fot. Archiwum redakcji

Wsłuchani w puls zdarzeń

"Piętnaście lat to nie jest może długo, ale czas, w którym żyjemy tak galopuje, że wydaje się, że żyjemy już na innej planecie" - mówi Przemysław Prasnowski, prezes Fundacji Barak Kultury.

Maciej Kijko: Piętnaście lat temu, w trochę innym świecie, wpadłeś na pomysł Baraku. Co chciałeś osiągnąć? Co z perspektywy czasu udało się, a co jest do zrobienia?

Przemysław Prasnowski: Piętnaście lat temu byłem związany z Teatrem Strefa Ciszy i tam właśnie, w siedzibie teatru przy ulicy Grunwaldzkiej 55 zrodził się pomysł zrobienia czegoś innego niż teatr. Był to rzeczywisty barak, który dostaliśmy od miasta i po dwóch latach remontu, kiedy się już zadomowiliśmy, chcieliśmy się bardziej otworzyć na ludzi z zewnątrz. Zrobić coś więcej.

 

Były to spotkania dotyczące tematów społecznych i kulturowych, na które wpadłem podczas rozmów z Krzysztofem Moraczewskim, moim kolegą ze studiów, związanym z Instytutem Kulturoznawstwa UAM. Te związki są o tyle istotne, że Barak to połączenie środowisk artystycznych, związanych z Teatrem Strefa Ciszy i akademickich związanych z Instytutem Kulturoznawstwa.

Na zasadzie skojarzenia, trochę przewrotnego nazwałem ten pomysł Barakiem Kultury. Stwierdziłem, że jeśli mamy Pałac Kultury w Warszawie, to w Poznaniu powinien być Barak Kultury. Pierwsze nasze logo zresztą nawiązywało do tego skojarzenia. Od początku chodziło o to, żeby ludzi zaprosić w bezpretensjonalną przestrzeń, bez barier i skrępowania salonowymi manierami. Myślę, że to się udało, bo pamiętam pierwsze spotkanie, piętnaście lat temu, 16 listopada, które zgromadziło liczną publiczność towarzyszącą nam od tego czasu wiernie.

 

Wejście do Baraku Kultury, ul Grunwaldzka w Poznaniu, fot. Barak Kultury

Wejście do Baraku Kultury, ul Grunwaldzka w Poznaniu, fot. Barak Kultury

To pierwsze spotkanie poświęcone było śmierci – zawsze podkreślam, że śmierć była początkiem bujnego życia Baraku.

Co chciałem osiągnąć? Brakowało mi wspólnotowej przestrzeni do rozmów, do dyskusji. Z Krzyśkiem Moraczewskim wypracowaliśmy formułę Wykładów Polifonicznych zakładającą dialog i wymianę poglądów. Najistotniejsze w tym jest to, żebyśmy liczyli się ze zdaniem innych, mieli świadomość, że nasz pogląd jest jednym z wielu.

 

MK: Barak to przedsięwzięcie wywodzące się z przestrzeni alternatywnej, niezależnej kultury. Minęło trochę czasu – ile pozostało z tego sporu i oporu względem instytucji, haseł i treści z tak zwanego głównego nurtu? Czy wciąż chcesz być buntownikiem? Ewentualnie, czy bunt rozumiesz tak samo jak wcześniej?

PP: Myśmy nigdy nie zakładali takiego buntu stricte związanego z rewolucją na barykadach. To się  wyłaniało z różnych naszych inicjatyw mniej lub bardziej skierowanych w stronę zagadnień społecznych.

 

Mnie ścieżka kontrkulturowa była bardzo bliska zawsze. Stąd wizyty w Baraku Jacka Kleyffa, Lecha Raczaka, Ewy Kuryluk i innych postaci ważnych dla kontrkultury lat 60. i 70.

Szczerze mówiąc nigdy nie analizowałem, na ile byliśmy wtedy buntownikami, na ile jesteśmy nimi teraz. Mogę tylko powiedzieć, że wątkiem, który przypomina o naszej  kontrkulturowej ścieżce jest wystawa haseł ze strajku kobiet w witrynie naszej nowej siedziby na Alejach Marcinkowskiego 21. Zajmowaliśmy się zawsze wykluczonymi, wątkami spychanymi na margines, usuwanymi z pola widzenia. I robiliśmy to na swój, barakowy, sposób.

 

MK: Oddawaliście głos barbarzyńcom. Oddawaliście głos Innym.

PP: I do dzisiaj to robimy. Inwazja barbarzyńców, nasz festiwal, który pierwszą edycję miał w 2011 mówi o spotkaniu z Innym jako reprezentantem mniejszości. Był to temat, który wydawał mi się wtedy jednym z kluczowych dla współczesnego świata. Po latach mogę ze smutną satysfakcją powiedzieć, że problem z akceptacją inności przyczynił się i do podziału polskiego społeczeństwa i do wielu konfliktów na świecie.

 

MK: Początek to były Wykłady polifoniczne, teraz formuła działań Barakowych jest inna. Co spowodowało taka ewolucję? Jak na to patrzysz, bo skądinąd wiem, że uczestników tych początkowych wykładów do dzisiaj z nostalgią i rozrzewnieniem wspomina panującą wtedy atmosferę.

Wykłady Polifoniczne - Pan Mickiewicz, na zdjęciu Maciej Kijko, fot. Barak Kultury

Wykłady Polifoniczne – Pan Mickiewicz, na zdjęciu Maciej Kijko, fot. Barak Kultury

PP: Prawdę mówiąc, nigdy nie kierowałem się nostalgią. Uważam, że nie należy żyć przeszłością, a tą chwilą, która jest. Zmieniły się czasy – ludzie mieli kiedyś bardziej otwarte głowy na wielość opinii i perspektyw, a teraz jesteśmy radyklanie podzieleni.

 

Wykłady Polifoniczne nie były dyskusją lewicy z prawicą; próbowaliśmy szukać spotkania pomiędzy tymi skrajnymi punktami.

Ale też percepcja dzisiejszych uczestników kultury jest bardziej wyrywkowa, fragmentaryczna. Kto dzisiaj byłby w stanie wysiedzieć trzy godziny na serii wykładów, a tyle to wówczas trwało. Czasami przedłużało się jeszcze ze względu na żywiołowe rozmowy. A podejmowaliśmy trudne tematy trudne. Patrzyliśmy na nie z punktu widzenia filozofii, socjologii, przyrodoznawstwa, kontrapunktując działaniami artystycznymi – kolażowość przekazu, budowała polifonię, o którą nam chodziło.

 

MK: Wówczas uczestnikami wydarzeń Barakowych byli w dużej mierze studenci. Kto dzisiaj?

PP: To na pewno się zmieniło. Ci studenci, dla których pierwszy Barak był istotnym doświadczeniem, teraz są osobami w średnim wieku. Ta pokoleniowa zmiana musiała nastać. Wtedy zresztą internet nie był tak rozwinięty, a to także ustanawia istotną cezurę, gdy chodzi o percepcję ludzi. Teraz  nasza publiczność jest bardziej zróżnicowana. Zawsze bardziej zależało nam na integrowaniu różnych środowisk, niż na posiadaniu jednoznacznego profilu i kierowaniu przekazu do hermetycznych grup środowiskowych.

 

W Baraku była zawsze otwarta przestrzeń do dialogu i wymiany poglądów.

Z upływem czasu staraliśmy się też wychodzić poza Poznań i teraz współpracujemy z szeregiem ośrodków kultury w Wielkopolsce. To także mieści się w misji Baraku – by nie pozostawać w centrum. To część naszej działalności, która bardzo się rozwinęła i z perspektywy kultury budowanej u podstaw niezwykle istotna.

 

MK: Świat się zmienił pod tym względem, że kiedyś podział społeczny nie był tak radykalny, tak głęboki. Jak udaje wam się – czy udaje się – pomiędzy tymi plemionami, jak się niekiedy sytuację polskiego społeczeństwa określa, przerzucić pomost? Skłonić do rozmowy?

PP: Nie wiem, czy kogoś można skłonić do dialogu. My zachęcamy do tego, żeby się spotkać i poznać wzajemnie. Tworzymy przestrzeń spotkania, ale nie da się tego zarządzić. Uwrażliwiamy na to, że nie ma potrzeby odrzucać czegoś tylko dlatego, że jest dziełem imigrantów na przykład. A współpracujemy także z tymi środowiskami.

 

Nowa siedziba Baraku Kultury, Aleje Marcinkowskiego w Poznaniu, fot. Barak Kultury

Nowa siedziba Baraku Kultury, Aleje Marcinkowskiego w Poznaniu, fot. Barak Kultury

Nowa siedziba na Al. Marcinkowskiego 21 otworzyła nam wiele nowych możliwości i z okazji piętnastolecia możemy powiedzieć, że Barak wciąż się rozwija. Mnie zależało zawsze na tym, żeby wszystko co robimy było komunikatywne.

Nie mamy zresztą innego wyjścia. W nowej siedzibie jesteśmy tak blisko ulicy, że nasz przekaz powinien być zrozumiały dla przypadkowych przechodniów. Staramy się wykorzystywać w tym celu witryny. „Wystawiamy” w nich naszych Innych, bo co z tego, że będziemy sobie rozmawiali o tolerancji i empatii. To nie działa. A jeżeli ktoś zobaczy malującą w naszej witrynie osobę z niepełnosprawnością, jak to się dzieje podczas Innego festiwalu, to jest już pierwszy kontakt, pierwszy krok do spotkania. Skuteczniejszy niż słuszna pogadanka na temat.

 

Jeśli ktoś zobaczy w oknie geja z tęczową flagą, który ma twarz Bartka Żurawieckiego, to już wzbudza szacunek dla tej osoby, buduje wezwanie do porozumienia nawet, jeśli tylko  przez szybę.

 

MK: Czy to nie jest ryzykowne? Przemoc eskaluje. Niemało osób jej doświadczyło z racji swojej inności.

PP: Kiedy powiesiliśmy przed wejściem tęczową flagę, ktoś ją w niedługim czasie zdarł. Oczywiście, że jest ryzyko, ale bez ryzyka nie da się robić kultury. Ta wystawa z hasłami ze strajku kobiet też jest ryzykowna. Oprócz wielu sympatycznych reakcji były też bardzo chamskie , opluwano nam szyby, grożono policją, a jakiś mężczyzna chciał wzywać egzorcystę.

 

MK: Czy rozmawialiście z tym mężczyzną?

PP: Tak, tak. Mówiłem, że egzorcystę to trzeba by wzywać do paru hierarchów kościelnych. Tam bardziej byłby potrzebny niż u nas. Że wulgaryzmy, które go tak bardzo oburzyły, to cześć kultury protestu będącej efektem takich a nie innych posunięć naszej władzy.

 

MK: Przekonałeś go?

PP: Nie, pozostaliśmy przy swoich zdaniach. Staram się zawsze kogoś wysłuchać. Wiem, że poglądy mogą być różne i życie w demokracji na tym polega. Jeżeli jednak czyjeś działania zagrażają wolności osobistej konkretnych ludzi, są napastliwą formą deptania tej wolności, na to nie możemy się zgadzać.

 

Wejście do Baraku Kultury, Aleje Marcinkowskiego, Poznań, fot. Barak Kultury

Wejście do Baraku Kultury, Aleje Marcinkowskiego, Poznań, fot. Barak Kultury

MK: Cały czas w twoich słowach pobrzmiewa zaangażowanie w rzeczywistość. Skądinąd w Polsce nie tylko wy zajmujecie się zbieraniem haseł z protestów. Robi to w Gdańsku Europejskie Centrum Solidarności, w Warszawie bodaj któreś z muzeów. To jest ciekawe, że w Poznaniu wzięli się za to fundacja z zasługami, jednak nieduża. Robi to, co wydaje się takie oczywiste – dokumentuje protest i głos społeczny.

PP: Z jednej strony dokumentujemy, ale nie tworzymy muzeum. Wystawiamy je w witrynach gdzie są widoczne z ulicy. Każdy może je zobaczyć i odnieść się do nich. Nie wyobrażam sobie, że tworzymy muzealne przestrzenie dla tego, co żyje tylko w emocji ulicy. Te hasła są związane z energią protestującego tłumu. Zamykanie ich w muzeum, to zabijanie ich pierwotnego przeznaczenia.

 

MK: Trochę też odkładanie ad acta: już było, nieważne.

PP: Tak. Często też tak to tłumaczymy: nie chodzi nam o muzeum, o archiwizowanie tego, co się zdarzyło, a o zachowanie energii. Ratują nas witryny, w których eksponując te hasła możemy przedłużać ich życie. Idea buntu wciąż jest aktywna. Głos wciąż rozbrzmiewa.

 

MK: Powiedziałeś, że nie spoglądasz w przeszłość, że nostalgia to trochę łzawa rezygnacja z tego, co się dzieje, czy dymisja z rzeczywistości. Jaką misję widzisz przed Barakiem? Jaką przyszłość? Teraz, kiedy z różnych względów czas jest trudny. Niektórzy mówią, że hasło darwinizmu społecznego znowu podnosi głowę, że przeżyją tylko najsilniejsi. Kultura nie jest tym, na kogo się stawia. Jak Barak się sytuuje wobec tych problemów, które są, wydaje się, coraz bliższe?

PP: Odczuwamy to, że czas jest szczególny, chociażby ze względu na pandemię i z niepokojem patrzymy w przyszłość. Musimy łapać chwilę i zastanawiać się, co będzie jutro, co będzie za rok. Oczywiście zdaję sobie sprawę i nigdy nie łudziłem się, że kultura w tym kraju jest ważną sprawą. Jesteśmy ostatni, gdy idzie o wszelką pomoc. Rozmawiałem niedawno z jedną z dyrektorek domów kultury, która pracowała wcześniej w ośrodku pomocy społecznej i  była przekonana, że to najniższy poziom prestiżu. Kiedy jednak zaczęła pracę w ośrodku kultury, przekonała się, że jest jeszcze niższy poziom. To dobrze obrazuje sytuację kultury w tym kraju.

 

Jakby tego było mało, pandemia i działania rządu, przesiały szeregi ludzi zajmujących się kulturą, część z nich musiała zmienić zawód. My, jako organizacja pozarządowa też to odczuwamy bo funkcjonowanie całego sektora pozarządowego jest utrudniane na wszelkie możliwe sposoby przez obecną władzę.

Nas pandemia trochę przyhamowała, szybko jednak, odnaleźliśmy się w sytuacji. Przestawiliśmy się na wydarzenia online. Nie mamy z tym żadnych problemów, co jest zasługą świetniej ekipy obecnie pracującej w Baraku. Oczywiście chcielibyśmy, aby nasza siedziba wypełniała się ludźmi tworzącymi barakową wspólnotę, ale wiemy że na razie jest to niemożliwe. W związku z tym uczymy się tworzyć tę wspólnotę  w sieci , co też jest ekscytujące  i nie pozwala osiąść na mieliźnie.

Podziel się kulturą!