fot. Jakub Seydak

61. Kaliskie Spotkania Teatralne

Grand Prix z Kalisza zabrała Danuta Stenka, ale powody do radości ma blisko 20 aktorów nie tylko z Warszawy czy Krakowa, ale także z Katowic i Kalisza.

Tegoroczny werdykt Festiwalu Sztuki Aktorskiej trzeba przyznać w największej mierze eksponuje artystów scen stołecznych, ale zauważmy, że spośród 14 spektakli konkursowych aż 4 przyjechały właśnie z Warszawy. Repertuar 61. Kaliskich Spotkań Teatralnych tworzyły również przedstawienia z Gdańska, Lublina, Łodzi, Wrocławia, Opola i Radomia.

 

Formuła kaliskiego festiwalu od 36 lat skupia uwagę widzów na sztuce aktorskiej, więc główną część finałowej relacji niemal zawsze stanowi omówienie werdyktu jurorów, którzy przyznają nagrody za najlepsze sceniczne kreacje w spektaklach prezentowanych w bloku konkursowym.

Zanim jednak przedstawię laureatów roku 2021, warto zastanowić się, co decyduje o niesłabnącej popularności kaliskiego święta teatralnego.

Spotkania

Ten człon nazwy festiwalu wydaje mi się szczególnie ważny, a już w pandemii, która mocno ograniczyła nasze kontakty ze sztuką i przyjaciółmi, niewątpliwie staje się najistotniejszy. Wyjść z domu, wybrać konkretny kierunek, czyli teatr, spotkać ludzi o podobnych zainteresowaniach, czyli miłośników teatru, porozmawiać nie o pandemii i jej skutkach, lecz o problemach scenicznych bohaterów, usiąść w foyer lub festiwalowym klubie, a nie przed ekranem laptopa czy telewizora…

Potrzeba bycia razem, mimo konieczności noszenia masek, dezynfekowania rąk i podpisywania covidowych oświadczeń, była moim zdaniem jednych z ważniejszych impulsów uczestnictwa w 61. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych.

Podkreślam: jednym z wielu ważnych, bo Festiwal Sztuki Aktorskiej ma także wierną grupę fanów, którzy nie wyobrażają sobie, że mogliby opuścić kolejną edycję imprezy. Wszak daje im ona szansę obejrzenia kilkunastu spektakli z całej Polski w ciągu kilku dni.

 

Wejście od strony foyer kaliskiego teatru

Wejście od strony foyer kaliskiego teatru, fot. Jakub Seydak

To dla kogoś, kto interesuje się teatrem lub po prostu lubi przedstawienia, wyjątkowa okazja, aby uradować swoją duszę bez podejmowania dalekich podróży. To szans na obejrzenie 14 spektakli w ciągu 8 dni.

Artystyczne spotkania to również – nie zapominajmy o tym – konfrontacja teatralnych zespołów. Co prawda, już od dawna aktorzy z poszczególnych teatrów nie oglądają siebie nawzajem, ale szeroko pojęta komparatystyka odbywa się w umysłach widzów. Ich reakcje, emocje i przemyślenia są na wagę złota.

 

Publiczność na chwilę przed spektaklem

Publiczność na chwilę przed spektaklem, fot. Jakub Seydak

Spotkanie aktora z widzem jest istotą teatru. Spotkanie widza z wieloma aktorami z całej Polski jest festiwalem, czyli świętem.

Kiedy uzmysłowimy sobie, że wybór przedstawień nie jest przypadkowy, że tworzy przemyślany festiwalowy repertuar eksponujący najciekawsze dokonania w dziedzinie sztuki aktorskiej w minionym sezonie, to wkroczymy w mniej lub bardziej pogłębiony dyskurs na temat kondycji polskiego aktora na początku trzeciej dekady XXI wieku.

Konkurs

Jest nieważny i jest ważny. Chyba jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że oglądamy przez tydzień spektakle, omawiamy je, ale nie zastanawiamy się, czy jakikolwiek element przedstawienia należy nagrodzić.

 

Jury 61. KST

Jury 61. KST, fot. Jakub Seydak

Festiwal byłby wówczas po prostu przeglądem.

Jednak funkcjonująca od 1985 roku formuła konkursowa skupiona na aktorstwie czyni to wydarzenie jedynym w swoim rodzaju. Z pewnością mobilizuje bohaterów konkurencji, czyli aktorów, ale także ekscytuje widzów, którzy uczą się hierarchizowania, wartościowania, analizy swych spostrzeżeń i emocjonalnych reakcji.

Konfrontacja własnego werdyktu z tym, który ogłaszany jest przez profesjonalne jury na koniec festiwalu, jest aktem narodzin w pełni świadomego widza. Jest to dla uczestnika tego tygodniowego święta bardzo piękny moment, choć niejednokrotnie towarzyszą mu silne, niekoniecznie pozytywne, emocje.

 

Publiczność oddająca głosy w festiwalowym plebiscycie

Publiczność oddająca głosy w festiwalowym plebiscycie, fot. Jakub Seydak

Mechanizm jest prosty: chcielibyśmy w werdykcie publicznym odnaleźć potwierdzenie naszych przemyśleń. Całkowita zbieżność ocen jest właściwie niemożliwa, więc czasami sporom nie ma końca.

Janusz Łagodziński, jeden z jurorów, podkreślił, że o przyznaniu nagród decyduje jednak wypadkowa gustów oceniających:

 

„Czasami się spieramy, czasami nie, ale rozbieżności staramy się uzgodnić poprzez demokratyczne głosowanie. – podkreślił aktor – Werdykt jest wypadkową nie tylko gustów, ale także rozmaitych przeszkód. Czasami aktorzy nie czują się dobrze w gościnnej przestrzeni, czasami dzwonią telefony festiwalowej publiczności albo widać, że spektakl dawno nie był grany na macierzystej scenie”.

 

Z jednej strony zdarza się, że festiwalowa prezentacja jest słabsza, obarczona nerwowością, z drugie zaś – trzeba przyznać – w takich okolicznościach bronią się spektakle dobrze wyreżyserowane i oparte o dobrą literaturę.

Boska Stenka

Grand Prix 61. Kaliskich Spotkań Teatralnych oraz statuetka Wojciecha powędrowały do aktorki Teatru Narodowego za rolę Charlotty w spektaklu „Sonata jesienna”.

 

Danuta Stenka w „Sonacie jesiennej”

Danuta Stenka w „Sonacie jesiennej”, fot. Jakub Seydak

Sława tego spektaklu wyprzedziła przyjazd Danuty Stenki na kaliski festiwal, a bilety rozeszły się w pierwszym dniu sprzedaży.

Słynny scenariusz filmowy Ingmara Bergmana z 1978 roku, opowiadający o spotkaniu po długiej przerwie sławnej pianistki z córką, penetrujący granice poświęcenia dla sztuki, ale także możliwości artystycznego spełnienia i jego destrukcyjnego wpływu na jakość rodzinnych więzi, to znakomity materiał na stworzenie aktorskiej kreacji.

 

Recenzenci gazet warszawskich oraz czasopism i portali branżowych prześcigali się w znajdowaniu określeń na warsztatową doskonałość Danuty Stenki.

Czy podczas kaliskiej prezentacji poszło coś nie tak, skoro w kuluarowych rozmowach dało się słyszeć głosy rozczarowania, zwłaszcza w momencie przyznania najwyższej nagrody Festiwalu Sztuki Aktorskiej? Możliwe, że tak. Jednocześnie podczas spotkania z aktorami wielu widzów wprost dziękowało całej ekipie „Sonaty jesiennej” za doskonały spektakl, a nawet za jego terapeutyczną moc, bo dla wielu odbiorców było tu studium relacji pomiędzy matką a córką.

 

Danuta Stenka i Zuzanna Saporznikow w „Sonacie jesiennej”

Danuta Stenka i Zuzanna Saporznikow w „Sonacie jesiennej”, fot. Jakub Seydak

Wśród uczestników spotkania znalazł się odważny, który nazwał przedstawienie Teatru Narodowego „cholernie nudnym i cholernie wybitnym”.

Nudnym, bo w obecnym czasie nie ma w nas, widzach, gotowości, cierpliwości na słuchanie drugiego człowieka, więc teatr sięga po wiele urozmaicających „błyskotek”. A spektakl w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego czerpie wartość właśnie z rozmowy – trudnej, szarpanej, pełnej nerwowej ciszy, ale jednak rozmowy. Wybitnym, nie tylko dlatego, że łączy wybitny tekst, wybitną reżyserię i wybitne kreacje aktorskie, ale przede wszystkim dlatego, że jest walką o ochronę człowieczeństwa i międzyludzkich kontaktów, jest krzykiem o to, co najważniejsze i przypomina, po co powstał teatr.

Jurorzy nie mieli wątpliwości, choć niektórzy swój wybór motywowali dodatkowo tym, że widzieli spektakl wcześniej, współpracowali z Danutą Stenką lub że nie widzieli do tej pory żadnego słabego przedstawienia z udziałem aktorki:

 

„Wiedzieliśmy, że Danuta Stenka jest wybitną polską aktorką, na poziomie Tadeusza Łomnickiego, ale w przypadku Sonaty jesiennej mamy znakomitą koincydencję wspaniałego tekstu, reżysera i aktorów” – mówiła Kalina Zalewska, wieloletnia zastępczyni redaktora naczelnego miesięcznika „Teatr”.”

 

„Uważam, że jest to jedna z najwybitniejszych polskich aktorek. Nie znam słabej roli teatralnej Danuty Stenki. To jest intelekt, pasja, emocja i wrażliwość. Do takiej formy, jaką ona osiągnęła, każdy aktor aspiruje” – mówił z kolei Marcin Hycnar, przez dekadę związany z Teatrem Narodowym obecny dyrektor łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza.

 

Trzeba przyznać, że jest coś zaskakującego, filmowego w swym charakterze, w kreowaniu postaci Charlotty i nie wynika to ze skojarzenia z filmowym pierwowzorem. Danuta Stenka decyduje się bowiem na zdawałoby się właśnie filmowe środki ekspresji, na wyrażanie emocji drobnymi drgnięciami mięśni i żył. Zadziwiające jest to, że te – zdawałoby się niewidoczne na scenie znaki – mocno się eksponują.

 

Miałem wrażenie, że to w moje oczy nagle zyskały opcję ‘zoom’ i są w stanie wykonać szybkie zbliżenie w kierunku twarzy odtwórczyni głównej roli.

Sam Jan Englert, który zagrał w tym spektaklu Wiktora, powiedział, że był pierwszym widzem tego spektaklu i wciąż jest obserwatorem tego, co się rozgrywa pomiędzy dwiema aktorkami. Od razu zauważył, że obie wypełniają scenę czymś, co wykracza dalece poza aktorskie rzemiosło:

 

„W tym czasie, gdy performance praktycznie wygrywa z teatrem, bo raczej oglądamy obrazy i słuchamy muzyki, sztuka wyłącznie dialogowa i oparta na emocjach dla mnie jako widza jest ogromną frajdą.” – mówił Englert – „Mam nadzieję, że dla Państwa też, bo teatr to nie jest to, co my, aktorzy, dajemy Państwu, lecz, to, co Państwo przesyłają do nas”.

 

Dodajmy od razu, że „Sonata jesienna” dała również szansę na zabłyśnięcie Zuzannie Saporznikow. Obecność na scenie dwóch teatralnych sław, w tym dyrektora teatru i jeszcze niedawno profesora z Akademii Teatralnej, nie przeszkodziła młodej aktorce w stworzeniu przejmującej roli Ewy, docenionej przez jury Specjalną Nagrodą dla Aktorki na początku drogi artystycznej.

Taki „Wstyd”

Zbudowany na błyskotliwym dramacie Marka Modzelewskiego spektakl Teatru Współczesnego w Warszawie podbił serca festiwalowej publiczności i – głosami widzów oddawanymi na specjalnych kuponach – zyskał miano „Naj-Bogusławskiego spektaklu”.

 

Agnieszka Suchora, Jacek Braciak i Iza Kuna we Wstydzie

Agnieszka Suchora, Jacek Braciak i Iza Kuna we „Wstydzie”, fot. Jakub Seydak

Dobrze skrojony tekst, aktorzy ze świetnym warsztatem, reżyser może nie tak bardzo doświadczony (Wojciech Malajkat), ale za to „z uchem do dialogu”…

Komediowy kwartet Kuna-Braciak-Suchora-Jakus wygląda jak sceniczny hit do grania przy pełnej widowni przez kilka sezonów i kolejne kilka w tournee po Polsce, ale jest w tym przedsięwzięciu echo „Wesela” Wyspiańskiego oraz filmowych wesel Wajdy i Smarzowskiego. Jest spotkanie różnych grup społecznych, są antagonizmy, zakłamanie, zmaterializowanie…

Mamy zapis kondycji narodu i atmosferę rychłego końca, jakieś przeczucie wielkiej tragedii. Śmiech miesza się tu z refleksją, co nie jest efektem łatwym do osiągnięcia. Dostrzegli to jurorzy i przyznali nagrody trzem aktorom: trzecią – Agnieszce Suchorze za rolę Wandy, drugą – Izie Kunie za rolę Małgorzaty i pierwszą – Jackowi Braciakowi za rolę Andrzeja:

 

„Wstyd to gorący tekst, znakomicie zagrany i wyreżyserowany, a Nagroda Publiczności dodatkowo świadczy o wyjątkowości tego spektaklu” – podsumowała krótko w imieniu jury Kalina Zalewska.

 Triumf Herman

Swój wielki sukces na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych po raz kolejny odnotowała Katarzyna Herman. W roku 1995 jako jeszcze studentka zdobyła nagrodę za rolę Agafii w „Ożenku” Gogola, a w 1998 wyróżnienie za rolę Rosi w spektaklu „Zdobycie bieguna południowego” Karge.

 

Konrad Szymański i Katarzyna Herman w „Kruk Tower”ad Szymański i Katarzyna Herman w „Kruk Tower”

Konrad Szymański i Katarzyna Herman w „Kruk Tower”, fot. Jakub Seydak

Tym razem jej talent docenili zarówno jurorzy, jak i widzowie.

Rola Matki w spektaklu „Kruk z Tower” z warszawskiego Teatru Dramatycznego zapewniła jej nie tylko pierwszą nagrodę aktorską (ex aequo z Jackiem Braciakiem), ale także miano „Naj-Bogusławskiej aktorki”.

 

„Ten spektakl był wielkim zaskoczeniem.” – powiedziała mi Kalina Zalewska – „Przede wszystkim ze względu na autora, Andrieja Iwanowa. To Białorusin z pochodzenia, a jego tekst jest fantastyczny i świeży, bardzo poruszający. Jest to najlepsze przedstawienie Aldony Figury, jakie kiedykolwiek zrobiła ze znakomitymi rolami Katarzyny Herman i Konrada Szymańskiego. Tekst, aktorzy i wytrawna reżyseria składają się na sukces tego przedsięwzięcia”.

 

Dodam: reżyseria minimalistyczna, a wydobywająca z aktorów to, co najlepsze, to, co porusza widzów.

 

„Katarzyna Herman jest w życiowej formie – zagrała bardzo naturalnie i subtelnie, a jednocześnie wyraziście” – podkreśliła jurorka.

 

Z trzecią nagrodą aktorską wyjechał jej sceniczny partner, Konrad Szymański. Zagrał Syna, który – niczego nie podejrzewając – nawiązuje w Internecie bliską relację z tajemniczą dziewczyną. Nie przypuszcza, że za fałszywym profilem kryje się jego matka. Ta opowieść o bólu dwojga samotnych ludzi dla wielu stała się najbardziej znaczącym, zapadającym w pamięć przedstawieniem 61. edycji festiwalu.

Nagrody specjalne

 

„Dług”, reż. J. Klata

„Dług”, reż. J. Klata, fot. Jakub Seydak

Mimo powracającej jak bumerang dyskusji o kryzysie zespołu teatralnego, którego kruchą konstrukcję w wielu miastach w ciągu ostatnich kilku lat dodatkowo nadwerężyły lub wprost zniszczyły decyzje urzędnicze i polityczne, wciąż na kaliskim festiwalu pojawiają się spektakle, w których trudno wyodrębnić i nagrodzić poszczególnych aktorów. Innymi słowy: trzeba docenić grupę.

 

Tak jest właśnie w krakowskim „Długu” Jana Klaty na podstawie książki Davida Graebera „Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat”.

W inteligentnym scenariuszu słyszymy cytaty z wielu wybitnych dzieł literackich, takich jak „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, „Faust” Goethego czy „Kupiec wenecki” Szekspira, bo reżyser zadbał o to, aby jego opowieść pod hasłem „debt rules the world” zawierała jedynie najatrakcyjniejsze fragmenty z antropologicznej monografii.

Całość, na pozór zlepek cytatów, zdarzeń, piosenek i tańców, uwiarygodnia czwórka brawurowo grających aktorów: Maja Pankiewicz, Monika Frajczyk, Bartosz Bielenia i Marcin Czarnik. Kwartet z Teatru Nowego Proxima, który otrzymał Nagrodę Specjalną za gę zespołową, tworzy tak intensywny byt sceniczny i emanuje taką charyzmą, że nie można oderwać oczu:

 

„Nie nagrodziliśmy poszczególnych ról, ale spodobało nam się to właśnie, jak współpracują w grupie, jak współbrzmią, jak nikt nie wyrywa się, żeby być frontmanem. To też jest bardzo ważne w teatrze” – podkreślił aktor i juror festiwalu Janusz Łagodziński.

 

Specjalną Nagrodę Aktorską za rolę komediową przyznano z kolei Grzegorzowi Małeckiemu, czyli Ułanowi w spektaklu „Fatalista. Singerowska historia w V aktach”.

 

Grzegorz Małecki w „Fataliście”

Grzegorz Małecki w „Fataliście”, fot. Jakub Seydak

W inscenizacji jakże udanego tekstu Tadeusza Słobodzianka rzeczywiście najciekawiej wypadł właśnie aktor Teatru Narodowego, gościnnie występujący w warszawskim Teatrze Dramatycznym.

Jego generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, choć nakreślony dość grubą kreską, zwrócił uwagę chyba wszystkich widzów, mimo że zagościł na scenie tylko na kilka minut.

Z zupełnie odmienną sytuacją mieliśmy do czynienia w przypadku spektaklu z Teatru Śląskiego w Katowicach zatytułowanego „On wrócił”. Grający w nim rolę Fuhrera Artur Święs od momentu pojawienia się do końca przedstawienia czerpał pełnymi garściami z funkcji protagonisty.

 

Artur Święs w „On wrócił”

Artur Święs w „On wrócił”, fot. Jakub Seydak

Konsekwentnie konstruował demoniczną postać wiecznie żywego dyktatora, który wykorzystując współczesne media znów jest w stanie zapanować nad światem.

Za tę kreację Święs otrzymał Nagrodę im. Jacka Woszczerowicza ufundowaną przez Związek Artystów Scen Polskich.

Reflektor na gospodarzy

Trochę szczęścia, trochę nieszczęścia mieli organizatorzy, czyli Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Pandemia sprawiła, że w ostatniej chwili z przyjazdu na festiwal zrezygnować musiał Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Z bloku konkursowego zniknął zatem „Tramwaj zwany pożądaniem” Tennessee Williama w reżyserii Kuby Kowalskiego.

 

Aktorzy „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” podczas spotkania z widzami

Aktorzy „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” podczas spotkania z widzami, fot. Jakub Seydak

Tę lukę kaliszanie wypełnili „Dwoma biednymi Rumunami mówiącymi po polsku” Doroty Masłowskiej w reżyserii Radosława B. Maciąga, co zaowocowało dostrzeżeniem Agnieszki Dzięcielskiej w roli Barmanki.

Dostała Nagrodę im. Ignacego Lewandowskiego za barwny epizod. Wyróżnienie powędrowało zaś do jej młodszego kolegi, Karola Biskupa, który zagrał w tym spektaklu Parchę.

Od samego początku w festiwalowym repertuarze umieszczone zostało z kolei „Czytanie ścian” wg Mariusza Szczygła. Wyreżyserowana przez Rudolfa Zioło adaptacja reportażu „Nie ma” jest kameralną opowieścią, w której pojawiają się nazwiska przede wszystkim znanych czeskich literatów.

 

Izabela Wierzbicka w „Czytaniu ścian”

Izabela Wierzbicka w „Czytaniu ścian”, fot. Jakub Seydak

Poznajemy przejmujące losy poetki Violi Fischerovej, jakby rozpisane na trio, ale to monologi w wykonaniu Izabeli Wierzbickiej zrobiły ogromne wrażenie na widzach i jurorach.

„Nigdy nie grałam reportażu na scenie, ale życie Fischerovej jest tak niezwykłe, że chyba zawładnęłoby świadomością widów, nawet wtedy, gdybym mówiła na biało” – przyznała skromnie kaliska aktorka.

 

„Wierzbicka rozłożyła nas na łopatki swą interpretacją. Zobaczyliśmy skromną aktorkę, która powiedziała taki monolog, że nie mieliśmy wątpliwości. To jest klasa” – podkreśliła Kalina Zalewska.

 

I to jest piękno festiwalu, że daje on szansę na dostrzeżenie artystów mniej znanych, a bardzo utalentowanych.

Werdykt jury jest sumą gustów jego członków, którzy – dba o to organizator festiwalu – nie są osobami przypadkowymi. Są profesjonalistami, wiele widzieli, wiele przeżyli, więc nie ma sensu spierać się z nimi, kto powinien być pierwszy, a kto drugi.

 

Agnieszka Przepiórska w „Ginczanka. Przepis na prostotę życia”

Agnieszka Przepiórska w „Ginczanka. Przepis na prostotę życia”, fot. Jakub Seydak

Jednak chciałbym się upomnieć o jedną aktorkę – Agnieszkę Przepiórską. Owszem, dostała wyróżnienie za rolę w spektaklu „Ginczanka.

Przepis na prostotę życia” Piotra Rowickiego w reżyserii Anny Gryszkówny z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie i Bałtyckiej Agencji Artystycznej BART, ale to stanowczo za mało.

Upominam się nie z dziennikarskiego obowiązku, lecz tak czysto po ludzku jako (nieodosobniony) widz, którego historia tragicznie zmarłej polskiej poetki żydowskiego pochodzenia wzruszyła po raz kolejny.

Krystyna Janda powiedziała mi kiedyś w wywiadzie, że każdy kolejny monodram pokazuje jej samej, na jakim jest etapie w rozwoju swego warsztatu. Uważam, że Przepiórska jest na najwyższym, bardzo zaawansowanym etapie. Niewiele mamy aktorek w naszym kraju, które w taki sposób, z taką mocą, z takim wachlarzem emocji i całą sobą wypełniają przestrzeń sceny.

Niedocenieni

No cóż, nie wszyscy mogą dostać nagrody. Wydaje mi się, że wielkim przegranym tegorocznego festiwalu był „Król Lear” – koprodukcja Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy oraz Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu.

 

Weronika Krystek i Mirosław Zbrojewicz w „Królu Learze”

Weronika Krystek i Mirosław Zbrojewicz w „Królu Learze”, fot. Jakub Seydak

Objawiając nadmierną egzaltację przyznam, że uwielbiam reżyserkę Annę Augustynowicz, ale tym razem, przez cały spektakl, miałem wrażenie, że aktorzy są uwięzieni w jej inscenizacyjnym pomyśle.

A może zabrakło aktorskiej precyzji w snuciu wielowątkowej opowieści zamkniętej w konstrukcji teatru w teatrze?

Z galerii postaci, odgrywanych wyłącznie – z wyjątkiem Mirosława Zbrojewicza, czyli Leara – przez kobiety moją uwagę przykuła wyglądająca jak dziewczynka, a jednak w swej kreacji bardzo dojrzała, Weronika Krystek w podwójnej roli Błazna i Edgara.

Wiele dyskusji wywołała „Planeta małp” z Teatru Polskiego w Podziemiu z Wrocławia. To niewątpliwie ważny spektakl, budzący refleksję nad kondycją współczesnego człowieka poprzez wcielenie w sceniczne życie ciekawego pomysłu dramaturgicznego polegającego na oddaniu głosu małpom.

„Planeta małp”, reż. M. Liber

„Planeta małp”, reż. M. Liber, fot. Jakub Seydak

 

A gdyby to szympans rządził światem, a nie człowiek?

Przecież ewolucja mogła się potoczyć inaczej. Przedstawienie w reżyserii Marcina Libera wzbudziło spore zainteresowanie ze względu na swą intertekstualność i ogromny szacunek dla pracowitości aktorów, ale bardziej podobało się publiczności niż jurorom.

Widzów poruszyła także historia przykutej do łóżka i cierpiącej na nieuleczalną chorobę młodej dziewczyny – bohaterki spektaklu „Bea” Micka Gordona z Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu.

 

Aleksandra Bogulewska jako Bea

Aleksandra Bogulewska jako Bea w „Norze”, fot. Jakub Seydak

Trzeba przyznać, że odtwórczyni tytułowej roli, Aleksandra Bogulewska, miała niełatwe zadanie i zagrała kilka naprawdę przejmujących scen.

Odniosłem jednak wrażenie, że reżyser wraz ze scenografem nie zaufali jej talentowi, zmuszając ją do nieustannego wkładania i ściągania stelażu utrzymującego jej ciało. Myślę, że to dekoncentrowało i ją, i publiczność.

Niemałym zaskoczeniem była inscenizacja „Nory” z Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Radosław Rychcik postanowił bohaterkę dramatu Henryka Ibsena przenieść do lat 60. w USA, uczynić domową gospodynią w kolorowym mieszkanku, przypominającym po trosze dom dla lalek, po trosze wnętrza znane nam z filmu Franka Oza „Żony ze Stepford”.

 

Dorota Androsz jako Nora

Dorota Androsz jako Nora w „Norze”, fot. Jakub Seydak

Grzeczna Nora przez niemal cały spektakl stara się – jak przystało na dobrą żonę – spełniać zachcianki męża.

Dopiero w finale bunt bohaterki przyjmuje formę szalonego, wyzwalającego tańca. Interesujący koncept, mocno oparty na formie, zostawił Dorocie Androsz mało czasu na ukazanie niuansów jej duchowej przemiany.

Warsztat aktora

Program kaliskiego festiwalu po raz kolejny dał wszystkim szansę zobaczenia kilkunastu ciekawych spektakli z całej Polski. Może jakiegoś przedstawienia zabrakło? Z pewnością, ale nie da się zaprosić i zobaczyć wszystkiego i wszystkich. To zawsze jest jakaś próbka. Próbka tego, co charakterystyczne dla scenicznych działań minionego sezonu.

Przekrój jest ciekawy, bo konfrontuje sceny wielkomiejskie, takie jak Kraków czy Warszawa z teatrami z mniejszych miast, takich jak Kalisz, Opole czy Radom. Przegląd pokazuje aktorów w starciu z klasyką literatury i z dramaturgią współczesną.

 

„Kryminał improwizowany”, Teatr Komedii Impro z Łodzi

„Kryminał improwizowany”, Teatr Komedii Impro z Łodzi, fot. Jakub Seydak

Prezentuje z jednej strony spektakle kameralne, przemawiające do widzów drobnym gestem i drgnięciem powieki, z drugiej – przedstawienia z rozmachem, zaskakujące rozwiązaniami formalnymi.

Do Kalisza przyjeżdżają gwiazdy i debiutanci, reprezentanci różnych aktorskich szkół i stylów, praktycy i teoretycy teatru, widzowie okazjonalni i wieloletni fani. Nie jest łatwo wszystkich zadowolić, a to się znowu udało. Oczywiście, trochę przesadzam, ale tylko trochę.

Obejrzenie czternastu nietuzinkowych spektakli w bloku konkursowym w połączeniu z improwizowanymi scenami „przygotowanymi” przez łódzki Teatr Komedii Impro oraz rozmowami, które odbywały się udziałem aktorów tuż po przedstawieniach oferuje teatromanom solidną bazę do dyskusji o kierunkach rozwoju sztuki aktorskiej w Polsce.

 

Bartosz Zaczykiewicz, dyrektor kaliskiego teatru, Krzysztof Grabowski, wicemarszałek województwa wielkopolskiego, Krystian Kinastowski, prezydent Kalisza

Bartosz Zaczykiewicz, dyrektor kaliskiego teatru, Krzysztof Grabowski, wicemarszałek województwa wielkopolskiego, Krystian Kinastowski, prezydent Kalisza, fot. Jakub Seydak

Jeśli dodamy jeszcze, że festiwalowy program zawiera ponadto wystawy, koncerty i wideokreacje w social mediach, to śmiało możemy powiedzieć o przeżywaniu teatralnego święta, na które warto co roku czekać.

Po dwóch „pandemicznych” edycjach wrześniowych dyrektor festiwalu, Bartosz Zaczykiewicz, zapowiada powrót do terminu majowego, a zatem z radością odnotowuję, że 62. Kaliskie Spotkania Teatralne odbędą się już za kilka miesięcy.

Podziel się kulturą!