fot. materiały prasowe "Boylesque"

„Boylesque” – film o najstarszej polskiej drag queen

Andrzej przeżył powstanie warszawskie, upadek komunizmu, pandemię koronawirusa. Żyje w kraju, który niemal rokrocznie jest uznawany za najbardziej homofobiczny w Unii Europejskiej. Mężczyzna nie ma już nic do stracenia. Może dawać otuchę społeczności LGBT+. Tylko tyle i aż tyle.

Urna w kształcie buta na obcasie

 

W jednej z pierwszych scen dokumentu „Boylesque”, 82-letni Andrzej odwiedza miejsce z usługami pogrzebowymi. Ogląda trumny, lecz dłużej zatrzymuje się przy urnach. Po śmierci postanawia zostać spalony. Podłużne, prostokątne, dyniowate. Mimo że pojemników na prochy jest wiele, żaden nie satysfakcjonuje Andrzeja. Chce urnę na zamówienie, w kształcie buta na wysokim obcasie. Właściciel miejsca ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy obiecuje, że postara się spełnić prośbę.

 

fot. materiały prasowe „Boylesque”

Gdyby mężczyzna od usług pogrzebowych znał Andrzeja, pewnie nie dziwiłby się tej zachciance. Otóż staruszek to tak naprawdę Lulla La Polaca, najstarsza polska drag queen.

Wieczorami zamienia koszulkę i proste spodnie na kabaretki, złote suknie do ziemi i peruki. Na twarz nakłada makijaż. Śpiewa przeboje jego młodości, między innymi piosenki Ireny Santor. Andrzej przeżył powstanie warszawskie, upadek komunizmu, pandemię koronawirusa. Żyje w kraju, który niemal rokrocznie jest uznawany za najbardziej homofobiczny w Unii Europejskiej. Mężczyzna nie ma już nic do stracenia.

 

Może dodawać otuchy społeczności LGBT+. Tylko tyle i aż tyle.

Debiutująca w pełnym metrażu reżyserka Bogna Kowalczyk z łatwością mogłaby pójść na łatwiznę i spróbować zaszokować widzów i widzki serią obrazów z cyklu „chłop przebierający się za babę”. Tak bardzo często odbierany jest drag. A przecież jest to sztuka, performowanie płci (odmiennej, ale też i swojej) na scenie i ulicy. Twórczyni nie wybiera tej prostej drogi, zabiera nas za kulisy, ale nie klubów, tylko życia codziennego. Obudowuje swój film przemijaniem. Kontrastuje ono nie tylko z tęczowymi flagami obecnymi na marszach i paradach równości, imprezami w klubach LGBT+ i młodymi ludźmi. Ale też z samym Andrzejem, który żyje pełnią życia, w otoczeniu osób traktujących go jak ikonę. Osób, od których jest starszy o blisko pięćdziesiąt lat.

Lulla 

fot. materiały prasowe „Boylesque”

Myślenie o śmierci pojawia się już na początku, od pierwszych sekwencji w przywołanym domu pogrzebowym, i towarzyszy do końca „Boylesque”. Jest obecne w wypowiedziach Andrzeja, który wspomina m.in. czasy PRL-u.

 

Wtedy to za zamkniętymi drzwiami mieszkań wraz z grupą kolegów po wódeczce przebierali się za damy i odgrywali przed sobą przedstawienia, śpiewali piosenki diw i wygłupiali się do białego rana.

W takich warunkach powstała Lulla, a jej show (organizowane w imieniny Andrzeja) znane było niemal całej ówczesnej nieheteronormatywnej Warszawie. Na potrzeby filmu Kowalczyk wraz ze swoim bohaterem rekonstruuje taką imprezkę, na którą Lulla sprasza przyjaciół i przyjaciółki. Znów – w większości dziesiątki lat młodszych, mogących jedynie sobie wyobrazić, jak to w komunizmie było. O czwartej nad ranem na polu bitwy po Lulla Show zostaje tylko organizator i jego jedyny rówieśnik. Gawędzą o starych czasach i dyskutują, gdzie najlepiej wyzionąć ducha. W domu czy na parkiecie. We wspomnieniach pojawia się też Maciej, bliski przyjaciel bohatera filmu, którego martwego znaleziono w mieszkaniu. Andrzej czyta ostatni list od niego – prozaiczną listę zakupów z pobliskiego targu. Czereśnie, truskawki, szparagi są niczym wyznanie miłości.

 

Dziś najbliższym przyjacielem Andrzeja jest trzydziestoparoletni Damian, wcielający się w drag queen SiSi.

Mieszkają razem w kawalerce tego pierwszego. Damian – z tego, co rozumiem – jest jedynym spadkobiercą Lulli. Opiekuje się nią, wspiera. Chodzą razem w marszach i na drag shows. Jednak Andrzejowi trudniej już nadążyć. Gdy SiSi chce szaleć, Andrzej, mimo szczerych chęci, wybiera regenerację w pieleszach. Z drugiej strony Lulla trzyma się z równolatką, Ireną, którą zaciąga na dancingi, kiedy ona wolałaby grać w mahjonga na komputerze.

fot. materiały prasowe „Boylesque”

Przemijanie

Za stary dla młodych i za młody dla starych. Bogna Kowalczyk kapitalnie rozgrywa tę ambiwalencję życia Andrzeja. Mimo że mężczyzna niemal ciągle otoczony jest ludźmi, traktowany  niemal jako maskotka społeczności LGBT+ i zapraszany do różnych wydarzeń, z filmu wyłania się postać samotna, a nawet niezrozumiała. Zamykająca się we własnej pamięci i nieustannie wspominająca minione lata. Młodsi od niej co prawda słuchają z urzeczeniem i szacunkiem, ale jakby nie do końca dowierzali.

 

Dlatego Lulla w „Boylesque” wydaje się być obok. Codzienność ją mija jak tłumy na marszach równości.

Ktoś przyjdzie się przytulić, podziękować „za to, że jesteś”, cyknąć selfie i pójdzie dalej. Andrzej pozostanie jako obserwator zmian, za którymi po prostu nie może nadążyć. Nogi już nie te. Energia nie starcza na długo. Mimo że nieustannie poszukuje miłości i partnerstwa, bardziej od kolejnego matcha w aplikacji randkowej cieszy się z przesyłki z urną w kształcie szpilki ze złotym obcasem.

 

„Boylesque” premierę ma 1 czerwca na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Następnie film będzie prezentowany na HBO Max.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0