Czytać ciszę. Pejzaże dźwiękowe
Opublikowano:
5 marca 2026
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Cisza to nie tylko przestrzeń do zdrowszego i spokojniejszego życia, to także stan ducha, inny od racjonalnego dyskursu sposób komunikacji i ważny element procesu twórczego. O deficycie ciszy, jej niezbędności i jej różnych aspektach piszą autorzy „Czasu Kultury” (4/2025) zamykającego jubileuszowy rok.
Kto kupi ciszę?
O charakterze publicznych przestrzeni, ich planowaniu, funkcjonalności i zrównoważonym rozwoju mówi się i pisze sporo. Rzadziej zastanawiamy się nad tkanką dźwiękową, która nas otacza. Na jej społeczny, polityczny i konsumpcyjny aspekt zwracają uwagę w swoich artykułach Justyna Anders-Morawska i Patryk Lichota, omawiając ciszę miejską. Oboje zwracają uwagę na nierówności w dostępie do niej. Za ciszę w miejscu zamieszkania trzeba zapłacić indywidualnie, co w sposób oczywisty wpływa na gorszą sytuację osób o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Ponadto społeczna świadomość szkodliwości hałasu jest niska, co skutkuje częstym ignorowaniem tego problemu przez zarządzających miastami, chociaż hałas może poważnie obniżyć jakość życia i jest czynnikiem powstawania wielu chorób. Patryk Lichota pisze o komercjalizacji ciszy jako produktu do kupienia, a Justyna Anders-Morawska twierdzi, że równy dostęp ludzi do ciszy powinien być elementem działań objętych terminem sprawiedliwości ekologicznej. By tworzyć prawdziwie zrównoważone aglomeracje, potrzebna jest jej zdaniem rezygnacja z
„neoliberalnego modelu zarządzania przestrzenią, w którym priorytetem jest wzrost gospodarczy i interes inwestora, a nie dobrostan mieszkańców”. Cisza to ignorowane dobro wspólne, które powinno stać się „wartością środowiskową” (autorka podaje ów termin za Robertem Thornem i Danielem Shepherdem), podlegającą ochronie.
W kontrapunkcie do postulatów ochrony „cichego pejzażu” Katarzyna Szafranowska przytacza kontrowersje związane z fizyczną izolacją od bodźców zewnętrznych, między innymi w komorach deprywacyjnych (floating), które reklamuje się jako miejsca optymalizacji relaksu i leczenia rozmaitych dolegliwości. Obietnice optymalizacji (w reklamie podaje się, że w czasie takich sesji można „odpoczywać wydajnie i szybko”) sytuują taką „metodę” w centrum kultury kapitalizmu.
Problem pojawia się także na poziomie psychologicznym: powiązanie relaksu z całkowitym, sztucznie stworzonym brakiem bodźców uzależnia człowieka od firmy sprzedającej takie usługi. Autorka artykułu przytacza badania nad dźwiękiem Raymonda Murraya Schafera, autora książki „The Soundscape”, dla którego ludzka hałaśliwość jest rodzajem ucieczki od ciszy samotności i śmierci. Jego krytycy wskazują jednak, że próbuje on zastąpić realne środowisko dźwiękowe człowieka tym wyimaginowanym, idealizując przy tym minione czasy jako wypełnione ciszą.
Marie Thompson nazywa takie podejście „konserwatywną polityką ciszy” i przytacza przykłady stosowania deprywacji dźwiękowej jako kar wobec skazanych. Całkowita, nienaturalna cisza, wraz z brakiem światła w izolatkach więziennych stanowi dla osoby osadzonej torturę (warto jednak pamiętać, że jako torturę stosuje się także poddawanie więźniów trudnemu do zniesienia hałasowi). Katarzyna Szafrańska podkreśla, że komercjalizując ciszę, nie rozwiązuje się problemu systemowo, a floating jest przykładem „okrutnego optymizmu” (termin Laurent Berlant). Przejęcie kontroli nad hałasem jest fantazją, ale ludzie wciąż podejmują indywidualne próby znalezienia owego nieosiągalnego wyciszenia, podczas gdy społeczne i polityczne uwarunkowania hałaśliwości pozostają problemem nierozwiązanym.
Nadstawiać uszu inaczej
W tym kontekście interesujące jest innego rodzaju nawiązanie do badań Schafera, którego dokonuje w swoim artykule Tomasz Misiak. Zjawisko hałasu Schafer określa wielorako: jako dźwięki niechciane, nie-muzyczne, zbyt głośne oraz zakłócenia w systemach elektronicznych. Określenie „dźwięki niechciane” chyba najtrafniej oddaje sytuację odczuwaną jako hałas będący źródłem stresu i zmęczenia. Autor tekstu kieruje jednak naszą uwagę na inny sposób reakcji na takie obciążające nas okoliczności, wspominając działania architektki i urbanistki Antonelli Radicchi, która opracowała wyszukiwarkę „przyjaznych akustycznie miejsc” (Hush City Map). Wskazuje także na dobroczynny wpływ spacerów dźwiękowych, mogących pomóc w poszukiwaniu pożądanych doświadczeń audialnych. Takie doświadczenia w dużej mierze związane są z terenami zielonymi i bioróżnorodnością (według założenia, że człowiek „słyszy” całym ciałem). Ruch w przestrzeni staje się środkiem aktywnej zmiany środowiska dźwiękowego. W takim podejściu to nie całkowite wygłuszenie, ale uważne słuchanie siebie i otoczenia staje się podążaniem w kierunku uwrażliwienia zmysłowego i – być może w efekcie – modyfikacji pejzażu dźwiękowego na poziomie systemowym.
Milczenie jako narzędzie opresji lub oporu
Część artykułów nawiązuje do hasła przewodniego „Ciszej!” w sposób metaforyczny. Magdalena Dziurzyńska podejmuje rozważania nad językiem utrwalającym męską dominację i nad uciszaniem kobiet. W nurcie myślenia feministycznego zwraca uwagę użycie milczenia jako „narzędzia subwersji” – odmowy mówienia językiem opresji. Autorka tekstu przygląda się utopijnej literaturze kobiecej, w której siłą kobiet staje się odmowa używania męskiego języka racjonalizmu, a nobilitowane zostają inne formy poznania – zespolenie z przyrodą, prymat intuicji, telepatyczna komunikacja, „głębokie słuchanie” czy dostrojenie się do innych bytów. Tak rozumiana „cisza” nie oznacza pustki, wycofania się, ale harmonizowanie z otaczającym światem. Jak pisze Magdalena Dziurzyńska,
„feministyczne utopie odrzucają patriarchalne koncepcje języka jako narzędzia dominacji i kontroli”.
Zwraca jednak uwagę, że literatura utopijna ukazuje wyidealizowaną wizję kobiety – jako istoty „empatycznej, łagodnej i niehierarchicznej”, co nie tylko jest nierealistyczne, ale może także prowadzić do wykluczania innych wzorców kobiecości i osłabiać ich „polityczną sprawczość”.
Różne funkcje ciszy w twórczości Sary Maitland, brytyjskiej pisarki feministycznej, analizują Aleksandra Wisniewska i Roksana Zgierska. Maitland rozróżnia ciszę z wyboru i tę narzuconą, a jej „A Book of Silence” wyrasta z doświadczeń dobrowolnego przebywania w ciszy, w której doświadczenia zmysłowe intensyfikują się, czas zaś zostaje zawieszony. Dla Maitland nie są to doświadczenia jednoznacznie pozytywne – decyzja o byciu w milczeniu wiąże się z treningiem, ale także z większym – lecz nie zawsze przyjemnym – wglądem w siebie, a nawet bólem. Autorka traktuje te stany jako jednocześnie cielesne i duchowe, a także powiązane z nieantropocentrycznie rozumianą naturą. Z takiego punktu widzenia cisza może być pozajęzykową formą poznania rzeczywistości. Według autorek tekstu Maitland wskazuje na „przemieniający potencjał” ciszy, a narracje jej opowiadań utkane są z rytmicznych struktur, powtórzeń, pauz i zawieszeń akcji.
„Przywracając – jak piszą autorki artykułu – należną wagę temu, co wymyka się językowi”.
Cisza głośna w sztuce
Skłaniające do wyciszenia i skupienia praktyki artystyczne Mariny Abramoviči Amrita Karkiego omawia Monika Bakke. Dla tej pierwszej cisza jest warunkiem procesu tworzenia, a jej eksperymenty z minerałami – produkującymi „zjawiska wibracyjne, piezoelektryczne i rezonansowe” i wchodzącymi w kontakt z organizmami ludzkimi – są, zdaniem autorki tekstu, przejawem zniesienia binarności między ożywionym i nieożywionym. Artystka, badając energetyczny potencjał minerałów, zwracała uwagę na konieczność interakcji z publicznością w doświadczeniu intensywnego skupienia. Transformującą moc ciszy wykorzystuje także Amrit Karki, proponując odbiorcom swoich performansów rytuały oczyszczające (z użyciem wody, mleka, jogurtu, miodu czy klarowanego masła), zakorzenione w hinduistycznych praktykach duchowych. Monika Bakke zwraca uwagę, że chociaż
„życie kontemplatywne […] utraciło znaczenie w społeczeństwach zorientowanych na efektywność, produktywność i natychmiastową użyteczność”, to
„potrzeba milczącej introspekcji przetrwała i realizuje się obecnie w nowych kontekstach sztuki”.
W takim kontekście utrzymany jest cykl wierszy i obiektów wizualnych Bianki Rolando, która poprzedziła go wstępem, wyjaśniając, że oprócz zestawiania doświadczeń wizualnych i poetyckich inspirowały ją „konkretne postacie artystek i poetek”. Wśród owych inspiracji ważne miejsce zajmuje Elsa von Freytag-Loringhoven, której słynną „Fontannę” zawłaszczył Marcel Duchamp. Bianka Rolando zwraca jednak uwagę na przemilczenie współczesne: że żaden kurator czy osoby zajmujące się zawodowo twórczością Duchampa nie skorygowali w opisie pracy jej autorstwa. Między innymi z takich przemilczeń artystka splata nowe głosy i obrazy.
Cisza jako „przełącznik”, pozwalająca przejść z trybu wyuczonych sposobów odbierania świata do jego nowego „zobaczenia”, które staje się źródłem twórczości, funkcjonuje także w portretach Narcyzy Żmichowskiej autorstwa Liliany Zeic. Właściwie w „portretach”, bo są to wyplatane z łąkowych traw i innych suszonych roślin, odziane w stare ubrania, swego rodzaju pałuby kojarzone w kulturze ludowej z wiedźmami lub boginkami. Proces powstawania owych pałub, nienastawiony wyłącznie na efekt, „godziny dotykania, gładzenia, wąchania” opisuje i wnikliwie analizuje Anna Markowska, odnosząc go do założeń Johna Cage’a (nobilitującego ciszę w swoich utworach muzycznych) i przywołując buddyjski termin „współzależnego powstawania”. Z taką współzależnością mamy do czynienia w relacji Zeic – Żmichowska, w procesie artystycznym, w którym „ma szansę narodzić się na nowo świat inkluzywny, uważny”.
Trwanie marszu – nie dać się uciszyć
Jest i wspomnienie bolesne, z przerwanego w 2005 roku Marszu Równości, spacyfikowanego przez policję. Próba odebrania głosu, sprawczości, próba zmuszenia do milczenia, wycofania się. O tych wydarzeniach Błażej Warkocki rozmawia z Agnieszką Frankowską, Izabelą Kowalczyk, Marcinem Krawczykiem, Lechem Merglerem, Kingą Michałowską, Moniką Serkowską, Agatą Teutsch i Joanną Zakrzewską. Rozmówcy przypominają, że marszu zakazano, pomysł potępiono, a demonstrantów potraktowano brutalnie, mimo że było to niezgodne z przepisami unijnymi (Polska weszła do Unii 1 maja 2004 roku). Lech Mergler przypomina, z jakich źródeł pochodziło owo nieposłuszeństwo obywatelskie:
„realizowaliśmy swoje prawa i mieliśmy rację, i była to jakaś oczywistość silniejsza niż zakaz administracyjny”.
Dziś, gdy obecny prezydent Poznania także przychodzi na doroczny Marsz Równości, manifestacja nie jest zagrożona. By jednak było to możliwe, „ci pierwsi” musieli mieć wrażliwość usłyszenia wykluczonych i mieć odwagę nie dać się uciszyć ówczesnej władzy świeckiej i kościelnej, a nawet mediom (przeciw marszowi była na przykład „Gazeta Wyborcza”). Zasadne staje się, postawione w kolejnym artykule, pytanie: „Do kogo [dziś] należy marsz?”. Należeć powinien do wszystkich, którzy chcą w nim znaleźć swoje miejsce. Szczęśliwie marsz „poszedł dalej”, jak pisze Błażej Warkocki, przypomina jednak o tamtej „nagiej państwowej przemocy” i o „bliźnie”, jaka pozostała w tych, którzy ów ruch obywatelskiej solidarności zainicjowali.
Szeptać sobie drobne teksty
„Czas Kultury” dobrze się także czyta we fragmentach, akapitach noszonych w uchu i obracanych w umyśle, zdaniach wytrącających z dotychczasowych przekonań czy niewiedzy, w oczarowaniach poetyckich i strzępkach prozy, która zostaje głęboko. Nie mogąc tu wszystkiego opisać, przytoczyć (chyba to dobrze), podzielę się wyimkami, które zostają ze mną właśnie w taki dojmujący sposób – do obracania w palcach ciszy.
Ze „Śmierci w Wiedniu” Michała Larka: Freud spóźnił się na pogrzeb swojego ojca, bo czekał u fryzjera. Jego biograf, Georg Markus, pisze, że „w nocy śnił mu się szyld, na którym można było przeczytać: »Uprasza się o zamykanie oczu«”.
Z artykułu o twórczości Sary Maitland cytat z „The Seven Swans’ Sister”: „…śmiech [bohaterki] zadźwięczał jak dzwon ponad sykiem, bębniącym rytmem lotem łabędzi”.
Z wiersza Bianki Rolando: „Płynę, gdzie dźwięk słodki ujmuje mnie i stroi / promienie struny łowi widmo światła białego / i w jeden ruch zbiera, wtedy nie jestem grana / wtedy jestem ubrana w nieba dłoń łagodną” („Lutnia”).
Te i inne, wciąż nowe, drobne wyimki, odnajdywane przy kolejnych kontemplacyjnych czytaniach obracam w palcach ciszy, żeby ich nie prze-czytać, nie prze-oczyć. „Ciszej!” jest dla mnie – wobec przebodźcowania – zaproszeniem do innego bycia z tekstami, szeptania ich, by wybrzmiewały wciąż na nowo. Do czego zapraszam także potencjalnych czytelników „Czasu Kultury”.






