fot. Marta Konek, na zdjęciu Jerzy Jaruzal

Miodem malowane

"Pszczoły trzeba pokochać od początku do końca. Nie wyobrażam sobie życia bez pszczół. Bez wyjścia do pasieki i patrzenia, jak się zachowują, jak noszą pyłek i brzęczą nad ulami" – mówi Jerzy Jaruzal, który przez ponad pięćdziesiąt lat był prezesem Koła Pszczelarzy w Łobżenicy, a wtóruje mu żona Jolanta, nazywana Lusią.

Jaruzale pasiekę prowadzą od 1965 roku. Wtedy się pobrali, a w prezencie ślubnym dostali rodzinę pszczelą od Romana Rydelka z Nakła nad Notecią, przyjaciela rodziny i nauczyciela pszczelarskiego fachu.

 

"Za drugą rodzinę musieliśmy już zapłacić, ale tak to nasze wspólne prowadzenie pasieki się zaczęło"wspomina Pan Jerzy.

 

Pani Jola przyznaje, że męskie rozmowy o pszczołach, przeciągające się do późnej nocy, czasami ją irytowały. Mieszkali wtedy u jej rodziców, wieczorem Jurek siadał z Rydelkiem we wspólnej kuchni i nad kieliszkiem maliniaka prowadził długie dyskusje o gospodarce pasiecznej.

 

Jak Jurkowi wrony „Potop” podziobały

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Jerzy Jaruzal urodził się we wrześniu 1942 roku w Sipiorach w powiecie szubińskim. Jego ojciec przejął duże gospodarstwo po Niemcu, który po wojnie musiał się z Polski wyprowadzić.

 

Łatwo nie było, bo ojciec do spółdzielni nie chciał się zapisać, więc traktowany był jak kułak i zmagał się z dostawami mleka, zboża, ziemniaków, żywca i wyższym podatkiem.

Żniwa wtedy robiło się na raty. Połowę zboża po skoszeniu zwoziło się do stodoły. Po wymłóceniu zboże trafiało do państwa. Dopiero jak plan był oddany przynajmniej w połowie, to można było żąć i młócić dla siebie. 

 

"Kopytka i flaczki to jedzą Polaczki, a mięso i słonina jedzie do Stalina" – zwykła komentować powojenną rzeczywistość sąsiadka Jaruzalów.

 

Do gospodarstwa prowadziła lipowa aleja, którą wjeżdżało się na duże podwórko. Przy domu był ogródek z warzywami, żeby gospodyni z kuchni do ogrodu miała blisko. Budynki gospodarcze: obora, stajnie, wozownia, świniarnia stały kilkadziesiąt metrów od domu.

W obejściu stały też trzy ule. Mały Jurek z ojcem ten miód wybierał. Wtedy najlepsze rodziny się siarkowało. Brakowało wiedzy, jak dostać się do miodu, nie zabijając pszczół. Gdy owady umierały, wyjmowano plastry bez ramek i ręcznie wyciskano z nich miód. 

 

"Najsilniejsze rodziny, które nanosiły najwięcej miodu, ginęły bezpowrotnie" – wspomina Pan Jerzy.


Ojciec zmarł, gdy Jurek miał czternaście lat. Ośmioro ich było rodzeństwa, pięć sióstr i trzech braci, więc trzeba było zakasać rękawy i przejąć ojcowskie obowiązki.

Lusia mówi, że jej teściowa opowiadała, jak to Jerzyk po robocie na stryszku albo w stodole chował się z książką i namiętnie czytał.

 

Raz zabrał „Potop” na pole, do bronowania. Chodzi za koniem, bronuje i patrzy, że wrony krążą nad wozem. A one jedzenie wyczuły i dobierając się do jego posiłku, książki podziobały. Wtedy łatwo o książki nie było, a musiał je odkupić, żeby do biblioteki oddać.

 

Gdy mógł już, po rocznej przerwie spowodowanej śmiercią ojca, wrócić do szkoły, poszedł do Liceum Pedagogicznego w Nakle nad Notecią. Po szkole pracował jako nauczyciel w Dziegciarni, potem było wojsko, a po wojsku Wydział Oświaty i Kultury Powiatowej Rady Narodowej w Wyrzysku. I w tym właśnie momencie jego historia połączyła się z historią Lusi.

 

Lusia, chodź!

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Jolanta mieszkała w Mrozowie z rodzicami, jej tata był kierownikiem szkoły. Młodemu Jaruzalowi przydzielono mieszkanie w szkole, w której oni też mieszkali.

 

"Tam zamieszkał i tak to się zaczęło" – śmieje się Pani Lusia.


Trzy lata po ślubie jeszcze w Mrozowie mieszkali, tam urodziły się ich dzieci, Marzena i Maciej. Później przeprowadzili się do Luchowa, gdzie Jerzy został nauczycielem.

Tata Joli też miał pszczoły. Takie zwykłe, warszawskie ule, z szybką, przez którą można było obserwować pracę pszczelej rodziny.

 

"Lusia, chodź!" – mówił do niej ojciec i szli razem do uli, bo reszta jej rodzeństwa pszczół się bała.

 

Lusia w sukieneczce dzielnie pszczoły odymiała, choć czasami wlazły pod spódniczkę i pożądliły nogi. Gdy żadnej roboty nie było w pasiece, chwytała ojca za rękę i mówiła:

 

"Tata, chodź, pójdziemy zobaczyć nasze pszczoły."

 

Tata otwierał drzwiczki. Mała Lusia godzinami mogła patrzeć przez szybkę na pospieszny, uporządkowany ruch pszczół, na ich gorączkową pracę przy karmieniu larw, znoszeniu nektaru i pyłku do ula, na odbudowywanie plastrów.

Po ślubie nie mogło więc być inaczej – założyli pasiekę.

 

Najpierw pszczoły trzymali w Mrozowie. Później, gdy pasieka rozrosła się do 220 rodzin, ule rozstawili w siedmiu miejscach. Pracowali przy nich w trójkę, bo syn Maciej serce do pszczół po nich odziedziczył.

Wracali z pasiek z ciężkimi ramkami i do późnej nocy wirowali miód.

 

Trzymacze i pszczelarze


"Jak się w 1968 roku przeprowadziliśmy do Luchowa, to Jurek zapisał się do Koła Pszczelarzy w Łobżenicy. Prezesem był wtedy Kryspian Pajor, nauczyciel z Wiktorówka" – wspomina Jolanta Jaruzal.


Pajor miał 80 uli, chorował na serce. Jerzy Jaruzal mówi, że prezes w każdą niedzielę po mszy przyjeżdżał na pogaduszki o pszczołach. Któregoś razu powiedział do niego wprost: 

 

Jerzy Jaruzal, fot. Marta Konek

Jerzy Jaruzal, fot. Marta Konek

"Kolego, ja już czuję, że zbliżam się ku końcowi. Nie widzę nikogo innego jak kolegę, żeby to wszystko utrzymać i chcę, żeby kolega został prezesem."

 

Jurek wzbraniał się, bo dopiero cztery lata na swojej pasiece gospodarzył, ale jednak w marcu 1969 roku został prezesem Koła Pszczelarzy w Łobżenicy. Tę funkcję pełnił do 5 września 2020 roku. Gdy zaczynał prezesowanie, do koła należało 19 pszczelarzy, którzy posiadali 723 rodziny pszczele. Obecnie w kole pszczelarzy jest 37, a w ich posiadaniu jest 1084 pszczelich rodzin.

 

Trudne, ale i dobre to były czasy. Zaczynali od ręcznych wirówek, a jaka to praca odwirować ręcznie ramki z kilkudziesięciu uli, to tylko pszczelarz może zrozumieć. Na szczęście w łobżenickim kole spotkali się prawdziwi pasjonaci.

Antoni Kotarak, kowal z Luchowa, robił najlepsze miodarki, po które przyjeżdżali pszczelarze z odległych miejsc Polski . Stoły do odsklepiania też wykonywał. Silników do miodarek nie było, to opracowali patent, jak napędzać wirówkę za pomocą wiertarki.

 

Prezes Jaruzal sam się kształcił i zachęcał kolegów pszczelarzy do podnoszenia wiedzy. Brali udział w kursach i szkoleniach, zdobywali tytuły mistrzowskie i tytuły rzeczoznawców chorób pszczelich.

 

"Nie każdy człowiek może być pszczelarzem.  Pszczoła kiedyś świetnie sama sobie radziła. Teraz mamy węzę, podkarmianie. Człowiek przeszkadza w naturalnym rozwoju pszczół" – prezes tłumaczy, że potrzebna jest ciekawość, intuicja i cierpliwość. 

 

Zdaniem Pana Jerzego prawdziwy pszczelarz widzi ten związek.

 

A trzymacz? Owszem, ma pszczoły, ale nastawiony jest wyłącznie na to, żeby jak najwięcej z nich pozyskać pieniędzy. Nie ma do nich serca.

Cisza łamiąca serce


Kiedyś to były pożytki - lipy, akacje, facelia, rzepak, wrzosy!

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Jak się zazimowało 220 rodzin, z tego 200 poszło na rzepak, każda rodzina po 17–18 kg przyniosła, to miód się lało nie do słoików, a do beczek.

Te beczki potem samochodem ciężarowym jechały do Torunia. Każdy z pszczelarzy to jedną, to dwie, to czasem i pięć beczek dwustulitrowych miodu szykował i wysyłali to wszystko do spółdzielni pszczelarskiej.

Najmilej Jaruzale wspominają czas, kiedy ule stały na pożytku na Łobżonce. Las, blisko woda, połacie malinowych zarośli. Mieli wtedy z jeszcze jednym pszczelarzem, Stanisławem Jendrzejewskim takie przyczepy używane wcześniej do przewożenia dzieciaków, postawione przy pasieczysku. Tam cały sprzęt był, więc rano całymi rodzinami szli do uli, a wieczorem odwirowywali miód w tych przyczepach.

"Jak się przyjeżdżało do pasieki, to powietrze aż drżało od brzęczenia pszczół"– wspominają.

 

Brzęczenie niosące się nad pasieką podczas pożytku to najmilszy dźwięk dla pszczelarskiego ucha. W tym brzęczeniu słychać radość i żywotność pszczół, zapowiedź obfitości, entuzjazm niemalże. I nie ma nic gorszego, niż cisza nad pasieką.

 

Któregoś roku Jaruzalom ktoś zatruł 70 pszczelich rodzin. W ciszy wysypali z nadstawek tysiące pszczół, które grubą warstwą leżały między ramkami.

 

W niektórych jeszcze matka się uchowała, ze świtą złożoną z kilku pszczół, które do końca próbowały chronić królową.

Nad pasieką unosił się straszny, trupi zapach i taka przytłaczająca, kładąca się ciężarem na sercach cisza. A oni, porządkując ule, płakali nad tymi pszczołami i nad tą bezsensowną, okrutną śmiercią.

 

Kosa brzęczy, pszczoła się nie męczy

 

Kiedyś jako pierwsze rzepaki zakwitały, a główny pożytek przypadał na czerwiec, kiedy obficie kwitły białe koniczyny, modraki, rumianki i wszystkie inne chwasty na polach. Potem jeszcze lipa nektarowała i po lipie kończył się sezon pszczelarski. Gdy zaczynały się żniwa, pszczelarze szykowali rodziny do zimowania.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

"Była taka ciągłość pożytku" – zauważa Pan Jerzy.

 

Miedze były szerokie, ukwiecone.

 

Teraz miedz prawie nie ma. W zbożach nie uświadczy się kwitnących chwastów. Pyłek z kukurydzy szkodzi pszczołom. Moda na sianokiszonki sprawia, że zanim na łąkach zdąży cokolwiek zakwitnąć, już trawa jest koszona i zwijana w baloty.

"Dasz krowie brukwi, to zeżre. Dasz jej jeszcze, też zje. A pszczoła nie. Pszczoła weźmie tylko tyle, żeby zapewnić przeżycie pszczelej rodzinie." – Jerzy Jaruzal mówi, że obecnie coraz trudniej pszczołom zebrać tyle pożytku, żeby wystarczyło i dla nich i dla pszczelarza.


Giną też przydrożne aleje. Z tych owocowych, złożonych z czereśni i jabłoni, przy drogach zostały już tylko pojedyncze drzewa.

 

O przetrwanie walczą aleje lipowe, klonowe i akacjowe, choć coraz częściej przegrywają z postępem i takim dziwnym przekonaniem, że człowiek jest panem tego świata i wszystko mu ujdzie płazem. Świat się zmienia.

"Jak to dalej będzie, to ja nie wiem. Jak żyję, to takiego roku nie widziałem." – Jerzy Jaruzal zamyśla się głęboko nad minionym sezonem.


Jego nauczyciel pszczelarstwa Roman Rydelek zwykł mawiać, że jeśli pszczoły z rzepaku przyniosą tyle, że będzie na zakup cukru na zimowe podkarmianie pszczół, to straty w takim roku w gospodarce pasiecznej nie będzie.

Tymczasem w tym roku niewiele było z rzepaku, o późniejszych pożytkach nie wspominając. Kwiaty lipy zaschły na drzewach po dwóch dniach nektarowania. Akację zbiły deszcze. Rzepak albo nie nektarował, albo pszczołom w kość dała chemia stosowana przy jego uprawie. Niestety rolnicy nie zawsze pamiętają o tym, że nawet jeśli zastosowany w ciągu dnia oprysk nie zabije pszczoły, to zmieni jej zapach i nie zostanie wpuszczona do ula.

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

 

Efekt tych wszystkich czynników był taki, że w lipcu w pasiekach zapanował głód. 

"Wśród pszczół taka beznadzieja była, taki smutek" – mówi Pan Jerzy i zastanawia się, co zmieniło się przez te pięćdziesiąt lat, gdy się zajmuje pszczelarstwem. 

 

"Cukier był, ramka była, węza była – wylicza trzy wynalazki XIX wieku - Nie było choroby pszczół - warrozy i oprysków. Jeśli dalej będzie się tak toczyło jak w tej chwili, jeśli ludzie nie opamiętają się z chemią, to pszczoły będą stopniowo umierały. Przy tak skażonym środowisku po prostu sobie nie poradzą."

 

"A gdy zabraknie pszczół, nie będzie życia na Ziemi, bo trudno wyobrazić sobie, żeby człowiek ogarnął wszystko z zapylaniem. Czy ja, czy ty, czy my – nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać. Machina ruszyła." – mówi Pani Jola.


"Pszczoła się podda tym zmianom, złamie. Człowiek tyle nabroił w tym środowisku i brnie w to dalej" – uzupełnia Jerzy.


Oni z pszczół nie zrezygnują nigdy.

 

"Chociaż pięć rodzin, ale muszą być" – zaznacza z mocą Pani Jola.

 

Teraz do zimowli szykują 42 rodziny i mają nadzieję, że kolejny sezon będzie lepszy niż tegoroczny.

 

Jerzy Jaruzal, fot. Marta Konek

Jerzy Jaruzal, fot. Marta Konek

Tymczasem po ponad pięćdziesięciu latach prezesowania Jerzy Jaruzal uznał, że czas na pszczelarską zmianę warty.

 

"Teraz są inne czasy, inne wyzwania. Czas, żeby koło prowadzić zaczęli młodzi, potrafiący korzystać z komputera, z internetu. Teraz musi być wybrany ktoś, kto reprezentuje nowoczesność" – mówił przed walnym zebraniem.


Do pasieki przy domu chodzi, patrzy, co się u pszczół dzieje. Jak dostały syropu, to się takie weselsze zrobiły. Teraz kręcą się wokół przygotowań do zimy – wychowują ostatni czerw, pakują syrop w ramki, znoszą do uli pyłek z tego, co kwitnie w przydomowych ogrodach. Sezon się kończy, lato się kończy.

 

Niedługo i pszczoły i Pan Jerzy w domach się zamkną przed jesienną pluchą i z nadzieją będą czekać wiosny.