fot. Patryk Daszkiewicz

TURBo_oBRUT

"Improwizacja to mój sposób na komponowanie. Siadając do pracy, nie mam raczej nigdy w głowie planu, melodii i konkretnych rozwiązań, te przychodzą podczas eksploracji sprzętu i oprogramowania" – Maciej Maciągowski rozmawia z Piotrem Tkaczem o tworzeniu muzyki i swojej najnowszej płycie.

Piotr Tkacz: Jak zacząłeś zajmować się muzyką?

Maciej Maciągowski: W domu było dużo płyt i gitara. Na tej gitarze próbowałem już grać w czasie, gdy była większa ode mnie. Lubiłem słuchać muzyki, oglądać okładki płyt, sprawdzać, kto na czym grał, najbardziej ceniłem fotografie ukazujące muzyków w studiach nagrań.

 

W podstawówce chodziłem do ogniska muzycznego, gdzie uczyłem się grać na klawiszach. W wieku 13 lat zamarzyła mi się szkoła muzyczna.

Rodzice zapisali mnie na kontrabas, bo nauczyciele mówili, że jestem już za stary na fajniejsze instrumenty. Po dwóch latach zrezygnowałem, wciągnęło mnie tworzenie muzyki na komputerze.

Komputer pojawił się w domu, gdy miałem jakieś 10 lat. Pamiętam Magix Music Marker i Future Beats, chwilę później rodzice założyli internet i ściągnąłem skądś pirackie Fruity Loops w wersji 3.0. Naturalnie zbiegło się to z moim zainteresowaniem hip-hopem, więc tworzyłem głównie instrumentale oparte na samplach.

 

PT: Czego wtedy słuchałeś? Czy nadal wracasz do czegoś uwielbianego w tamtym okresie?

MM: Nagrania rapowe poznawałem z kaset siostry:  Gangstarr „Moment of Truth”, The Roots „Things Fall Apart”,  Kaliber 44 „W 63 minuty dookoła świata”. Swoją drogą zdumiewające, że umiałem tygodniami słuchać jednego albumu.

fot. Patryk Daszkiewicz

fot. Patryk Daszkiewicz

Czasem, gdy na spacerze z psem przypomni mi się jakaś linijka, włączam sobie konkretny kawałek. Zdarza mi się wracać do polskich rapowych albumów z przełomu wieku. Czasem są to także płyty, które wtedy ledwo znałem albo mi się nie podobały, coś na zasadzie systematyzowania wiedzy.

 

PT: A jak trafiłeś na syntezatory i co cię w nich zainteresowało?

MM: Od początku interesowały mnie różne formy produkcji muzyki. Poważnie zacząłem zgłębiać temat, zainspirowanym krautrockiem, New Age’em i ambientem. Zweryfikowało to moje wyobrażenia na temat orkiestracji, komponowania i otworzyło oczy na improwizację. Głównie urzekły mnie losowość, błędy i ich konsekwencje, a także metody generatywne.

 

PT: Jakie znaczenie ma dla ciebie improwizacja w tworzeniu muzyki?

MM: Improwizacja to mój sposób na komponowanie. Siadając do pracy, nie mam raczej nigdy w głowie planu, melodii i konkretnych rozwiązań, te przychodzą podczas eksploracji sprzętu i oprogramowania, finalne pomysły są wynikiem eksperymentów i prób.

 

Dotychczas moje utwory powstawały w wyniku wielościeżkowej improwizacji; dogrywałem nowe partie do istniejących, a na końcu aranżowałem. Być może wynika to z mojego lenistwa, omijam po prostu pewne niewygodne etapy tworzenia.

Ostatnio staram się zmienić to podejście i jednocześnie pracować nad kompozycją poszczególnych ścieżek i ich aranżacją, co w moim przypadku ogranicza udział improwizacji w procesie tworzenia, ale być może wyniknie z tego coś dla mnie odświeżającego.

 

PT: A gdy patrzysz z perspektywy lat, to czy dostrzegasz jeszcze jakieś zmiany w swoim podejściu do muzyki?

MM: Gdy zacząłem grać bardziej świadomie, początkowo byłem bardzo wkręcony w elektroakustyczną improwizację i granie kolektywne, raczej nie nastawiałem się na to, że kiedykolwiek wydam album solo. Pierwsza kaseta powstała właściwie przez to, że mieliśmy przestój w Bachorzu, w którym grałem z Pawłem Doskoczem i Michałem Bielem, ale styl pracy była bardzo podobny jak w grze zespołowej, tylko że grałem sam ze sobą.

Każdy utwór nagrywałem w ten sposób, że tworzyłem patch na syntezatorze modularnym albo na ROMplayerze z załadowanymi brzmieniami typu General Midi/soundfont, sekwencjowanym przez Pure Data, i rejestrowałem kilka minut improwizacji.

 

fot. Patryk Daszkiewicz

fot. Patryk Daszkiewicz

Następnie wymyślałem kolejny patch i improwizowałem do istniejącej ścieżki kolejną. Sytuacja się powtarzała do momentu, aż uznawałem, że jest już wystarczająco gęsto. Zwykle wszystkie ścieżki zlewały się już wówczas w ścianę dźwięku, również z tego powodu, że często nagrywałem je w różnych tempach i metrach.

Wszystko to powstawało raczej bez zbędnych refleksji i przemyśleń, pod wpływem impulsu. Następnie aranżowałem kawałek, co polegało po prostu na włączaniu i wyłączaniu w odpowiednich momentach poszczególnych instrumentów w programie DAW. Może właśnie ze względu na taki sposób pracy obecnie nie czuję potrzeby zespołowego grania, chociaż granie z zaufanymi muzykami to wspaniałe uczucie.

Mniej więcej w okolicach epki „OGOG”, którą nagrałem przy okazji zaproszenia na składankę „Doubts 2” nadzorowaną przez Fischerle i Paide, zacząłem bardziej interesować się rytmem i rozwijać w utworach warstwy perkusyjne, głównie przez miłość do tanecznej muzyki z Europy Południowej i wschodniej Afryki – w sumie nie wiem, czy warto o tym wspominać, w kontekście niedawnych dyskusji na temat zawłaszczania kultury.  Oczywiście z mojej strony to wszystko jest naiwne i niepoparte wykształceniem ani szczególnymi predyspozycjami.

 

PT: Faktycznie, muzycy są ostatnio coraz bardziej świadomi ryzyka zawłaszczania kulturowego. Ale w przypadku twojego najnowszego albumu, to nawet gdy pojawiają się skojarzenia z różnymi gatunkami spoza Europy, czuć, że pierwotne inspiracje są mocno przetrawione i były punktem wyjścia do pomysłowego kombinowania i rekonfiguracji. Bardzo wiele się w tej muzyce dzieje i często jest gęsto, ale mimo dużego skomplikowania konstrukcji mam wrażenie, że każdy element jest na swoim miejscu i całość brzmi przejrzyście. Czy z twojej perspektywy ten nowy materiał jest kontynuacją poprzednich dokonań, czy zerwaniem i krokiem (albo skokiem) w nieznane? Zapytam też prowokacyjnie, czy jest to muzyka do tańca, czy do zdystansowanego słuchania na spokojnie?

MM: „TURB0_0BRUT” jest kontynuacją mojej epki „OGOG” dla Trzech Szóstek, słychać na niej choćby to samo instrumentarium, z tym że na nowym albumie proporcjonalnie mniej jest systemu modularnego, za to na pierwszy plan wysuwają się kiczowate dźwięki z tanich cyfrowych syntezatorów.

 

Poza tym na nowej płycie kawałki mają szybsze tempa i wydaje mi się, że bardziej nawiązują do muzyki, której słuchałem podczas nagrywek. Pojawia się też kilka nieśmiałych nawiązań do eurodance i gabber, na które miewam ochotę.

fot. Patryk Daszkiewicz

fot. Patryk Daszkiewicz

Jeśli chodzi o twoje drugie pytanie: to świetne uczucie, kiedy ludzie tańczą do muzyki, którą gram. Zdarzyło mi się to kilkukrotnie obserwować na moich koncertach, na ogół jednak wydaje mi się, że ludzie są skonsternowani i nie wiedzą, jak się zachować.

Ponieważ mój sposób grania na żywo do tej pory niewiele różnił się od prac nad albumami, trochę to rozumiem, bo sam podczas aranżowania utworów miałem często problem z połapaniem się w warstwie rytmicznej, na przykład z określeniem początku taktu albo stwierdzeniem, na którą miarę ma wejść konkretny instrument, żeby nie zepsuć groove’u.

 

Bardzo starałem się jednak, tak jak to ująłeś, zachować przejrzystość formy, zależało mi, aby kawałki były użyteczne na parkiecie lub w furze.

W związku z tym niektóre nieoczywiste dropy czy przejścia musiałem akcentować pozaplanowymi dogrywkami, aby jak najbardziej zniwelować wszelkie momenty prowadzące do nieporozumień, które osłabiałyby energetyczny potencjał.

 

Maciej Maciągowski - po pracy zajmuje się muzyką. Pochodzi ze Szczecina, mieszka w Poznaniu na Chartowie. Tworzy muzykę z wykorzystaniem syntezatorów. Udzielał się w grupach Bachorze (Pawlacz Perski, 2016) i Strętwa (Plaża Zachodnia 2017, 2019) zainteresowanych free impro. 1 października 2020 w wydawnictwie Glamour ukazał się jego nowy solowy album "TURB0_0BRUT".

 

Posłuchaj: tutaj