fot. Mariusz Forecki

Cytadela w ogniu

Blisko osiem godzin muzyki, dwie sceny, dwanaście koncertów i bardzo dużo pozytywnych wibracji. Taka była pierwsza odsłona tegorocznej edycji festiwalu Męskie Granie. W sobotę w poznańskim Parku Cytadela zagrali m.in. Hey, Ørganek, Monika Brodka, Piotr Rogucki, Miuosh oraz Me And That Man. Koncerty rozpaliły emocje publiczności.

Na dobry początek wieczoru zaprezentował się warszawski duet XXANAXX. Choć naturalnym środowiskiem Klaudii Szafrańskiej i Michała Wasilewskiego jest przygaszone światło tanecznych klubów, to nawet w blasku słońca udało im się sprawnie wprowadzić imprezową atmosferę. Bardzo żywiołowe wykonania utworów z ubiegłorocznego albumu „FWRD” – zwłaszcza singlowego hitu „Pseudoephedrine” czy „Sweetly bitter” z oryginalnie zaaranżowanym refrenem – udowodniły dwie rzeczy. Po pierwsze, że ten projekt to wciąż jedno z najciekawszych zjawisk na polskiej scenie alternatywnego, elektronicznego popu. Po drugie, że nierockowe pozycje w programie Męskiego Grania to pomysł na piątkę.

Niestety, nie w każdym przypadku. Bo kiedy na scenie pojawił się PRO8L3M, to rzeczywiście zrobił się… problem. Nie odbieram dobrych intencji organizatorom festiwalu, jednak fakt, iż Oskar i Steez to obecnie najbardziej rozchwytywani reprezentanci stołecznego hip hopu, jeszcze nie czyni z nich dobrego materiału na gwiazdy MG. Panowie wyraźnie odstawali od reszty składu, co zresztą było widać po zobojętniałej widowni. Nie było w tym jednak ich winy. Po prostu skrajnie nowoczesne i brudne brzmienie, uliczny styl, nie wspominając już o suto okraszonych wulgaryzmami tekstach, nie mogły znaleźć specjalnego uznania wśród zagorzałych fanów twórczości reszty tegorocznych wykonawców. Można powiedzieć, że „Molly” i „Tori Black” trafiły pod niewłaściwy adres.

Zupełnie inaczej stało się z kompozycjami szarlatanów z zespołu Me And That Man, czyli Adama „Nergala” Darskiego z black metalowego Behemotha i Johna Portera. O ich wspólnej, trzeba przyznać, że dość zaskakującej współpracy, mówi się z uznaniem już od wiosny. Z chwilą wydania albumu „Songs of love and death”, panowie stali się ważną częścią krajowej sceny rocka, folku i country w czysto amerykańskim stylu. Papierkiem lakmusowym był jednak dopiero ich sobotni występ – co warto podkreślić, pierwszy zagrany w Polsce. „Panowie w czerni” świetnie zdali egzamin. Koncertowe wersje takich piosenek, jak stylowe „My church is black” czy przekornie słowiańskie „Better the devil know”, okraszone świetnymi, gitarowymi solówkami i klimatem rodem z najposępniejszych albumów Nicka Cave`a, były świetną rozgrzewką przed pierwszym daniem głównym.

Było nim muzyczne widowisko Obywatel GC 2.0, w ramach którego hołd Grzegorzowi Ciechowskiemu złożyła, jak się okazało, całkiem zgrana ekipa: Mela Koteluk, Błażej Król, Skubas i Krzysztof Zalewski. Wielkie szczęście, że za przygotowanie nowych wersji utworów z płyty „Tak! Tak!” odpowiadał Andrzej Smolik. Udało mu się napisać aranżacje charakteryzujące się sporą kreatywnością – a to cecha, z której lider Obywatel GC niewątpliwie słynął. Autorskie interpretacje jego piosenek, liczących prawie trzydzieści lat, pokazały zaproszonych artystów w nieco innym świetle. Zwłaszcza Melę Koteluk, która stała się bohaterką koncertu. Gdyby tylko Zalewski trochę mniej krzyczał, a Król nie mamrotał pod nosem…

 

Wrzawa pod sceną, w chwili pojawienia się na niej Tomasza Organka, nie pozostawiał wątpliwości, że spora część uczestników festiwalu przybyła do Parku Cytadela właśnie dla niego. Nikt nie mógł być zawiedziony, bo twórcy płyty „Czarna Madonna” pokazali, że rockowego pazura nikt im nie stępi. Kulminacyjnymi momentami ich wyjątkowo hałaśliwego występu były oczywiście „Mississippi w ogniu” oraz utwór tytułowy, jednak warto też odnotować ciekawe wykonanie „Wiosny” – o wiele szybsze niż w oryginale!

Miałem szczere obawy, co do koncertu grupy Hey. Z jednej strony, Katarzyna Nosowska nie od dziś jest jedną z twarzy Męskiego Grania. Z drugiej – zawartość ostatniego albumu „Błysk” dobrze oddał jego tytuł, gwiazda zamajaczyła na horyzoncie i spadła do morza. W wydaniu płytowym, choćby piosenka tytułowa (swoją drogą, ze świetnym teledyskiem) czy singlowe „2015”, nawet nie wybijają się ponad przeciętną. Ot, bezpieczny alt-rock dla prenumeratorów „Teraz Rocka”. Jednak zupełnie inaczej materiał prezentuje się na żywo. Może to dyskretna charyzma liderki zespołu, a może tylko czar starszych utworów, wtrąconych w setlistę. Wisienką na torcie był udział katowickiego rapera Miuosha, który wspólnie z Nosowską wykonał oniryczną piosenkę „Tramwaje i gwiazdy” z jego najnowszego krążka pt. „Pop”.

W finale sceną zawładnęła Męskie Granie Orkiestra, której skład mieliśmy okazję poznać za sprawą promocyjnego klipu do utworu „Nieboskłon”. Debiut tegorocznego „dream teamu” przed poznańską publicznością po części był ukłonem w stronę tutejszych gwiazd lat 80 – Małgorzata Ostrowska wykonała piosenkę „Gołębi puch” zespołu Lombard, zaś wspomniany już Miuosh, wspólnie z Piotrem Roguckim, pamiętne „Hi-Fi” Wandy i Bandy. A skoro już o wokaliście Comy mowa, to trzeba dodać, że artysta niemal skradł całe show, prezentując się w wersji… disco. „King Bruce Lee karate mistrz” Franka Kimono, w wykonaniu największego grafomana polskiej sceny, rozłożyło na łopatki. Monika Brodka śpiewająca „Tatę dilera” Kazika Na Żywo, Ørganek przypominający „Nie wierzę politykom” Tiltu czy wreszcie przebojowe „Lust for life” Iggy`ego Popa w interpretacji Keva Foxa, podniosły ogólną ocenę o kilka gwiazdek w górę.

Jednak Męskie Granie to nie tylko koncerty na dużej scenie, ale również występy na Scenie Ż. W tym roku prym na niej wiedli przede wszystkim delikatna i eteryczna Daria Zawiałow oraz zamykający imprezę Piotr Zioła, który przekonał, że świetnie nadaje się do tego, by w niedalekiej przyszłości wystąpić w ramach głównego programu. Jego dojrzały wokal, w połączeniu ze swingowymi brzmieniami lat 50. były znakomitym podsumowaniem MG.

Pierwsza odsłona festiwalu Męskie Granie 2017 odbyła się w sobotę 9 lipca o godz. 17 w poznańskim Parku Cytadela (al. Armii Poznań).

Podziel się kulturą!