fot. ilustracje: Alicja Kocurek

Arbuz i Pchełka zwiedzają Wielkopolskę!

Arbuz jest świnką morską, a Pchełka psem, a właściwie suczką. Nowa książka Maliny Prześlugi-Delimaty z ilustracjami Alicji Kocurek zachęca dzieci do podróży po Wielkopolsce. I choć wydana zostanie przez Departament Kultury UMWW dopiero jesienią, już dziś z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka, odsłaniamy jej pierwszy rozdział!

Dzień dobry! Chciałabym opowiedzieć wam o dwojgu moich najlepszych przyjaciół, ale znowu gdzieś poszli. A trudniej opowiada się o kimś, kiedy go nie ma… Może więc chwilę na nich poczekamy?

Poczekajmy.

Poczekajmy jeszcze chwilę.

I może jeszcze jedną.

Wciąż ich nie ma… Powiem wam, że moi przyjaciele nad wyraz dużo wędrują. Zamontowałam im nawet w drzwiach specjalną ruchomą klapkę na zawiasach, żeby mogli wychodzić i wracać, kiedy im się podoba. Ciekawe, dokąd poniosło ich tym razem? Wczoraj przed snem Arbuz wspominał coś o bezludnej wyspie… Ale przecież w Wielkopolsce nie ma bezludnych wysp! A może są? Ach, gdyby moi przyjaciele tutaj byli, przecież oni wiedzą o naszym regionie dużo więcej niż ja…

Arbuz i Pchełka to moje zwierzęta. Pchełka jest psem, niemożliwie kudłatą suczką w kolorze gryczanego miodu. Niech was jednak nie zmyli jej imię.

 

Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Pchełka wcale nie jest maleńka, o, nie! Waży prawie czterdzieści kilo i kiedy stanie na dwóch łapach, jest wyższa od większości z was. Gdy ją znalazłam, była maleńka, wychudzona i bardzo zapchlona. Smutne, skamlące biedaczysko. To jednak było już bardzo dawno temu i na szczęście prawie o tym zapomniałyśmy. Arbuz mieszka z nami nieco krócej, bo półtora roku. Jest najodważniejszą, najbardziej ciekawską, narwaną i żarłoczną kawią domową, jaką znam.

– Przepraszam, kim?!

O, wróciliście! Właśnie o was opowiadam…

– Pewnie same blubry! – Arbuz przeskakuje z grzbietu Pchełki na moje kolana i zaczyna wymachiwać krótkimi łapkami – Kawia domowa! Kawia domowa! Słyszysz ją, Pchełko?

Pchełka okręca się kilka razy w kółko w swoim legowisku i gdy tylko znajduje wygodną pozycję, opada ciężko na ubłocony brzuch.

– Tak na ciebie mówią, Arbuz – mruczy.

– Ignoranci! – Arbuz stroszy wąsy. – Gdyby mnie znali, wiedzieliby, że żadna ze mnie kawia domowa, tylko najprawdziwsza świnka morska z krwi i kości! Bo ja nigdy, przenigdy nie siedzę w domu!

Chyba że w porze śniadania, obiadu lub kolacji – zauważam, ale Arbuz chyba nie słyszy.

– Niestraszne mi dalekie krainy, wielkie wody i wysokie pagórki! W poszukiwaniu przygód popłynąłbym nawet za morze! Właściwie to ja jestem wilkiem morskim, tylko nie urosłem – dodaje po namyśle.

Pchełka parska śmiechem.

– Arbuziku, jak ty potrafisz poprawić mi humor – mówi, a potem ziewa szeroko, robi jeszcze trzy obroty wokół własnej osi na legowisku i po chwili słyszymy, jak chrapie.

Co wyście dziś wyprawiali, Arbuz? – pytam.

– Byliśmy na bezludnej wyspie – odpowiada moja nieustraszona świnka morska – Wszystko ci opowiem, tylko przynieś mi najpierw ze dwie marchewki.

 

Arbuz, ilustracja Alicji Kocurek

Arbuz, ilustracja Alicji Kocurek

No tak, zapomniałam, że Arbuz, moja pulchniutka, biało-rudo-czarna świnka morska, nie funkcjonuje z pustym brzuchem. Zaraz dostanie dwie marchewki i kolbę z ziarnami. A potem posłucham niezwykłej historii o tajemniczych, czasem magicznych, miejscach, w których byli moi przyjaciele. Niektóre z nich znam, w niektórych byłam wiele razy, ale Arbuz i Pchełka mają nadzwyczajny talent do odkrywania tego, co ukryte, węszenia tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy i oczywiście do… pakowania się w kłopoty. Na przykład dziś, gdy…

A zresztą, posłuchajcie sami.

Rozdział I: KORMORANY Z MEWIEJ WYSPY czyli wyprawa do Lednickiego Parku Krajobrazowego

– Ależ wspaniała pogoda! – stwierdziła Pchełka po powrocie z porannej przechadzki.

Arbuz popatrzył na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto przypadkiem stracił rozum.

– Leje – zauważył.

– No właśnie – odparła Pchełka radośnie i otrzepała się z wody, jak to psy mają w zwyczaju, ochlapując wszystko i wszystkich dookoła. – Leje, i to bardzo, a to oznacza, że zostajemy w domu!

– Mowy nie ma! – wykrzyknął Arbuz. – Zresztą i tak dzięki tobie oboje jesteśmy kompletnie przemoczeni, więc nie ma znaczenia, czy będziemy mokrzy tu – Arbuz pokazał na legowisko Pchełki – czy tam – dokończył, wskazując na drzwi.

– Jeśli o mnie chodzi, wolę być mokra tu – mruknęła Pchełka i zaczęła kręcić się w kółko na posłaniu.

Arbuz westchnął ciężko i już szykował w głowie długi wywód o zimowym lenistwie, w które popadła Pchełka i o tym, że przecież od dawna jest wiosna… Ale coś wielkiego i czarnego zatrzepotało za okienną szybą. Raz, a potem drugi. Było to na tyle dziwne, że Pchełka otworzyła nie jedno, a oboje oczu, a ciekawski Arbuz rzucił się do okna. Wspiął się zwinnie po zasłonie, przedreptał przez parapet i bez chwili namysłu otworzył okno na oścież.

– Kto tam?! – zawołał. – Proszę nie trzepotać, tylko włazić! Bo leje!

Na to zaproszenie w oknie, w strugach ulewnego deszczu, stanął duży, czarny ptak. Miał długą szyję, żółte policzki i biały, masywny i ostro zakończony dziób. Arbuz wytrzeszczył oczy.

– To sęp! – wyszeptał.

– Wypraszam sobie – odparł ptak. – Jestem kormoranem zwyczajnym.

Arbuz prychnął.

– Widzisz, Pchełko, to zwyczajny kormoran, a ty myślałaś, że to sęp…

Pchełka zignorowała tę uwagę, była przyzwyczajona, że Arbuz jest jaki jest. Zaprosiła kormorana do środka. Ptak stanął na dywanie i rozpostarł szeroko skrzydła, by je wysuszyć.

– Co cię do nas sprowadza? – spytała Pchełka, podczas gdy Arbuz mocował się z klamką okna.

– Jestem Ludo – przedstawił się ptak. – Wiele o was słyszałem. Podobno lubicie rozwiązywać, hmm… problemy.

– My lubimy podróżować, a problemy rozwiązują się przy okazji – wyjaśnił Arbuz.

– To się dobrze składa, bo mój problem znajduje się spory kawałek stąd. Na bezludnej wyspie – powiedział Ludo.

Arbuz podskoczył i pognał do sypialni. Ludo spojrzał pytająco na Pchełkę, a ona uśmiechnęła się i zaczęła odliczanie.

– Cztery… Trzy… Dwa… Jeden…

W tym momencie do pokoju wrócił Arbuz ubrany w żółtą nieprzemakalną pelerynę i maleńki rybacki kapelusik. W jednej łapce trzymał mapę, w drugiej marchewkę.

– Gotowy! – zawołał dziarsko. – Dalej, Pchełko, zbieraj się!

Pchełka spojrzała tęskno na swoje legowisko, a potem w mokre od deszczu okno. Westchnęła ciężko i ruszyła w stronę wyjścia.

– Prowadź, Ludo.

Wszyscy troje wyszli z domu i dokładnie zamknęli drzwi.

 

Wiecie, ja nie jestem do końca pewna, jak moi przyjaciele podróżują. Akurat o tym nie chcą ze mną rozmawiać, być może dlatego, że jeżdżą na gapę (nic mi nie wiadomo, by posiadali jakieś pieniądze, za które mogliby kupić bilety). Sama chyba wolę o tym nie wiedzieć.

Przypuszczam, że tam, gdzie to możliwe, dojeżdżają pociągiem. Raz bowiem Pchełka krzyknęła przez sen „Odjazd!”. Dużo też chodzą pieszo, to znaczy na łapach Pchełki – Arbuz uwielbia podróżować na moim psie, a mojemu psu to wcale nie przeszkadza. Niedawno wpadł mi w ręce artykuł z pilskiej gazety, w którym podobno kilku świadków widziało wielkiego kudłatego psa na rowerze… Nie wiem, nie wnikam, niech to będzie ich słodką tajemnicą. Ważne, że co wieczór wracają cali i zdrowi do domu.

– Już prawie jesteśmy – oznajmił kormoran.

Deszcz niedawno przestał padać i na niebie pojawiło się ostre, wiosenne słońce. Znajdowali się na skraju maleńkiej wsi. Dookoła leżały pola uprawne, na horyzoncie gęsty las.

– To Kamionek. Mała wieś niedaleko jeziora Lednica. Dalej pójdziemy pieszo – wyjaśnił Ludo.

– Czy to na jeziorze Lednica znajduje się bezludna wyspa? – zapytał z nadzieją Arbuz.

– Nie jedna, a cztery – odparł ptak, a morskiej śwince aż oczy zaświeciły się z radości. – Zaraz wszystko wam wyjaśnię. Pójdziemy teraz na południe, do Imiołek, tą wąską, asfaltową drogą. Do niedawna zamiast asfaltu były tutaj kocie łby…

– Co?! – zawołał przestraszony nieco Arbuz i wtulił się w sierść Pchełki. Koty nie należały do grona jego najbliższych przyjaciół, sami rozumiecie.

Pchełka odwróciła wielki kudłaty łeb i trąciła Arbuza nosem. Wyjaśniła mu, że kocie łby to określenie brukowanej, czyli wyłożonej kamieniami drogi. Kiedyś wszystkie trakty układane były w ten sposób. To uspokoiło Arbuza, który rozłożył się teraz wygodnie na psim grzbiecie i podziwiał widoki. Pchełka szła drogą, a Ludo kołował nad ich głowami.

– Z tymi kocimi łbami musiało być tutaj naprawdę malowniczo – zauważyła suczka.

– Wciąż jest malowniczo. Zaraz poznacie odwiecznych mieszkańców tego traktu – zaczął tajemniczo kormoran. – O, to jest Kazimierz. Cześć Kaziu!

Arbuz i Pchełka rozglądali się na wszystkie strony, jednak nie odkryli, z kim przywitał się ptak.

Nagle nad ich głowami coś zatrzeszczało, zaskrzypiało i dał się słyszeć głęboki, chropowaty głos:

– Witaj, Ludo. Dawno cię u nas nie było. Jordan chciał sobie nawet gałąź uciąć, że wyprowadziliście się z rodziną na Mazury…

Ludo roześmiał się i przysiadł na gałęzi starego dębu.

– Niech lepiej Jordan już sobie niczego nie ucina, bo zostanie z niego goły pień – powiedział wesoło. – Po co miałbym się wyprowadzać z naszej pięknej wyspy?

Drzewo zaszumiało.

– Do nas też trafiają czasem plotki – wyjaśniło. – Podobno mieliście jakieś problemy z mewami…

– Dlatego właśnie są ze mną Arbuz i Pchełka – przerwał szybko kormoran.

Pchełka dygnęła przed starym dębem, a Arbuz zdjął rybacki kapelusik.

– Dzień dobry – powiedzieli chórem.

– Dzień dobry – odparł łagodnie dąb Kazimierz – miło was gościć w naszym Lednickim Parku Krajobrazowym. Mamy nadzieję, że spodoba wam się na wyspach. Nigdy nas tam nie było, ale Ludo opowiadał, że to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Oczywiście z wyjątkiem naszej alei.

– Jeju… – westchnął Arbuz – jeszcze nigdy nie gadałem z drzewem!

Dąb zatrząsł się nerwowo.

– Nie jestem drzewem. Jestem pomnikiem przyrody! W całym Lednickim Parku stoi nas koło czterdziestki. Ja nazywam się Kazimierz Odnowiciel na cześć wielkiego króla, a tam dalej rosną moi bracia dęby: Czcibor, Chrobry, Mieszko I, Mieszko II, Jordan i Otton. W Sławnie stoją przemiłe staruszki topole, Irenka i Tereska, a nad jeziorem Linie rośnie świerk Albin. Iglasty, ale całkiem sympatyczny. Wszyscy stoimy w tej ziemi od wielu setek lat. Pamiętamy czasy, w których nie było asfaltu, samochodów…

 

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Kazimierz niewzruszony snuł swój wywód, a Pchełka i Arbuz kiwali z uznaniem głowami. Arbuz raz dyskretnie ziewnął. W pewnej chwili Ludo przerwał dębowi.

– Kaziu, wybacz, musimy iść dalej.

Dąb zaskrzypiał smutno i odpowiedział:

– Wy, wielonożni i skrzydlaci, sekundy nie wysiedzicie w miejscu… ale rozumiem, Ludeczku. Mewy. Idźcie i pozdrówcie ode mnie Jordana, Czcibora, Chrobrego, Mieszka I, Mieszka II, Ottona, Tereskę, Irenkę i tego iglaka Albina, bo jest całkiem sympatyczny…

Kazimierz mówił i mówił, ale moi przyjaciele i kormoran byli już daleko.

Na północnym brzegu jeziora Lednica czekał na nich rower wodny.

– Chcecie po drodze zwiedzić pozostałe wyspy? – spytał Ludo.

– No pewnie! – zawołała świnka morska. – Woda to mój żywioł!

– To może trochę popedałujesz, marynarzu? – sapnęła Pchełka, która jako jedyna sięgała łapami do pedałów roweru.

– Wolę sterować – oznajmił Arbuz radośnie. – Prawo na burt! W lewo zwrot! Żagiel w górę! Hejaaa!

 

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Arbuz krzyczał, Pchełka pedałowała, a Ludo kołował nad nimi, aż dopłynęli do pierwszej wyspy. Niewielka wysepka w kształcie przypominała łopatkę do patelni. To właściwie były dwie wysepki, połączone wąskim paskiem lądu tuż pod powierzchnią wody. Rower wodny zacumował na maleńkiej piaszczystej plaży. Poza nią całą wyspę pokrywały drzewa i krzewy.

– Ale tutaj ślicznie! – zawołała Pchełka. – Jak się ta wyspa nazywa?

Kormoran pokręcił głową.

– Ona nie ma nazwy.

– Nie ma nazwy?! – krzyknął Arbuz. – Co takiego złego zrobiła, że zabraliście jej nazwę?!

– Nic – odparł Ludo. – Nigdy nie miała.

– Biedactwo! Taka piękna wysepka! Taka dobra, kochana! – biadolił Arbuz, głaszcząc wysepkę po trawie. – Nie martw się, znajdziemy ci wspaniałą nazwę i wszyscy ci będą zazdrościć.

– Naprawdę jest piękna – przyznała Pchełka.

– Tak. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem… Moja rodzina mieszka na innej wyspie. Tam was chciałem zabrać – wyjaśnił kormoran, po czym wszyscy wpakowali się na rower wodny (Arbuz trochę się ociągał) i popłynęli w dalszą drogę.

Słońce wciąż świeciło, po deszczowych chmurach nie pozostał ślad. Świeża wiosenna zieleń wręcz wylewała się do przejrzystych wód jeziora szmaragdową kaskadą. Pchełce przeszło przez myśl, że Arbuz miał rację, namawiając ją rano na wyprawę. Nie powiedziała tego jednak głośno. Rower wodny zbliżał się do kolejnej wyspy. Na środku jeziora, bliżej zachodniego brzegu leżała wysepka odrobinę większa od pierwszej. Być może dlatego zasłużyła na uroczą nazwę – Ledniczka. Wyglądem przypominała bezimienną koleżankę – porośnięta krzewami i drzewami. Kształtem mogła kojarzyć się z… kopniętym żelazkiem.

– Pięknie tutaj – stwierdził Arbuz. – Ale na tej biedaczce bez imienia było równie pięknie!

– I rzeczywiście jest bezludna. Jaka tu cisza… – rozmarzyła się Pchełka.

W tym samym momencie do uszu wszystkich dobiegł gwar ludzkich rozmów.

– Prom przybił do brzegu – wyjaśnił Ludo. – Na sąsiedniej wyspie, największej i najważniejszej na naszym jeziorze.

– Popłyńmy tam! – zawołał Arbuz, który wprost kochał towarzystwo.

 

Największa wyspa na jeziorze Lednica nazywa się Ostrów Lednicki. Dziś jest bezludna, choć mieści się na niej Muzeum Pierwszych Piastów i z tego powodu często odwiedzają ją goście.

Dawniej jednak mieszkali na niej ludzie. A gdy mówię „dawniej”, to znaczy bardzo, bardzo dawno temu. Pierwsze ślady ludzi osiedlonych na wyspie pochodzą aż z piątego wieku przed naszą erą! Czyli dwa i pół tysiąca lat temu, możecie to sobie wyobrazić?! Pierwsi mieszkańcy pozostawili po sobie skorupy naczyń, elementy chat i narzędzi. Wszystko to było głęboko zakopane w ziemi i nie tak dawno temu wydobyte przez archeologów. Wiele lat po pierwszych osadnikach, w dziesiątym wieku naszej ery, na Ostrowie Lednickim stanął gród. Gród, czyli zamek wraz z murami obronnymi i chatami poddanych. Takie grody mądrze było stawiać na jeziorze, bo woda stanowiła naturalną ochronę przed atakami wrogów.

Kormoran opowiadał moim przyjaciołom o tym wszystkim podczas niespiesznego spaceru po wyspie.

Arbuz jednak ma uczulenie na słowo „niespieszny”, dlatego już po chwili wyrwał się do przodu. Biegł przed siebie i pytał:

– Jeju! O jeju! To wszystko tutaj jest naprawdę taaakie stare? Ten kamień? Ma dwa i pół tysiąca lat?! To niesamowite! Ten znak? Ta barierka? Te kwiatki? Ja to jest możliwe?!

Pchełka parsknęła śmiechem, a potem wytłumaczyła śwince, że nie wszystko na wyspie musi być prastare, żeby sama wyspa pozostała niesamowita.

– No dobra, ale to na pewno jest prastare – zaperzył się Arbuz, wskazując na prostokątny kamienny otwór w ziemi. – Yyyy, a co to właściwie jest?

– To basen – odparł kormoran.

– To ma być basen? Taki mały? I bez wody? Nic dziwnego, że nikt tu nie łazi w kąpielówkach…

– To basen chrzcielny. Czyli miejsce, w którym najprawdopodobniej odbył się chrzest Polski. Znają je wszyscy.

– Ta dziura w ziemi jest taka ważna? – zdziwił się Arbuz.

– To tutaj legendarny Piast, książę Mieszko I zanurzył głowę w poświęconej wodzie – tłumaczył Ludo.

– Mieszko I, kolega Kazia, ten dąb? – dopytywał coraz bardziej zdziwiony Arbuz.

Pchełka poklepała przyjaciela po łaciatej główce.

– Jak chcesz, możemy potem zwiedzić całe Muzeum Piastów i odwiedzić dwa skanseny, które są tuż przy jeziorze, tam dowiemy się wszystkiego, czego nie rozumiemy – zaproponowała.

– To dobry pomysł – przytaknął Arbuz, który uwielbiał wszystko rozumieć.

Oczywiście świnki morskie nie mają obowiązku znać historii pierwszych Piastów i wiedzieć, kim był Mieszko I. Ale wy powinniście, zwłaszcza że to historia pełna tajemnic! Wiele z nich wciąż czeka na odkrycie, między innymi tutaj – na małej, bezludnej wyspie Ostrów Lednicki. Ale, ale! Wróćmy do moich przyjaciół. Właśnie chodzą po starym palatium.

– Co to jest palatium? – spytała Pchełka.

– To inaczej zamek, siedziba władcy – wyjaśnił kormoran. – Chodzimy teraz tymi samymi ścieżkami, którymi tysiąc lat temu przechadzał się Mieszko z Dąbrówką.

Arbuz aż zająknął się z wrażenia.

– To, to, to on, ten Mieszko, dotykał kiedyś tego kamienia? O tutaj? W tym samym miejscu?! – dopytywał, ostukując jeden z głazów.

– Z dużym prawdopodobieństwem – odparł Ludo.

 

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Arbuz i Pchełka, ilustracja Alicji Kocurek

Kormoran zamierzał właśnie opowiedzieć o zwyczajach panujących w grodzie, ale nagle dookoła zrobiło się głośno i pociemniało. Jakby wielka, łopocząca chmura przysłoniła słońce. Wszyscy spojrzeli w górę. Na niebie aż kłębiło się od czarnych kormoranów.

– Ludo! – krzyczały jeden przez drugiego. – Ludo, co mamy robić?! Mewy przegoniły nas z gniazd, Ludo, nie mamy gdzie mieszkać!

Stado kormoranów obsiadło mury palatium. Poruszone trzepotały skrzydłami, potrząsały głowami. Ludo wyglądał na wstrząśniętego.

– Mewy – wyjaśnił Pchełce i Arbuzowi – mieszkają z nami na Mewiej Wyspie.

– My już tam nie mieszkamy! – zaskrzeczał inny ptak. – Wygnano nas!

– Kiedyś na naszą wyspę ludzie mówili Wyspa Ptasia. Mieszkaliśmy tam wtedy w zgodzie – kormorany i mewy. Ale z czasem wszyscy zaczęli nazywać ją Wyspą Mewią, a mewy, no cóż, wzięły to sobie do serca. Robiło się ich coraz więcej i więcej, zasiedliły wszystkie drzewa, nam pozostawiwszy jedno – ostatnie. Aż do dziś…

– Co mamy robić, Ludo? – spytał młody, jeszcze nie do końca wypierzony kormoran.

– Nie wiem – Ludo rozłożył bezradnie skrzydła, a potem wskazał dziobem na moich przyjaciół – ale oni wiedzą.

Nie było czasu płynąć na Mewią Wyspę wodnym rowerem. Stado kormoranów bez najmniejszego wysiłku uniosło psa i świnkę morską w górę (Arbuz chyba pięćdziesiąt razy krzyknął: „Ja latam!”) i zaniosło na plażę. Z lotu ptaka Mewia Wyspa wyglądała jak kawałek pizzy, nawet przybrzeżny piasek przypominał brzeg z ciasta. Jeszcze z powietrza dało się słyszeć potworny wrzask – to mewy broniły swoich siedlisk. Rzeczywiście było ich bardzo, bardzo dużo, ledwo mieściły się na małej wysepce.

– Idźcie stąd! – skrzeczały. – To Mewia Wyspa! Nie ma już dla was miejsca!

– Byliśmy tu pierwsi! – zawołał jakiś kormoran.

– Ale nas jest więcej! – odwrzasnęła mewa.

I tak krzyczały na siebie, czarne kormorany i białe mewy, a Pchełka z Arbuzem zastanawiali się, jak rozwiązać ptasi problem.

– Mam! – szczeknęła nagle Pchełka, a wszystkie ptaki ucichły. Ptaki zwykle cichną, gdy się na nie szczeka. – Wyspa na północy!

– Ta bezimienna! – rozpromienił się Arbuz, który zdążył się domyślić, o co Pchełce chodzi. – Mamy dla niej doskonałą nazwę!

– To świetnie, ale jak to się ma do nas? – zapytał niewypierzony kormoran.

– Od dziś wysepka na północy nosi nazwę… Wyspa Kormoranów – powiedziała niezwykle uroczyście moja suczka.

 

Po chwilowej ciszy dały się słyszeć pełne aprobaty kłapnięcia dziobów i machnięcia skrzydeł. Zaraz potem nawet mewy wiwatowały, zachwalając nowy dom kormoranów, zadeklarowały także pomoc w przeniesieniu gniazd. Ludo odłączył się na chwilę od rozradowanego stada i wylądował przy Arbuzie i Pchełce.

– Że też sami na to nie wpadliśmy! – stwierdził zdziwiony.

– Czasami na najprostsze pomysły wpada się okrężną drogą – zauważyła Pchełka, a Arbuz dodał, jak na niego, nad wyraz roztropnie:

– Tak jak niezwykłe miejsca odkrywa się zupełnie przypadkiem. Dziękujemy, że pokazałeś nam wasze jezioro.

– I gród Piastów – dodała Pchełka.

– Właśnie! Mieliśmy jeszcze zwiedzić skansen! – przypomniał sobie Arbuz.

Ludo załopotał skrzydłami.

– Zaraz was tam odstawimy, lotem pierwszej klasy! Wiedzieliście, że w skansenie jest taka stara chata, która jako jedyna w Polsce została uznana za pomnik architektoniczno-przyrodniczy? W jej glinianych ścianach i we mchu na dachu gnieździ się kilkadziesiąt gatunków owadów! Na przykład pszczoły, które z tej gliny budują maleńkie kominki…

– Muszę je poznać! – Arbuz już pakował się na grzbiet kormorana – Dalej, Pchełko! Lecimy!

I polecieli. I ogromnie im się podobało. A wieczorem wrócili do domu, do mnie, szczęśliwi i zmęczeni, Pchełka z ubłoconym , a Arbuz z pustym brzuchem.

 

A ja obiecuję sobie, że też odwiedzę Lednicki Park Krajobrazowy, skanseny, Kazia, bezludne wyspy, kormorany i dotknę kamieni, których dawno, dawno temu dotykał pierwszy władca Polski Mieszko. Was też zachęcam – to tylko trzydzieści kilka kilometrów od Poznania!