają trudności motoryczne i poruszają się na wózkach. Wszyscy są aktywni zawodowo, społecznie, grają w teatrze. Te trzy osoby stworzyły wspólny dom. Mają dobre relacje z rodzinami biologicznymi, ale w pewnym momencie chciały się usamodzielnić. Wiedziały, że  codzienność życia może ich przerosnąć, a nie stanie się tak, jeśli zrobią to wspólnie, w gronie osób okazujących sobie nawzajem troskę. Tomek i Agata zaopiekowali się Pauliną, która jest najmniej sprawna fizycznie. Ta relacja trzech osób jest na tyle mocna, że gdy pytamy, czy wyobrażają sobie, że się któregoś dnia odseparują od siebie, Agata odpowiada, że nie, bo Paulina  jest częścią ich rodziny. Paulina też się nimi na swój sposób opiekuje, w sposób mniej dostrzegalny, ale nie mniej ważny w tych trudnych czasach – poprzez uwagę, troskę, rozmowę.

 

BK: Jaką formułę ma wystawa?

BL: Najlepszym określeniem wydaje mi się „instalacja”. Skonstruowana jest w prosty sposób, prezentujemy ją w przestrzeni trudnej do odbioru, w Holu Wielkim Zamku, który jest taką „strefą przejścia”. Jest trudna, ale jednocześnie ją lubię, bo nie sposób, przechodząc, nie wpaść na te historie.

 

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

fot. M. Kaczyński, CK Zamek

Przestrzeń wystawy zaaranżował Wojciech Luchowski – to odtworzone domowe wnętrze, bo taką atmosferę chcieliśmy oddać: dywan, stół, na nim obrus, cztery talerze, na wszystkich są rysunki Magdy Kościańskiej i cytaty – wyimki z rozmów z naszymi bohaterami. Można tam przysiąść i posłuchać fragmentów nagrań. Tuż przy stole ułożony jest jedna na drugiej stos książek, a na nim głośnik wyglądający jak stare radio. Z tego „radia” emitowane są opowieści. Całą tę przestrzeń od reszty holu oddzielają symbolicznie powieszone firany, jak w domu.

Dodatkowo, nieopodal można posłuchać audiodeskrypcji wystawy ze słuchawek – to ułatwienie dla osób niewidzących lub słabo widzących. Z kolei dla osób niesłyszących lub słabo słyszących umieściliśmy transkrypcje słuchowisk.

 

BK: Te historie są trochę „w poprzek” współczesnych narracji o tradycyjnej rodzinie.

BL: Mam nadzieję, że wystawa wywrze jakiś skutek edukacyjny. Może ktoś zrozumie, że rodzina to nie tylko ta zgodna z tradycyjnym modelem. Nie staraliśmy się być nachalni w tym edukowaniu, liczymy na to, że każdy wyciągnie dla siebie jakieś wnioski na podstawie historii tych ludzi. Wydźwięk instalacji jest wiecznie aktualny, bo jako ludzie zawsze będziemy potrzebować tworzyć wokół siebie takie „otuliny troski”, miejsca, gdzie ludzie nas kochają. Zbliżają się święta, a treść tej wystawy jest właśnie trochę świąteczna.

 

Bartek Lis – kurator projektów społecznych w Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu, socjolog (doktor nauk społecznych), edukator i animator kultury.

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0