fot. materiały prasowe, serial "Mały topór"

Co oglądać? Podpowiadam

Na jakie filmowe i serialowe nowości warto zwrócić uwagę? Podpowiadam!

Święta, święta…


W związku z pandemią wiele filmów, które pierwotnie miały trafić do kin, gości na ekranach naszych komputerów i telewizorów. Taki los spotkał między innymi „Happiest season”, który wyreżyserowała Clea DuVall. To idealny tytuł, aby nastroić się przed nadchodzącą Gwiazdką.

 

„Happiest season” opowiada o Abby (w tej roli Kristen Stewart) i Harper (Mackenzie Davis), parze z kilkuletnim stażem. Ta pierwsza nienawidzi świąt, wszystko przez to, że kojarzą się jej z nieżyjącymi rodzicami i brakiem najbliższych.

Harper w przypływie uczuć proponuje, aby partnerka jechała z nią do jej rodzinnego domu. Chce przedstawić siostrom i rodzicom miłość swojego życia. Przez moment coroczna impreza urządzana na Gwiazdkę wydaje się Harper idealnym pomysłem. Abby zgadza się i nawet postanawia… poprosić dziewczynę o rękę w jeden ze świątecznych dni. Oczywiście, jak to w tego typu filmach bywa, nic nie idzie tak, jak miało. Bardzo szybko okazuje się, że Harper nie zrobiła jeszcze coming outu przed rodziną i przedstawia Abby jako osieroconą współlokatorkę.

 

materiały prasowe, serial "Happiest Season"

Aby nakręcić dobrą świąteczną komedię romantyczną trzeba nie lada wyczucia. Clea DuVall, niegdyś aktorka, teraz w dużej mierze reżyserka, ze znanych elementów stworzyła film świeży i przede wszystkim zabawny.

W dużej mierze za sprawą poruszanej tematyki. Społeczność LGBT+ w końcu dostaje sympatyczną produkcję z własną reprezentacją (okej – białą i uprzywilejowaną, ale od czegoś trzeba zacząć). Brawa należą się nie tylko reżyserce, ale też aktorkom i aktorom. Prócz świetnych Stewart i Davis na ekranie widzimy Mary Steenburgen, Victora Garbera, Alison Brie, Mary Holland, Dana Levy i Aubrey Plazę. Siłą filmu DuVall jest też uniwersalność tematu – miłość nie ma orientacji. Nie zdziwię się, jeśli za rok lub dwa „Happiest season” stanie się gwiazdkowym hitem. Koniecznie!

Z kamerą wśród nowojorczyków

 

materiały prasowe, serial "Dobre rady Johna Wilsona"

Jeżeli macie wolne dwadzieścia kilka minut, natychmiast włączcie HBO. Tyle trwa każdy z sześciu odcinków komediowego dokumentu „Dobre rady Johna Wilsona” („How to With John Wilson”). Chociaż ta klasyfikacja, „komediowy dokument”, nie oddaje w pełni, czym jest ten serial. To trochę odautorskie kolaże, trochę wycinki z Nowego Jorku (i miast, które Wilson odwiedza), okraszone komentarzem twórcy. Wyobraźcie sobie memy, np. ze śpiącym szczeniakiem z podpisem „Nienawidzę poniedziałków”, tyle tylko, że zamiast psa dostajemy intymne scenki z życia przypadkowo spotkanych przez Wilsona ludzi (też zwierząt, rzeczy…), które są przez niego opisywane lakonicznym głosem, a które wpisują się w większą całość, jaką jest temat konkretnego odcinka.

 

Wilson zastanawia się między innymi: „Jak prowadzić small talk?”, „Jak stworzyć rusztowanie?” czy „Jak podzielić rachunek w restauracji?” i szuka odpowiedzi w mieście.

materiały prasowe, serial "Dobre rady Johna Wilsona"

Krótkie, ironiczne i bardzo zabawne scenki służą mu do opowiedzenia większej całości. Warto zwrócić uwagę chociażby na ostatni odcinek, „Jak ugotować perfekcyjne risotto?”, w którym Wilson chce nauczyć się przygotowywać tytułowe danie dla starzejącej się właścicielki jego mieszkania i jednocześnie stara się rzucić palenie. Tak jak inne odcinki, „Jak ugotować perfekcyjne risotto?” pełen jest zwariowanych i bardzo śmiesznych fragmentów, które razem oddają temat przewodni. Twórca prosi obcego mężczyznę, aby nauczył go przyrządzać danie. Wyjeżdża w góry na narty, aby odwrócić uwagę od nikotynowego głodu, czy wreszcie szuka idealnej patelni, by przez przypadek ją podpalić.

 

W tym samym czasie, kiedy Wilson zrywa z nałogiem i usiłuje zrobić przyjemność bardzo opiekuńczej gospodyni, Nowy Jork nawiedza pierwsza fala COVID-19.

Co najbardziej chwyta za serce, to fakt, że początki epidemii (ogromne kolejki w sklepach, pustki na półkach, w końcu przymusowe kwarantanny) pokazane są nie jako historie z pierwszych stron gazet, tylko prywatne opowieści nakręcone gdzieś z boku, jakby podsłuchane. Pandemia zobrazowana w szóstym odcinku zmienia działanie miasta, co świetnie pokazuje zestawienie go z poprzednimi pięcioma. Takiego serialu w telewizji jeszcze nie było.

Londyn w reżyserii Steve’a McQueena

 

materiały prasowe, serial "Mały topór"

Steve McQueen to reżyser, którego możecie kojarzyć z filmów „Wstyd”, „Głód”, „Wdowy” czy oscarowego „Zniewolony. 12 Years a Slave”. Tym razem wraca z pięcioma około godzinnymi filmami zebranymi w antologii „Mały topór”, którą również możecie zobaczyć na HBO. Poszczególne – nazwijmy je umownie – odcinki pokazują życie i zmagania imigrantów z Indii Zachodnich w Londynie między 1969 a 1982 rokiem. W pierwszym reżyser pokazuje, jak karaibska społeczność gromadzi się w tytułowej knajpce „Mangrove”, która staje się substytutem domu, miejscem swobodnej wymiany myśli, dającym możliwość spotkania „swoich”.

 

To wreszcie opowieść o rasizmie w brytyjskiej policji, której biali funkcjonariusze pozostają bezkarni w nękaniu czarnej społeczności. Do czasu…


Z kolei drugi odcinek „Lovers Rock”, zdaje się zupełnie inny. To perfekcyjnie i przepięknie sfotografowana domówka, pełna młodych ludzi pląsających do rytmu hitów puszczanych z płyt gramofonowych. Takiej laurki dla przyjemności (!), która płynie z tańca i przebywania na imprezie nie widziałem w żadnym innym filmie czy serialu. Co łączy oba odcinki, to nie tylko czarna społeczność, ale też rasizm białych Brytyjczyków. W pierwszym jest on wszechogarniający. W „Lovers Rock” jest on na ulicy, niemal otacza dom, w którym wspomniana domówka się odbywa. McQueen daje nam jedną z najlepszych antologii w historii telewizji. Tego nie można przegapić!