fot. Maciej Zakrzewski

Urodzone w kraju, którego nie ma

Wśród wydarzeń tegorocznego Festiwalu Malta z łatwością można było przeoczyć ten spektakl. Choć był bezprecedensowy i ważny, poruszający problemy kobiet urodzonych w czasach socjalizmu w Jugosławii, obecnym państwie widmie, rozparcelowanym na osiem krajów.

Mowa o „15. Nadzwyczajnym Zjeździe: Poznań”, projektu Vlatki Horvat. Artystka nawiązuje do 14. i ostatniego Zjazdu Związku Komunistów Jugosławii, który zakończył się demonstracyjnym wyjściem słoweńskich i chorwackich delegatów, a następnie ogłoszeniem podziału państwa.

 

Projekt Horvat oddalony jest od „wielkiej” polityki, skoncentrowany na życiu codziennym, na życiu zwykłych ludzi, przymusowo związanych z tą polityką.

Oto sześć kobiet spotyka się przy długim stole i odpowiada na czas na zadawane przez moderatorkę pytania. Co ważne do projektu (wcześniej pokazywanego m.in. w Londynie, czy Berlinie) angażowane są do niego bohaterki z miasta lub regionu, w którym dzieło jest prezentowane. Mamy więc czynienia z opowieściami w pewien sposób efemerycznymi, osobistymi, a zarazem poruszającymi podobne kwestie, ukazując przez to pokrewieństwo tragedii, jakim dla mieszkańców był rozpad Jugosławii i tamtejsza wojna. Całość nie jest w żaden sposób reżyserowana, a kobiety, nie znając wcześniej pytań, improwizują, przywołując ze swojej pamięci wielkie i małe zdarzenia.

W Poznaniu spotkały się ze sobą: Anna, Azra, Gordana, Roska, Stanivlava i Vlatka; każda z innego regionu Jugosławii, emigrantki, żyjące czy to w Polsce, czy Wielkiej Brytanii, wszystkie z traumą bycia bezpaństwowcem. Wanda Wasilewska, dziennikarka i reporterka radia Merkury, która moderowała „Zjazd”, tasowała karty i każdej z kobiet zadawała inne pytanie, a właściwie – hasło, często jednowyrazowe. Mimo, że odpowiadała jedna, słuchały wszystkie, a po ich minach, czy ruchach głowy widać było, iż każda ma coś do dodania, a ich historie – wraz z upływem czasu spotkania – łączyły się ze sobą, czy to bezpośrednio czy przez cytowanie.

 

Opowieści były różne, niechronologiczne, często oparte jedynie na emocjach, sentymentach. Najlepiej ubrała to w słowa jedna z bohaterek: „idę naprzód, będąc w przeszłości”.

Podobnie inna uczestniczka „Zjazdu”, chociaż od dwudziestu lat mieszka w Polsce, w dalszym ciągu pozostaje w Jugosławii. Trudno jej dociec, czy tęskni za realnym państwem, czy tym z wyobrażeń. Jedno jest pewne, odseparowane od ulotnych wspomnień – kobieta pragnie jechać do Bośni i raz jeszcze poczuć się nie jak wróg, lecz jako swoja. To niezwykle istotna deklaracja, przecież podział Jugosławii drastycznie przesunął rozumienie przynależności narodowej oraz uwydatnił niestabilność kategorii „my” i „oni” – opowiadała kolejna bohaterka. Komunistyczny kolektywizm, przedstawiający mieszkańców Jugosławii jako jedność, w latach 90. rozpadł się na wielość. „My” należało do Chorwatów, Serbów, Słoweńców, a rządy tych państwa prowadziły skuteczną nacjonalistyczną politykę, która w konsekwencji doprowadziła do, zdaje się nienaprawialnych, głębokich podziałów, plasując każde z nowo powstałych krajów ponad niedawnymi sąsiadami.

 

„15. Nadzwyczajny Zjazd” wyciąga sfeminizowane opowieści, pokazując ich ogromne znaczenie; pozostaje poza spisaną historią powszechną, przedstawiającą przeżycia kobiet jako mniej istotne niż mężczyzn.

Projekt Horvat trwa blisko cztery godziny, a widz w każdej chwili może opuścić salę, a także do niej wrócić. Ten czas daje nie tylko wybrzmieć wspomnieniom, ale ukazuje ich wszechobecność, a także potrzebę pamięci, konfrontacji, a w końcu – przepracowania.

Konflikt w byłej Jugosławii, która zaraz po II wojnie światowej jest najbardziej krwawą kartą Europy. Sąsiad zabijał sąsiada, kobiety były masowo gwałcone i z przez gwałt zachodziły w ciąże. Dzieci traciły bliskich, a ludobójstwo było powszechne jak głód, choroby, strach. Ta wojna ta miała miejsce w latach 90., ponad pięćdziesiąt lat po zakończeniu działań hitlerowskich, a jednak w swoim okrucieństwie, niewiele się od nich różniła.