fot. archiwum prywatne Ewy Łowżył, Zofia Moruś

Cały smutek Rwandy

Mieliśmy świadomość, że to nie jest zwyczajna opowieść filmowa. Swoją tragedię Rwandyjczycy często porównują do II wojny światowej i doświadczenia Holocaustu – mówi Ewa Łowżył, która jako fotografka współpracowała przy realizacji filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” w reżyserii Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, o zagładzie plemienia Tutsi dokonanej przez ekstremistów Hutu.

SEBASTIAN GABRYEL: Jakim głosem śpiewają ptaki w Kigali?

EWA ŁOWŻYŁ: Chciałabym jeszcze do niej wrócić. To ptasie centrum świata. Miejsce, w którym istnieje jedna z największych różnorodności gatunkowych ptaków. Nawet będąc w mieście, wystarczy wyjść na balkon, by usłyszeć przepiękny ćwierkot. To niezwykłe doświadczenie. Przejmujące, a w kontekście historii Rwandy, przeszywające dreszczem niepokoju.

 

„Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi” – to jedno z dziesięciu przykazań opublikowanych w jednej z gazet w Rwandzie na kilka lat przed wydarzeniami, które odcisnęły na niej niewyobrażalne piętno. Sprawiły, że kwiecień stał się tam najchłodniejszym miesiącem w całym roku – nie tylko dosłownie, ale także w przenośni. Jaki był pani udział przy realizacji filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”?

Swoją pierwszą podróż do Rwandy odbyłam z przyczyn indywidualnych, artystycznych. Będąc na miejscu poznałam Joannę Kos-Krauze, która przyjechała tam z własnym projektem, przygotowywała się do realizacji planów filmowych. Podczas mojego drugiego pobytu w Rwandzie byłam już członkiem jej ekipy. Robiłam zdjęcia, które wejdą też w skład książki Joanny o jej doświadczeniach z Afryką. Ja przygotowuję własny album, wątek filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” jest tylko jednym z elementów mojej opowieści. Bardzo się cieszę, że film zbiera tak pozytywne recenzje.

 

Co było najtrudniejszym wyzwaniem w pracy na planie?

Pojawiały się różne trudności, w końcu byliśmy w samym sercu Afryki. Organizowane były rozległe plany, z dużą ilością statystów. Wielogodzinne oczekiwanie kilku tysięcy ludzi na zagranie danej sceny było stresujące dla wszystkich. Jednak największym ciężarem była konfrontacja z samą historią Rwandy. Mieliśmy świadomość, że to nie jest zwyczajna opowieść filmowa. Swoją tragedię Rwandyjczycy często porównują do drugiej wojny światowej i doświadczenia Holocaustu. A przecież ich dramat rozegrał się zaledwie dwadzieścia lat temu. Będąc tam jako fotografik, osoba mająca łatwość obserwacji otoczenia, czułam w powietrzu lekki, permanentny smutek.

 

Jakie emocje wywołuje u tamtejszej ludności obiektyw aparatu?

To ciekawy temat. Choćby dlatego, że biali, czyli muzungu, jak ich kpiarsko nazywają Afrykanie – przyznajmy – goście czy turyści w Afryce, to najczęściej ludzie objuczeni aparatami. W kontekście historii tego kontynentu, jak i w obliczu faktu, że Europejczyk był tam zazwyczaj agresorem, fotografowanie wydaje się być dwuznaczne moralnie.

Dziś biały człowiek jest grabieżcą w tym sensie, że przyjeżdża z Europy i zabiera ze sobą z Afryki „fotograficzne łupy”. Proszę zauważyć, jak popularna stała się obecnie turystyka biedy – gość z Europy, z bogatego świata, robi zdjęcia w miejscach, w których panuje nędza. Dla mnie to „rozrywka” bardzo niekomfortowa. Oczywiście, istnieją misje niesienia informacji w świat o jakiejś dramatycznej sytuacji w danym regionie, ale to już służba, zadanie, a nie turystyka. To złożony i wielowątkowy temat, który wzbudza obecnie wiele gorących dyskusji w fotograficznym środowisku.

 

Przyjęła pani jakąś konkretną strategię działania?

Przede wszystkim starałam się nawiązywać kontakt, choćby wzrokowy. Nie chciałam fotografować wyskakując z krzaków. Tymczasem wielu przyjezdnych wciąż tak robi. Wyciągają swoje bajeranckie Nikony za kilkanaście tysięcy złotych i trzaskają fotki ładnych biednych lokalsów. Fotograf tylko wtedy wykona dobrą robotę, kiedy w swojej pracy będzie podchodzić do ludzi z empatią.

 

Trzeba zdobyć zaufanie?

Działałam w taki sam sposób jak zawsze – nie byłam brutalna. Trudno przychodzi mi bycie zawodowym reporterem. Trzeba pamiętać, że wchodzenie z aparatem w jakieś okoliczności, zawsze jest rodzajem ingerencji. Osoby fotografowane nigdy nie mogą mieć całkowitej pewności, co ostatecznie zrobisz z wykonanym zdjęciem. Zdarzają się więc takie sytuacje, w których czuje się wrogość. W Afryce czuć ją zwłaszcza na terenach post-traumatycznych, gdzie proces uzdrawiania społecznego wciąż trwa i będzie trwał jeszcze bardzo długo.

 

Ludobójstwo w Rwandzie to nie był spontaniczny wybuch nienawiści, ale starannie zaplanowana zbrodnia. Gdzie leży geneza tego konfliktu?

To głębokie i złożone zjawisko. Ta hekatomba była przygotowywana przez wiele lat. Kryzysy społeczne nigdy nie pojawiają się nagle i znikąd. Chyba każdy zgodzi się, że na ogół człowiek chce po prostu mieć co zjeść, mieć dach nad głową i uprawiać seks. Naszym ludzkim marzeniem jest dostatek.

 

Jak w piramidzie potrzeb Maslowa.

Tak, i to jest uniwersalne, zauważalne w każdej części świata. Natomiast żądza władzy i chęć walki o nią, jest zarzewiem wszelkich wojen. Jako społeczność wciąż nie potrafimy się na to uodpornić. Jednostki wodzą nas za nos. Przykład europejski pokazuje, że kryzysy zazwyczaj zaczynają się w małych grupach społecznych. Na początku ignorowanych. I to właśnie one wzniecają falę, którą później bardzo trudno zatrzymać.

„Ptaki śpiewają w Kigali”, fot. Ewa Łowżył

„Ptaki śpiewają w Kigali”, fot. Ewa Łowżył

Jestem fanką amerykańskiego profesora psychologii, Philipa Zimbardo. W latach 70. przeprowadził on słynny eksperyment więzienny, w którym podzielił grupę studentów na więźniów i strażników. Ostatecznie zakończył go po kilku dniach, bo sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Mechanizm, który pokazał prof. Zimbardo w spreparowanych warunkach, wydarzył się w Rwandzie naprawdę. Źródła tego są różnorodne, istnieje wiele koncepcji, jednak z całą pewnością, w dojmujący sposób ujawniła się tam pierwotna potrzeba walki o władzę. Wszystko rozpoczęło się w czasie kolonializmu europejskiego, wcześniej społeczeństwo rwandyjskie żyło w równowadze.

 

Zburzyliśmy jego porządek.

W czasach przed-kolonialnych Hutu i Tutsi byli kategoriami związanymi z pochodzeniem, ale również z ekonomią. Uogólniając – jeśli byłeś Hutu, to byłeś przeciętnym rolnikiem, trzymającym się swego kawałka ziemi. Jeśli byłeś Tutsi, to posiadałeś krowy i preferowałeś bardziej nomadyczny styl życia. Jeżeli Hutu mógł pozwolić sobie na zakup krów, bogacił się i nazywano go Tutsi. Ten podział był więc bardzo płynny. Ale przyjechali Europejczycy, Niemcy i Belgowie. Co przywieźli? Przywieźli miarki! Zaczęli mierzyć miejscowym rozstaw oczu, długość nosa i zapisywać...

 

Brzmi znajomo.

Stary numer, prawda? Żeby zrobić „ordnung”, postanowili wydać dowody osobiste. Rozmawiając z mieszkańcami Rwandy, dowiedziałam się, że ich kryzys zaczął się w momencie, w którym przynależność poszczególnych osób do konkretnych grup, została określona tymi dowodami. A przecież, jak wiesz, czasami jesteś Polakiem, czasami jesteś Poznaniakiem, czasami właścicielem psa, a czasami miłośnikiem Nirvany. Tożsamość każdego z nas podlega nieustannym zmianom!

 

Gombrowiczowskie „gęby”.

To jest coś zupełnie naturalnego. Nie powinno się kategoryzować tożsamości człowieka, należy podchodzić do niej z dużym dystansem.

 

W Rwandzie tego zabrakło.

Pewne środowiska dostrzegły w tym dobre pole do walki o władzę. Jeśli istnieją dwie grupy, to obie mają z kim walczyć. Koniec końców, po kilkunastu latach dynamicznie zmieniającego się układu sił, po dziwnej katastrofie lotniczej, w której zginął prezydent Rwandy, wybiła godzina zero. Co znamienne – i jest to pewna analogia do wydarzeń w Europie – największą sprężyną pompującą społeczne napięcie były media, w tym przypadku radio.

Rwandyjczyków, podobnie jak większość Afrykańczyków, charakteryzuje kultura żywej komunikacji interpersonalnej. Lubią dużo rozmawiać i lubią dużo słuchać, co zresztą jest pięknym, charakterystycznym rysem kultury afrykańskiej. Większość osób, na co dzień pracujących w polu, namiętnie słucha radia. Wykorzystała to jedna z lokalnych stacji, zaczynając prowadzić politykę nienawiści. Narracja była dokładnie taka, jaką przynajmniej od kilku lat obserwujemy w Polsce. Tutsi zaczęto porównywać do zwierząt, nawet do karaluchów, zaczęto sortować na lepszych i gorszych... Takie działania to sprawdzone recepty na wojnę.

 

Przemysł pogardy.

Właśnie. Wmów wszystkim, że twój przeciwnik nie jest człowiekiem. Tak jak robili to naziści, mówiąc o Żydach. Panowało więc coraz większe napięcie, w radiu pojawiał się coraz brutalniejszy język. W końcu zaczęto nawet podawać adresy, pod którymi można było znaleźć tych, którym „należało” zrobić krzywdę.

 

To zupełnie jak lista, na której znajdują się personalia osób uznanych za „wrogów rasy” przez sympatyków neonazistowskiej organizacji Krew i Honor. Można ją znaleźć na stronie internetowej Redwatch Polska.

To było dokładnie to samo i w Rwandzie zadziałało bardzo skutecznie.

 

Całkowita polaryzacja.

Konkretna i bez żadnych światłocieni.

 

 

Pamięć o ludobójstwie w Rwandzie, w którym śmierć poniosło niemal milion ludzi, wywołała wielorakie reperkusje. Pierwszą i drugą wojnę domową w Kongo, rozwój wojny domowej w Burundi... Wciąż istnieje też sporo niejasności. Niedawno udowodniono, że prezydent USA Bill Clinton, mówiący o swojej „nieświadomości skali i tempa terroru”, wcale nie mówił prawdy. Czy dziś znamy ją w pełni?

Z pewnością nie znamy. Co do rządu Stanów Zjednoczonych, gdyby tamtejsza administracja powiedziała głośno o wydarzeniach w Rwandzie jak o ludobójstwie, to reakcja byłaby natychmiastowa, od razu wysłano by żołnierzy i udzielono pomocy ludności cywilnej. Tymczasem bardzo długo mówiono jedynie o „konflikcie etnicznym”. Amerykanie zwlekali zdecydowanie za długo, w tym czasie ważyło się życie setek tysięcy ludzi.

Dlatego muszę przyznać, że nie bardzo rozumiem dalszą sympatię Rwandyjczyków do USA. Na jednym z moich zdjęć widać chłopca pracującego na polu. Posługującego się maczetą, narzędziem rolniczym, które wtedy stało się narzędziem zbrodniczym. Na jego koszulce widnieje podobizna uśmiechniętego Baracka Obamy. Kult Ameryki w tym społeczeństwie jest nadal mocno obecny.

 

Przed premierą filmu Joanna Kos-Krauze mówiła, że jest on pytaniem o to, jak żyć po ludobójstwie, jak ułożyć się ze światem i z samym sobą. To pytanie wydaje się być bardzo ważne - również dlatego, że zwykle wielkie liczby przesłaniają pojedyncze tragedie. W jaki sposób mieszkańcy Rwandy „odbudowują się” po tej stracie? Jak dźwigają się z kolan?

W pierwszym odruchu, tuż po ludobójstwie, wszystkich ludzi biorących w nim udział postanowiono umieścić w więzieniach, które od początku nie były w stanie ich utrzymać. Poza tym, więźniów było na tyle dużo, że brakowało rąk do pracy na roli. Więc ich wypuszczono. Wrócili do swoich wiosek, do swoich poszkodowanych sąsiadów mieszkających za miedzą. W rezultacie wydano odgórne zarządzenie, przygotowane w duchu polityki „odbudowy i zapomnienia”. Słowa „Hutu” i „Tutsi” zostały oficjalnie zabronione, do dziś nie wolno mówić nawet o „plemieniu”. To jest oczywiście ewidentną cenzurą, jednak pojawia się pytanie, czy nie jest to jedyna możliwa droga?

„Ptaki śpiewają w Kigali”, fot. Ewa Łowżył

„Ptaki śpiewają w Kigali”, fot. Ewa Łowżył

 

Claudine Murenzi, odpowiadająca za scenografię filmu, zauważyła, że Zachód wciąż zbyt często pokazuje Afrykę, patrząc na nią z góry. Obraz „dobrego białego człowieka, ratującego biednego czarnego” jest ciągle dominującą narracją. Brakuje nam pokory, poczucia współodpowiedzialności, zrozumienia?

To przede wszystkim wyparcie i niewiedza. Kiedy rozmawiam z niektórymi osobami, to one po prostu wypierają ze swojej świadomości podstawowe wiadomości historyczne, nie mówiąc nawet o łączeniu ich w logiczną całość. Bogaty nie zrozumie biednego, nie zrozumie tego, że ileś lat wstecz różne mechanizmy spowodowały, że jeden jest bogaty, a drugi biedny. A wystarczy przeczytać chociażby książkę „Duch króla Leopolda”, autorstwa amerykańskiego dziennikarza Adama Hochschild, żeby zrozumieć, dlaczego Afryka jest obecnie w tym miejscu.

 

Kościół w Rwandzie przez wiele lat nie chciał przeprosić za udział duchownych w ludobójstwie. Zrobił to dopiero w zeszłym roku, w oświadczeniu z okazji zamknięcia obchodów Roku Świętego Miłosierdzia. To ważny krok ku pojednaniu?

To krok milowy. Szkoda, że jego wydźwięk międzynarodowy był tak niepozorny. Przez wiele lat Kościół w Rwandzie cieszył się niezwykle silną pozycją. Tym bardziej powinien wtedy dołożyć wszelkich starań, by na bieżąco zapobiegać tragedii swoich wiernych. W obliczu zagrożenia Rwandyjczycy biegli skryć się właśnie w jego świątyniach, tymczasem stały się one dla nich miejscem kaźni. Duchowieństwo opuściło tych ludzi i było to dla nich bardzo dotkliwe. Oczywiście, nie chciałabym zbytnio generalizować.

W każdym konflikcie wojennym są tchórze i bohaterowie. W Rwandzie byli księża, którzy próbowali przeciwdziałać ludobójstwu, zachowali się odważnie, ale byli też tacy, którzy brali nogi za pas. W obliczu tak dramatycznego wydarzenia, kiedy zbrodnia dzieje się tuż za ścianą, w sytuacji całkowitego ekstremum, nikt z nas nie wie, jak by się zachował.

 

W co dziś wierzą Rwandyjczycy?

W miastach wierzą przede wszystkim w rozwój. Panuje tam propaganda sukcesu. Nowoczesna, na pewno nie mająca nic wspólnego z modelem propagandy Korei Północnej. Ekologia, feminizm, edukacja, przedsiębiorczość, biznes, nowe technologie - to tematy na topie. To społeczeństwo wierzy, że uda im się uczynić z Rwandy „Szwajcarię” Afryki. Chcą, aby była ona miejscem bezpiecznym, bogatym i komfortowym. To bardzo duże wyzwanie dla kraju, który jeszcze chwilę temu był skrwawioną ziemią, wyścieloną trupami.

 

Ewa Łowżył, archiwum prywatne, fot. Zofia Moruś

„Ptaki śpiewają w Kigali” w reżyserii Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze swoją światową premierę będą mieć na festiwalu filmowym w Karlowych Warach, który odbędzie się w dniach 30 czerwca – 8 lipca 2017 r.

 

EWA ŁOWŻYŁ – fotografka, animatorka kultury, aktywistka. Pomysłodawczyni projektu KontenerART, inicjatorka projektu postawienia pomnika pierwszej w Polsce spalonej na stosie kobiety (pomnik Czarownicy na Chwaliszewie), inicjatorka projektu Chór Czarownic. Od 4 lat realizuje projekt „Plemiona” dotyczący trybalizacji społecznej, m.in. w Poznaniu, Warszawie i Rwandzie. Stypendystka Künstlerhaus Bethanien w Berlinie i Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, beneficjentka programu Instytutu Adama Mickiewicza Kultura Polska na Świecie. Współpracowała w Rwandzie z reżyserką Joanną Kos-Krauze przy realizacji filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”.