fot. kadr z filmu Anny Kochnowicz Kann >12/12: projekt "12 wymiarów altówki"<

Cały rok z altówką

Projekt „12 wymiarów altówki”, którego pomysłodawcą jest wykładowca poznańskiej Akademii Muzycznej Marcin Murawski, to piękny przykład na żywotność muzyki współczesnej.

Opisując niedawno nową interpretację „Czterech pór roku” Antonio Vivaldiego, wspominałem o nawiązaniach do odgłosów przyrody, jakimi przepojony jest ten cykl. Rzecz jasna i po Rudym Księdzu wielu kompozytorów inspirowało się naturą, ale w naszych czasach nie jest to aż tak oczywiste źródło natchnienia. Zważywszy na to, przedsięwzięcie zainicjowane przez Marcina Murawskiego wydaje się tym ciekawsze.

 

Ceniony altowiolista zaprosił do współpracy sześć kompozytorek: Alinę Kubik, Ewę Fabiańską-Jelińską, Monikę Kędziorę, Agnieszkę Zdrojek-Suchodolską, Katarzynę Taborowską i Barbarę Kaszubę. Poprosił je o napisanie dwóch miniatur, każdej poświęconej jednemu miesiącowi.

Za kulisy całego projektu pozwala zajrzeć film Anny Kochnowicz-Kahn. Obserwujemy nie tylko próby i sesje nagraniowe, ale możemy dowiedzieć się także sporo o różnych strategiach kompozytorskich. Agnieszka Zdrojek-Suchodolska mówi o tym, że inspirację może stanowić coś zobaczonego, co podczas pisania utworu zostaje przetworzone, a w muzyce zawiera się zarówno nieokreślone wrażenie, jak i historia. Przyznaje też, że komponowanie na instrument solowy to pewne ograniczenie, ale i wyzwanie, które lubi. Podkreśla również znaczenie kontaktu z wykonawcą.

Jak zobaczymy, do kwestii roli wykonawcy i tego, ile do powiedzenia ma autor, można podchodzić różnie. Alina Kubik stwierdza, że po zakończeniu pisania dzieło żyje własnym życiem, a wykonawca tworzy nową jakość swoją interpretacją. Dodaje też, że dawno nie pisała na altówkę, być może nawet z 10 lat. Kompozytorka, która wybrała luty i lipiec, w swoich utworach inspirowała się codziennością.

Z kolei Barbara Kaszuba w utworach kwietniowym i czerwcowym zainspirowała się ptasimi śpiewami, które zresztą już w przeszłości włączała do swoich kompozycji. Ona także jest zdania, że twórca oddaje dzieło wykonawcy, choć zwraca przy tym uwagę, że również autor może się czegoś nauczyć, na przykład formy notacji muzycznej.

Katarzyna Taborowska, która zilustrowała maj i sierpień, odnosi się do sytuacji pandemicznego zamknięcia, obserwowania przyrody przez okno. Pisząc, myślała o tym, że w maju wszystko się budzi do życia, a sierpień to intensywne zapachy roślin. Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to przyznaje, że w kompozycjach solowych nie eksperymentuje pod względem sonorystyki, a taki utwór postrzega jako nośnik dla talentu osoby go interpretującej.

Dwie kompozytorki wybrały dwa następujące po sobie miesiące. Monika Kędziora, która oddała w dźwiękach wrzesień i październik, stwierdza nawet, że chciała stworzyć minicykl, ale bez wyraźnej narracji. Chodziło raczej o oddanie wrażeń, aury i specyfiki tych miesięcy: wrzesień to babie lato, przełom lata i jesieni, październik jest już surowy, stanowi zapowiedź zimy, jest też czasem refleksji. Jeśli chodzi o życie utworu po postawieniu ostatniej nuty, to kompozytorka zaznacza, że wykonawca ma zaangażować swoją wyobraźnię, należy mu dać do tego miejsce, by mógł wydobyć coś, z czego sobie nie zdawał sprawy autor. A potem jest przecież także i słuchacz, który może wydobyć coś jeszcze innego, bo piękno muzyki polega na niedopowiedzeniu.

Ewa Fabiańska-Jelińska w swoich utworach poświęconych listopadowi i grudniowi oddała się jesienno-zimowej melancholii. Te kompozycje, pisane właśnie w tych miesiącach, mają wymiar osobisty, są wynikiem doświadczenia i refleksji nad samotnością, nie tylko kompozytora i wykonawcy.

Pomysłodawca całego przedsięwzięcia, Marcin Murawski, przyznaje, że wzięło się ono z tęsknoty za tym, co odebrane, za przebywaniem na zewnątrz i obcowaniem z przyrodą. Podkreśla też różne podejścia kompozytorów, a także istotny z perspektywy wykonawczej fakt, że żyjących zawsze można dopytać o niuanse interpretacji. Zaznacza, jak dużo studenci wykonujący je dali od siebie, a są to przecież utwory niejednoznaczne, skondensowane, wymagające koncentracji i przyłożenia się.  Co do niektórych kompozycji, to Murawski od razu wiedział, kto będzie miał je zagrać, bo charakterologicznie harmonizowały z konkretnym studentem. Sam wykonał trzy kompozycje, a prócz studentów (Aleksandra Ruciak, Leik Shah Bukhari, Michalina Matias, Aleksandra Ciapa, Marianna Kalicka, Anna Utmańczyk, Jakub Karczewski) w projekt zaangażował się też Kamil Babka, były uczeń Murawskiego, obecnie wykładowca poznańskiej Akademii Muzycznej. Komentując projekt, dostrzega wyjątkowość sytuacji, w jakiej znajduje się pierwszy wykonawca, który nie ma możliwości wzorowania się na poprzednich interpretacjach.

 

 

Marcin Murawski, kard z filmu Anny Kochnowicz-Kann

Marcin Murawski, kard z filmu Anny Kochnowicz-Kann

To, co z jednej strony jest trudnością, może też okazać się zaletą, bo to oznacza przecież również brak ograniczeń i może zadziałać wyzwalająco, ośmielająco. Dobrze przygotowanym, przemyślanym i przeżytym prawykonaniem można zapisać się na trwałe w historii muzyki i samemu wyznaczyć pewien wzorzec dla przyszłych interpretatorów.

 

Co ważne w „12 wymiarach altówki”, to nie tylko twórczy dialog kompozytorek i wykonawców, mariaż wiedzy wypływającej z doświadczenia i energii młodości, ale także kompleksowość projektu: nakładem Acte Préalable ukazała się płyta, partytury wydała Akademia Muzyczna. To daje nadzieję, że utwory te będą żyły nadal i na stałe wejdą do obiegu, czego pierwsze oznaki już się pojawiły –  Aleksandra Ciapa, Marianna Kalicka, Aleksandra Ruciak, Anna Utmańczyk i Jakub Karczewski wykonywali je w czerwcu podczas egzaminów i recitali na macierzystej uczelni. Marcin Murawski ma w planach wykonania we wrześniu w Tallinnie i w październiku w Łodzi.