fot. Dawid Stube

Zyski nie wyleczą traumy

To nie jest spektakl o gazie łupkowym ani o szkodach dla środowiska. Przynajmniej nie w najważniejszej warstwie. To rzecz o bolesnych relacjach, niespełnionych ambicjach, wyniszczającej walce i wszechobecnym braku. Przyroda jest tu na ostatnim miejscu, a pieniądze niczego nie załatwiają.

„Gaz!”, to najnowsza propozycja Teatru Fredry, która zdążyła wybrzmieć na scenie w bezpośredniej interakcji z widzami, co – przed ponownym zwiększeniem pandemicznych obostrzeń – było szczególną ucztą. Choć ten premierowy spektakl w reżyserii Marcina Wierzchowskiego i przy scenariuszowej współpracy z Justyną Bilik oraz Danielem Sołtysińskim, nie jest sztuką łatwą i przyjemną. Przynosi natomiast jeszcze więcej cierpkich refleksji na dzisiejsze trudne czasy.

Co w rodzinie

Pomysł, żeby o rodzinnych i osobistych ludzkich traumach opowiedzieć przez pryzmat „zewnętrznej szansy” na ich rychłe zniesienie – nie jest nowy.

 

Zaskakuje za to jego interpretacja, która zamiast choćby pozornej poprawy, pogłębia cierpienie.

Z jednej strony można to odnieść do popularnego powiedzenia, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Natomiast z drugiej każe zastanowić się nad kondycją polskiej rodziny, którą tak trafnie opisał już ponad 100 lat temu filozof i pisarz Stanisław Brzozowski zauważając, że:

 

„Póki człowiek utrzymuje się przeważnie z tego, co w ten czy inny sposób innym ludziom wydrze, rodzina nie przestanie być tym laboratorium uczuciowym, w którym najdrapieżniejsze, najbardziej egoistyczne, zaborcze, antyludzkie instynkty przetwarzane są na modłę sielankową, nie zmieniając swej zasadniczej treści. W imię rodziny popełnia się najwięcej podłości. Ona dostarcza największej ilości usprawiedliwień.”

 

I właśnie to okołorodzinne „szarpanie się” bohaterek i bohaterów przedstawienia oglądamy do końca, czyli stanowczo za długo, bo cała sztuka trwa blisko 3 godziny.

 

Przy okazji warto dodać, że kanwą dla „Gazu!”, stała się autentyczna historia mieszkańców lubelskiego Żurawlowa, którzy w przeciwieństwie do postaci wykreowanych przez Wierzchowskiego, sprzeciwili się wydobyciu „łupków” przez koncern Chevron w swojej miejscowości i tę walkę wygrali! Tych ludzi przypomniała wystawa fotografii Andrzeja Bąka w foyer teatru.

Galeria postaci

Tymczasem na scenie akcja dzieje się w małej podgnieźnieńskiej wsi i zaczyna od typowych konsultacji społecznych, podczas których ujawnia się cały wachlarz ludzkich postaw i emocji. Kogóż tu mamy?

Rodzeństwo, czyli neurotyczną i mającą swe ambicje Agatę (bardzo sugestywnie oddająca zmienność postaci Joanna Żurawska), oraz jej braci: Michała z niepełnosprawnością, który od czasu do czasu wygłasza drażliwe, lecz pobudzające do dyskusji sądy (wiarygodny w swym wcieleniu Marcin Bikowski) i Łukasza – geja, który skorzystał z szansy wyjazdu do Anglii i którego opinie, być może przez zazdrość, głównie denerwują siostrę (doskonale ważący ironię i dystans do swej roli Marcin Bartnikowski).

Będące już dawno w rozpadzie małżeństwo Beaty i Zbyszka (fantastycznie apodyktyczna Iwona Sapa, która świetnie oddaje też moment „złamania” swej bohaterki oraz kreujący cynicznego alkoholika Roland Nowak) wraz synem „Dzikim”, który stał się kimś w rodzaju anarchizującego ekologa (pomijając nie do końca prawdziwą konstrukcję postaci aktywisty – wcielenie Michała Karczewskiego).

 

Kolejną parę u progu swego związku, czyli marzącą o życiu gdzie indziej Werę (kapitalnie wyrazista Anna Stela) oraz jej rezolutnego partnera Adama (bardzo dobry w kreacji małomiasteczkowego karierowicza Paweł Dobek).

I wreszcie na plan pierwszy w tym wszystkim wybija się opiekuńcza i depresyjna Olga (ważna rola Martyny Rozwadowskiej pokazująca w pełnej krasie jej fantastyczny talent dramatyczny) wraz ze swym stanowczym oraz upartym i na swój sposób ideowym ojcem Bogdanem (bardzo dobry i w tym przypadku pięknie refleksyjny Wojciech Kalinowski).

Jest wreszczie ona, czyli „Grażyna od brudnej wody”, jak słusznie określił jej postać jeden z recenzentów – Zuzanna Czerniejewska-Stube. Wyrachowana, skrywająca pogardę pod słodkim uśmiechem i kłamstwa za okrągłymi słówkami, przedstawicielka międzynarodowej korporacji o złowrogiej nazwie Redemption Resources Unlimited.

Z rodziną – tylko na zdjęciach

Poznajemy bohaterów oraz ich relacje przez scenki rodzinne, które tylko pozornie zdają się wyrwane z kontekstu. Bo tak naprawdę to nasz codzienny język niewolny od stereotypów, generalizacji, nierówności czy uprzedzeń.

 

Gaz!, fot. Dawid Stube

Gaz!, fot. Dawid Stube

Takie małe rodzinne piekiełko, które nie pozwala spojrzeć poza jego granice ani się wyzwolić, nie mówiąc już o szerszej solidarności.

Dobrym przykładem będzie tu jedna z pierwszych rozmów pomiędzy Michałem, a Agatą, w czasie której chłopak wypomina siostrze, że jest sama i nie ma męża, tak jakby nie widział, że poświęciła życie opiece nad nim.

Kolejną, świetną ilustracją familijnych podłości jest pełna wzajemnych pretensji i nienawiści relacja Beaty i Zbyszka, która jest szczególnie przykra, bo jeśli zdamy sobie sprawę, że te osoby niegdyś ślubowały sobie miłość, to trudno o gorszy obraz tego uczucia. Natomiast ich syn „Dziki” zdaje się „przewrotnym wybrykiem”, co szczególnie widać w scenie, kiedy matce-nauczycielce wręcza koszulkę z napisem „Chwała Wam Dzielni Pedagodzy”, którego skrót można rozwinąć w bardzo obraźliwy sposób.

Relacja Wery i Adama zaś to kwintesencja lęków i strachów młodych Polaków „na dorobku”, którzy utkwili na prowincji, lecz marzą o światowym życiu, dobrobycie mierzonym póki co ilością kupowanych „Zdrapek”. Wera jest w nieplanowanej ciąży, która zostaje skomentowana ze sceny bardzo znamiennymi słowami:

 

Gaz!, fot. Dawid Stube

Gaz!, fot. Dawid Stube

„W Polsce? Tu się nie da mieć dzieci!”

Z kolei relacja Olgi z jej ojcem Bogdanem to wręcz mikrokosmos stosunków na linii: osuwający się w starość rodzice i dorosłe, pragnące pełnej samodzielności dzieci. Olga bowiem to postać do bólu pragmatyczna jeśli chodzi o najbliższe cele oraz przekonująca dla innych (wszak to ona sprawia, że reszta sąsiadów zgadza się na wydobycie gazu), ale pozbawiona idealistycznych wartości. Jej ojciec natomiast to idealista, który – nie ważne jakim kosztem – zamierza przenieść podmywany przez wodę grób swej małżonki i skupiony na tym fakcie nie zauważa drugiej bliskiej mu osoby – córki.

Za długi

Nie jest więc „Gaz!” sztuką o katastrofie ekologicznej, choć ona staje się faktem, gdy bohaterowie ulegają materialnej recepcie na szczęście. Trudno też powiedzieć, że to rzecz o wspólnocie w rozpadzie, choć prawdą jest, jak pisze inny recenzent, że gazowa rura jak wbity w ziemię klin, rozrywa więzi międzyludzkie – dodałabym, że do końca. I wreszcie nie da się zaprzeczyć tezie, że „zyski nie wyleczą traumy”, zarówno w neoliberalnym i coraz mniej wiarygodnym kapitalizmie w Polsce XXI wieku jak i w państwach dobrobytu na Zachodzie.

 

Gaz!, fot. Dawid Stube

Gaz!, fot. Dawid Stube

Tutaj bowiem „piłeczka jest po stronie jednostki”, która sama musi przepracować relacje z najbliższymi, bo ani państwo, ani społeczeństwo ani nawet najlepsza edukacja antydyskryminacyjna nie zrobią tego za nią. To trochę, jak z alkoholikiem, który najpierw musi sam przed sobą przyznać się, że jest chory.

Spektakl zrealizowany we współpracy z Teatrem Malabar Hotel,  urzeka scenografią Kasi Minkowskiej, w tym szczególnie makietą wioski z domami bohaterów i wszelkimi detalami, które wspaniale wizualizują widzom przedstawiony świat.

Bardzo dobrze wypadają też pojawiające się w sztuce piosenki („syreni śpiew” przedstawicielki korpo w wykonaniu Zuzanny Czerniejewskiej-Stube to rzecz wybitna, zarówno pod względem treści jak i talentu wokalnego aktorki), które trafnie dopełniają rozgrywającego się dramatu, ale… jest ich zdecydowanie za dużo, wskutek czego irytują.

 

Podobnie zresztą jak niesynchroniczny taniec postaci, który z jednej strony uwydatnia chaos jaki się rodzi po podpisaniu antyekologicznego cyrografu, ale z drugiej sprawia wrażenie lekkiego nieprofesjonalizmu.

 

Jednak najmniej przemyślana zdaje się długość całego przedstawienia, wątki stają się przegadane i męczące, a ostatni postapokaliptyczny akt – zaznaczony mógł być jedynie symbolicznie. Bez dłużących się monologów, dialogów, duchów i snucia się postaci, po skądinąd świetnie oddającej realia rzeczywistości po zagładzie scenie. Bo i bez tego widz z XXI wieku niepewny swych relacji z innymi i światem, podobnie jak bohaterowie spektaklu – zrozumie.