fot. Maks Krybus

By zagrać zgodnie z historią

Im bardziej odległy utwór, tym trudniej nad nim pracować. Pierwszym aspektem są źródła naukowe, a drugim odległa estetyka wykonawcza. Nigdy nie będziemy do końca pewni, czy nasze wykonanie danego utworu jest zbliżone do interpretacji muzyków żyjących ówcześnie – mówi Ewa Pilarska-Banaszak, jedna z tegorocznych stypendystek Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury.

Sebastian Gabryel: Kiedy powiem, że bohaterka mojego wywiadu jest altowiolistką, zapewne większość będzie wiedzieć, że gra na altówce. Jednak kiedy dodam, że zajmuje się wykonawstwem historycznie poinformowanym, część zapewne podrapie się po głowie (śmiech). Co właściwie oznacza to określenie?

Ewa Pilarska-Banaszak*: Osoby związane z nurtem wykonawstwa historycznie poinformowanego starają się realizować i interpretować zapis muzyczny zgodnie z estetyką danej epoki, stylu muzycznego czy kompozytora, poprzez wykorzystanie instrumentarium zgodnego z wiedzą czerpaną z traktatów i ikonografii (oryginalne instrumenty oraz ich kopie). Na podstawie zachowanych dzieł lutniczych oraz traktatów wiemy, że instrumenty smyczkowe posiadały krótsze chwytnie niż skrzypce i altówki współcześnie wykonywane, a wiolonczele nie miały wysuwanej metalowej nóżki, były przytrzymywane kolanami. Smyczek zmieniał swój kształt na przestrzeni wieków: od bardzo wygiętego łuku drzewca, do coraz bardziej równoległej jego pozycji w stosunku do włosia.

 

Ewa Pilarska-Banaszak, fot. Mieczysław Krombach

Najważniejszym elementem decydującym o brzmieniu są wykorzystywane przez nas struny jelitowe – preparowane jelita owcze, baranie lub wołowe, gdy współcześnie najczęściej używa się nylonowych strun z owijką metalową lub strun całkowicie metalowych.

Warto zaznaczyć, że nie samo wykorzystywane instrumentarium czyni nas wykonawcami historycznie poinformowanymi. Drugim, ogromnie ważnym aspektem jest wiedza dotycząca stylu, zdobień czy form wykorzystywanych nie tylko w danej epoce, lecz także w określonym kręgu kulturowym. Poszukując cech charakterystycznych dla muzyki danego kompozytora, czerpiemy z informacji zawartych m.in. w traktatach, listach, czy rękopisach nutowych. Ważny jest także kontekst powstania danego utworu i źródła, z którego korzystamy, np. polityczny czy geograficzny. Wszystkie te elementy mają na celu doprowadzić nas do odpowiedzi na pytanie, jak to dzieło – przez nas wykonywane – brzmiało w głowie kompozytora, jak je sobie wyobrażał, jak wyglądało prawykonanie tego utworu. Praca nad taką materią często rodzi wiele pytań bez odpowiedzi. Nie da się ukryć, że wielokrotnie trzeba polegać na własnej intuicji, którą buduje się poprzez doświadczenie. Korzystanie z instrumentów zbudowanych zgodnie z wytycznymi epoki bardzo pomaga w tej pracy. Ich budowa i akcesoria narzucają rodzaj dźwięku oraz estetykę wykonawczą.

 

Granica, która oddziela muzykę „historyczną” od repertuaru tzw. wykonawstwa współczesnego sukcesywnie przesuwa się na przestrzeni lat.

Co uznajemy za historyczny repertuar muzyczny? Utwory renesansu, baroku? Czy dzieła romantyczne nie są historyczne? A co z kompozycjami dwudziestowiecznymi? Struny jelitowe były wykorzystywane przez muzyków jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku. Podążając tokiem myślenia zaprezentowanym przeze mnie wcześniej, by jak najlepiej odczytać intencje i zamysł estetyczny Maxa Regera w Suitach na altówkę solo op. 131d należałoby go wykonać z wykorzystaniem jelitowych strun.. To są oczywiście moje prywatne dywagacje. Nie twierdzę, że wyłącznie jelitowe struny powinny być wykorzystywane podczas wykonywania muzyki do połowy XX wieku. Chcę jednak zwrócić uwagę, że mając wyobrażenie brzmienia, którym kierował się kompozytor, pisząc dany utwór, możemy precyzyjniej odczytać z partytury jego intencje i potem świadomie je interpretować.

 

SG: Podobno – sądząc po informacjach z przynajmniej kilku polskich źródeł – termin „wykonawstwo historycznie poinformowane” możemy dziś rozumieć nieco inaczej niż choćby te 30, 40 lat temu. Co zmieniło się na przestrzeni tych lat?

EPB: Na pewno to, o czym wspomniałam wcześniej, czyli wykonywany repertuar. Jeszcze 20, 30 lat temu muzycy „historycznie poinformowani” rzadko kiedy wykraczali poza repertuar epoki klasycyzmu. Aktualnie coraz więcej zespołów i orkiestr poszerza spektrum wykonywanej muzyki o romantyzm i dzieła XX wieku.

 

Ewa Pilarska-Banaszak ,fot. Zofia Puszcz

Na przestrzeni lat zmieniło się również podejście do analizowanych materiałów piśmienniczych z dawnych epok. Początki tego nurtu często skupiały się na realizowaniu wskazówek zawartych w traktatach bez interpretacji ich kontekstów, co często prowadziło do niepożądanych, czasem wręcz komicznych efektów.

Im bardziej odległy utwór, tym trudniej nad nim pracować. Pierwszym aspektem są źródła naukowe, a drugim odległa estetyka wykonawcza. Nigdy nie będziemy do końca pewni, czy nasze wykonanie danego utworu jest zbliżone do interpretacji muzyków żyjących ówcześnie. Jednocześnie jest to też niemożliwe do zrealizowania, ponieważ my, jako wykonawcy- mamy za sobą inny bagaż doświadczeń muzycznych, co – chcąc nie chcąc – w jakimś stopniu będzie wpływać na naszą interpretację. Współcześnie te wszystkie elementy bierzemy pod uwagę.

 

SG: W jednym ze starych artykułów w „Tygodniku Powszechnym” można natknąć się na zdanie, że HIP – czyli „historically informed performance” – to swego rodzaju „ruch, który zrodził się z ciekawości i szacunku dla dawnej muzyki oraz jej autorów”. W twoim przypadku mowa przede wszystkim o kompozycjach na skrzypce, altówkę i violę d’amore. Jakich kompozytorów?

EPB: Studia wykonawstwa historycznego rozpoczęłam równolegle do podjętych wcześniej studiów w zakresie gry na altówce (wyposażonej w metalowe struny) w poznańskiej Akademii Muzycznej. Po trzecim roku studiów stwierdziłam, że nie czuję się wystarczająco kompetentna, grając utwory epoki baroku, i postanowiłam spróbować uzupełnić swoją wiedzę rozpoczynając studia w klasie dr. hab. Mikołaja Zgółki. Wtedy nie byłam świadoma, ilu kompozytorów jeszcze nie znałam oraz jak wiele niuansów wiąże się z wykonywaniem ich utworów.

 

Ewa Pilarska-Banaszak fot. Weronika Koszyka

Rozpoczynając moją historyczną ścieżkę wykonawczą, nie sądziłam, że stanie się ona dla mnie najważniejszym muzycznym doświadczeniem. W trakcie nowych studiów poznałam szereg fantastycznych kompozycji na altówkę (oryginalnych, ale także transkrypcji) takich kompozytorów jak Antonio Rosetti, Wilhelm Friedemann Bach, Carl Philipp Emanuel Bach czy Antonio Bartolomeo Bruni.

Na pierwszym roku studiów historycznych dr hab. Zgółka wręczył mi do rąk violę d’amore. Brzmiała cudownie, zakochałam się od razu. Fascynacja była na tyle silna, że kończąc studia z altówki „metalowej”, pisałam pracę dotyczącą współczesnych utworów właśnie na violę d’amore, a na recitalu dyplomowym, wraz z innymi studentami Katedry Historycznych Praktyk Wykonawczych, wykonałam Koncert D-dur RV 392 Antonio Vivaldiego. Aktualnie, w związku z podjętymi studiami w zakresie gry na skrzypcach historycznych, realizuję repertuar takich kompozytorów jak Georg Philipp Telemann, Johan Helmich Roman czy Jean-Marie Leclair. Obecnie mój program związany z violą d’amore skupiony jest na poznańskich kompozytorach XX wieku – Witoldzie Rowickim i Stefanie Bolesławie Poradowskim. Czyli w sumie nie tak dawnych…

 

SG: Wracając na chwilę do wspomnianej wcześniej viola d’amore – co wyróżnia ten „miłosny” instrument smyczkowy na tle innych?

EPB: Viola d’amore to instrument hybrydowy, łączący w sobie cechy instrumentu smyczkowego ramieniowego (skrzypce) i kolanowego (violi da gamba). Posiada od 5 do 7 strun melodycznych oraz od 7 do 10 strun rezonansowych, inaczej nazywanych sekretnymi. Charakterystycznymi elementami jego budowy są pięknie zdobione główki, często imitujące głowę amorka lub człowieka oraz rozeta umieszczona pod gryfem. Dzięki tak bogatej konstrukcji viola d’amore posiada bardzo piękne, delikatne i subtelne brzmienie. To instrument, który ciągle „śpiewa”. Struny rezonansowe powodują dłuższe wybrzmienie dźwięku. Repertuar na ten instrument obfituje w dwudźwięki i akordy, które w połączeniu z subtelnym, dłuższym wybrzmieniem tworzą magiczną aurę.

 

SG: W tym roku otrzymałaś Stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury. Jak zareagowałaś, kiedy otrzymałaś tę informację?

Ewa Pilarska-Banaszak, fot. Maks Krybus

EPB: Ucieszyłam się! Ostatni rok był bardzo trudny dla wszystkich. Mam ten komfort, że cały czas studiuję. Uczelnia i wykładowcy, w miarę możliwości, starają się angażować nas w różne projekty. Te wydarzenia – koncerty, warsztaty, zajęcia – cały czas motywują do pracy. Niestety, czasem to nie wystarcza. Wiedziałam, że w związku z pandemią będę musiała zmienić swoje plany finansowe i odłożyć w czasie zakup nowych smyczków. To wiązało się ze zmianami w wykonywanym repertuarze oraz przygotowaniem się na niedosyt w pracy. Oprócz ogromnej radości poczułam również wdzięczność i ulgę.

 

SG: Wiem, że to właśnie stypendium umożliwi ci zakup pewnych dwóch, historycznych smyczków, dzięki którym wejdziesz na wyższy poziom – zarówno od strony artystycznej, jak i naukowej. Co warto o nich powiedzieć? I co ma z tym wspólnego poznański, zmarły w latach sześćdziesiątych altowiolista Jan Rakowski?

EPB: Nie będę ukrywać, że smyczki, którymi do tej pory dysponowałam nie były najlepszej jakości. Kreowanie kształtów, niuansów, brzmień, artykulacji wymagało sporego wysiłku. Wielokrotnie miałam okazję próbować różnych smyczków należących do innych muzyków i czułam znaczne różnice w tym, jak się zachowują i co można wyczarować dobrym sprzętem. Dlatego ten zakup zdecydowanie wpłynie na mój rozwój artystyczny.

 

Od kiedy pierwszy raz wzięłam do rąk violę d’amore, uległam kompletnemu zauroczeniu. Szukałam repertuaru, nagrań, podręczników do nauki gry, a także współczesnych muzyków grających na tych instrumentach. Interesowało mnie wszystko, co było związane z violą.

Wynikiem tych poszukiwań było znalezienie w bibliotece Akademii Muzycznej w Poznaniu Koncertu w stylu klasycznym na violę d’amore i orkiestrę smyczkową, op. 10 II (1936 r.) Stefana Bolesława Poradowskiego oraz Sonaty w dawnym stylu na violę d’amore i fortepian (1942 r.) Witolda Rowickiego, dedykowanych właśnie Janowi Rakowskiemu. W tych rękopisach znalazłam szereg notatek prof. Rakowskiego, ale także samych kompozytorów. Napotkałam również pewną nieścisłość – we wszystkich informacjach dotyczących Koncertu Poradowskiego widnieje data powstania tej kompozycji (1926 r.), która nie zgadza się z datą na rękopisie (1936 r.). Ostatecznym potwierdzeniem prawidłowości późniejszej daty jest pochodząca z 1936 r. recenzja koncertu, w trakcie którego Rakowski wykonał utwór. W tej recenzji zaznaczone jest, że właśnie w 1936 r. Poradowski ukończył prace nad Koncertem. Nowe smyczki będą niezbędnym akcesorium do wykonania tych dwóch utworów dedykowanych właśnie Janowi Rakowskiemu.

 

SG: Jego życie i twórczość od dawna stanowi przedmiot twoich zainteresowań. Trzy lata temu, w ramach XI Forum Akademickiego „Muzycy poznańscy w stulecie Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu”, przybliżałaś ją w kontekście rozwoju polskiej altowiolistyki. Powiedz, proszę, kilka słów o Rakowskim.

Ewa Pilarska-Banaszak, fot. Mieczysław Krombach

EPB: Jan Rakowski był wykładowcą w klasie altówki poznańskiej Akademii Muzycznej. Musimy mieć świadomość, że swoją karierę akademicką rozpoczął w bardzo niesprzyjających czasach. Brak zaplecza nutowego, instrumentalnego, lokalowego oraz odpowiedniego wsparcia finansowego bardzo utrudniał rozwój całej uczelni. Mimo to poznańska klasa altówki rozwijała się bardzo prężnie. W bibliotece uczelnianej znajduje się szereg transkrypcji i opracowań na altówkę autorstwa Jana Rakowskiego, co stanowiło ogromny wkład w rozwój literatury przeznaczonej na ten instrument. Profesor był otwarty na muzykę dawną, ale także jemu współczesną. Z zachowanych dokumentów wiemy, że jego studenci wykonywali bardzo różnorodny repertuar – od Bacha po Bartoka. Jego wychowankowie to wybitni muzycy koncertujący w kraju i za jego granicami, m.in. Stefan Kamasa czy Błażej Teodor Sroczyński.

 

SG: Pandemia skutecznie blokuje kulturę – jakie inne projekty zamierzasz realizować w tym roku, jeśli okaże się, że to, co najgorsze, już niedługo będzie za nami?

EPB: Jeśli sytuacja pandemiczna się uspokoi, wraz z pianistką Moniką Woźniak chciałabym rozpocząć pracę nad Sonatą w dawnym stylu na violę d’amore i fortepian (1942 r.) Witolda Rowickiego. Aktualnie opracowuję rękopisy kompozytora oraz notatki prof. Rakowskiego zawarte w materiałach źródłowych. Oprócz tego jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej poświęconej sylwetce Jana Rakowskiego i jego aktywności związanej z violą d’amore. Pracę piszę pod kierunkiem prof. M. Gmysa w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

 

*Ewa Pilarska-Banaszak – absolwentka altówki i altówki historycznej na Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu, studentka skrzypiec historycznych w tejże uczelni oraz muzykologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Współpracuje z zespołami specjalizującymi się w wykonawstwie historycznie poinformowanym, m.in.: Wrocławską Orkiestrą Barokową, Orkiestrą Fundacji Akademii Muzyki Dawnej w Szczecinie czy Orkiestrą Accademia dell’Arcadia. Od 2017 roku prowadzi klasę altówki w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia im. Ignacego Jana Paderewskiego w Koninie.