Wakacje
Opublikowano:
27 lipca 2026
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Wakacje to najczęściej czas, kiedy bardzo chcemy, żeby teraz trwało wiecznie: wspaniałe chwile z rodziną, przyjaciółmi bądź wreszcie samotnie, piękna okolica, miłe doznania… To właśnie jest ten moment, kiedy chciałoby się powtórzyć za Faustem: „chwilo, trwaj, jesteś piękna”.
Rozluźnienie codzienności pozwala nam także na powroty do tego, co lubimy, a na co zwykle nie ma czasu w bieżączce i krzątactwie: sięgnięcie po książkę, która zbyt długo czeka na lekturę, czy artykuły prasowe odkładane na później, albo powrót do filmu, który kiedyś się lubiło.
Przeczytałam ostatnio na przykład wywiad z wieloletnią współpracowniczką niedoszłej prezydent USA, która występowała na poznańskiej konferencji Impact, i znalazłam tam kilka zastanawiających informacji, oczywiście dotyczących Ameryki. Lecz czy w Polsce, akurat jeśli chodzi o sprawy, o których mówi, jest inaczej?
Owa, niewątpliwie robiąca karierę kobieta podaje, że 90 procent deep-fake’ów wymierzonych jest w kobiety, a te, które odniosły sukces, stają się natychmiast obiektem ataków. Dzieje się tak, jej zdaniem, między innymi dlatego, że kobietom, które zdobywają wysokie pozycje, wyznacza się niemożliwe do spełnienia standardy, a czynią tak nie tylko mężczyźni, lecz również inne kobiety.
Najsmutniejsza była jednak dla mnie jej konstatacja, że wyrosło pokolenie, które – z obawy przed wykluczeniem, nagonką, hejtem – boi się zabierać głos, już nie tylko w kwestiach publicznych, lecz w zwykłych dyskusjach.
Jutro nie umiera nigdy, albo kilka myśli na podsumowanie minionego sezonu teatralnego
Ten wakacyjny ponadpółmetek roku skłania również do podsumowań sezonu teatralnego w naszym regionie. Teatry pracują bowiem w takim trybie: od września do czerwca, i to właśnie wakacje są dla nich momentem zamknięcia jakiegoś okresu.
Jasne, że w teatrach najważniejsze są spektakle i takich, które warto przywołać, było w tym sezonie wiele. Jednak mam poczucie, że to nie tworzenie rankingów, który z teatrów miał lepszy czy gorszy okres, jest dziś decydujące.
Trzy z wielkopolskich scen od nowego roku będą miały nowych dyrektorów – w dwóch przypadkach już wiadomo, kto nimi będzie, w trzecim – konkurs jeszcze nie został rozwiązany. Wymiana dyrektorów to sprawa całkiem naturalna, a wręcz niekiedy pożądana. Dlaczego więc uznałam, że akurat te wydarzenia są w Wielkopolsce najistotniejsze w kontekście minionego sezonu teatralnego?
Ponieważ obserwacja tego, co działo się przez ostatnie parę lat wokół scen prowadzonych przez Urząd Marszałkowski w Poznaniu, prowokuje pytania nie tylko o współczesną kondycję teatrów, lecz przede wszystkim o to, kto naprawdę decyduje o tym, kto je prowadzi i dlaczego, oraz jakie standardy debaty zaczynają dominować w przestrzeni publicznej.
Mobbing, staffing?
Sądząc po doniesieniach prasowych z ostatnich sezonów, to teatry podlegające urzędowi Marszałka Województwa Wielkopolskiego (i tylko one) są miejscami, gdzie króluje przemoc wywierana przez dyrektorów na pracownikach. Opowieść o przemocy i zaniedbaniach ze strony dyrektorów wielkopolskich teatrów nie dotyczy jedynie kaliskiej placówki. Mam swoją koncepcję, dlaczego tak jest, lecz o tym później.
Nie wymieniam tu nazwisk ani nazw lokalnych instytucji, bo nie o nie chodzi, lecz o mechanizm, który we wszystkich przywołanych przypadkach jest taki sam i wskazuje na wykształcanie się (skutecznego!) systemu zmieniania dyrektorów w teatrach (nie tylko zresztą w Wielkopolsce, o czym świadczyć może warszawski przykład dyrekcji Moniki Strzępki w Teatrze Dramatycznym w Warszawie).
Schemat działania dostrzegam zawsze taki sam: lokalna prasa artykułowała oskarżenia o mobbing oraz inne nieprawidłowości. Jakaś anonimowa (w niektórych przypadkach nie) „osoba pracownicza”, była bądź zagrożona zwolnieniem, oskarżała „osoby dyrektorskie” o mobbing lub innego rodzaju nieprawidłowości w teatrze.
Teksty ujawniające perspektywę skarżącej osoby ukazywały się w tym samym lokalnym dodatku ogólnopolskiej gazety, a ze względu na sprawę przemocy (której – i słusznie – poświęca się coraz więcej uwagi) nierzadko zajmowały także „jedynki” wydania ogólnopolskiego. Artykuły te, pisane przez te same „osoby dziennikarskie”, przedstawiały jedynie punkt widzenia osoby oskarżającej, a kolejni rozmówcy (jeśli występowali), jedynie go wspierali.
Jeżeli pojawiały się jakiekolwiek głosy dopominające się o wysłuchanie także tych, którzy widzieli przedstawione sytuacje inaczej (były to na przykład inne osoby pracujące w tej samej instytucji), zostawały one zagłuszone jako wspierające bądź to domniemaną patologię, bądź same „osoby dyrektorskie”.
Żeby było jasne: do przemocy w teatrach (jak i gdzie indziej) dochodzi i bezsprzecznie należy jej zapobiegać, a w wypadku jej udowodnienia: wyciągać wobec takich osób konsekwencje – to jest bezdyskusyjne. Obserwując jednak rozmaite sytuacje z ostatnich lat, mam wrażenie, że hasło „walki z przemocą” (jest to swoją drogą uroczy oksymoron, walka ze swej natury posiada potencjał przemocy) staje się wytrychem do innego typu rozgrywek: osobistych, instytucjonalnych lub po prostu dających poczucie władzy. Czy może dlatego najbardziej oddalona od Poznania wielkopolska scena nie pojawia się w tych oskarżeniach, że znajduje się już w obszarze podlegającym innej lokalnej redakcji tego samego ogólnopolskiego medium?
Monika Strzępka w udzielonym ostatnio wywiadzie wypowiedziała takie zdanie: „«ofiara» to dzisiaj chodliwy cosplay”. To jej przekonanie znajduje także potwierdzenie w badaniach psychologów społecznych.
Dwaj Amerykanie: Greg Lukianoff i Jonathan Haidt kilka lat temu napisali książkę, która w polskim przekładzie nosi tytuł „Rozpieszczony umysł. Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę”. Główną tezą książki stało się to, że współcześnie wzorem kulturowym zachowań jednostek stał się mechanizm, wedle którego funkcjonują mózgi osób chorych na depresję, postrzegające świat jako zagrożenie. Wykształciło to zdaniem wspomnianych autorów model kulturowy, który nazwali „sejftyzmem” (od angielskiego słowa „safe”, czyli bezpieczny).
W tym modelu to własne poczucie, a nie działania czy intencje osoby, którą jednostka postrzega jako przemocowca, mają być dowodem przemocy. Strzępka w swojej wypowiedzi niemal dosłownie powtarza słowa polskiego psychologa Michała Bilewicza, z jego książki „Traumaland”: „Ofiarom wierzy się bezwarunkowo. Ofiara jest czysta, przeszłe winy – wymazane”. Bycie ofiarą (a także „ofiarą”) wywołuje współczucie, zainteresowanie; wspieranie takich osób, choćby przez internetowy komentarz, powoduje u piszącego poprawę samopoczucia – potrafię odnaleźć się po dobrej stronie, więc jestem dobrym człowiekiem.
Czwarta władza
Żadna z oskarżonych o przemoc osób dyrektorskich nie doczekała się, mimo iż w niektórych przypadkach od oskarżeń minęło już kilka lat, wniesienia do sądu spraw przeciwko sobie, a to przecież władza sądownicza od wieków stanowiła o winie bądź niewinności osób, którym zarzuca się złamanie prawa. Teraz rolę prokuratorów odgrywa czwarta władza (notabene pozostająca bez żadnego mandatu demokratycznego – poza spełnianiem postulatu o wolności słowa i podlegająca głównie środowiskowej kontroli), a rolę sędziów przejął vox populi, który zna sprawę jedynie w perspektywie przedstawionej przez „prokuratora”.
Obrońcy są zwykle nieliczni, a ich głos dla „sędziów” mało istotny. W rolę takiego obrońcy przed prokuratorami czwartej władzy próbował przez moment wejść marszałek województwa. Co równocześnie zaskakujące, nawet zdając sobie sprawę z kruchości oskarżeń, i tak zdecydował się w trzech przypadkach na otwarcie drogi do zmiany kierownictwa prowadzonych przez siebie teatrów, choć w obu przypadkach już rozstrzygniętych konkursów nie udało się za pierwszym razem wyłonić nowych „osób dyrektorskich”.
Być może to czysty przypadek, że zdecydowana większość „osób dyrektorskich” odsuniętych po latach od prowadzenia teatrów to kobiety. Żadnej z nich (podobnie jak Monice Strzępce) poparcia nie udzieliło Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów, które ostatnio dołożyło sobie w ramach polityki równości „Dyrektorki” do nazwy (nie wpłynęło to jednak ani na logo, ani na adres strony stowarzyszenia).
Skłania mnie to do zastanowienia, czy właśnie nie kończy się krótki epizod w historii najnowszej kultury, w którym kobietom pozwolono wierzyć, że mogą przebić „szklany sufit” na drodze własnej kariery. Wspomniana na początku Amerykanka w tym samym wywiadzie wygłasza jedno bardzo ciekawe zdanie, że ten sufit nigdy nie był ze szkła, tylko z cegieł.
Wydawało się, że kobietom w latach powojennych udawało się wybić „another brick in the wall”, ale czy i na to już przyszedł kres? Moją konfuzję dotyczącą rozwiązywania spraw dyrektorskich pogłębia jeszcze to, że w dotychczas zakończonych konkursach zwyciężyli kandydaci z mniejszym dorobkiem i doświadczeniem niż startujące w nich dotychczasowe „kobiece osoby dyrektorskie”, które w sposób niebywały podniosły poziom prowadzonych przez siebie scen.
Równocześnie te same odchodzące „osoby dyrektorskie”, przy okazji ostatnich w sezonie premier pod ich kierownictwem, otrzymały honorowe odznaczenia „Za zasługi dla województwa wielkopolskiego” (jedna z nich także brązowy medal Gloria Artis).
Chyba przestanę o tym rozmyślać. Jest lato, upał, czas relaksu. Lepiej obejrzę jeden z filmów, które kiedyś lubiłam. Zastanawiam się tylko, co wybrać: „Imperium kontratakuje” czy „Jutro nie umiera nigdy”? A może coś nowszego? Na przykład „Wredne liściki”?




