fot. P. Kosicki

Dalej niż bliżej. Janusz Stolarski

"Monodram stał się momentem przełomowym" - z Januszem Stolarskim rozmawia Anna Kochnowicz-Kann - część I

Anna Kochnowicz-Kann: Ostatnio w Kaliszu zagrałeś „Ecce Homo”. To wciąż dla ciebie ważny spektakl?

Janusz Stolarski: Jestem z nim połowę swojego życia, więc coś to chyba znaczy. Nie zabiegam za bardzo, żeby go grać, ale są ludzie, którzy albo za nim zatęsknią, albo dowiedzą się o nim i chcą zobaczyć… Po ciszy, po oddechach na widowni, mniej więcej wiem, jaki jest odbiór i myślę, że jest to ciągle ważne dla wszystkich spotkanie.

 

AKK: A mija trzydzieści lat od premiery…

JS: Byłem wtedy młodym człowiekiem, ale wydaje mi się, że z Bogumiłem Gaudenem – on mi pomagał przy tym spektaklu – udało nam się zbudować strukturę, która nie potrzebuje zmian. W sensie ruchu, działań. No, może coś mniej intensywnie mogę dzisiaj zrobić, ale generalnie zostało to tak wymyślone, że od tych trzydziestu lat moim największym problemem jest przeprowadzenie siebie i publiczności przez tekst, przez świat Fryderyka Nietzschego. Nie potrzebuję nowych rozwiązań dla jakichś scen. Czasami się zastanawiam, czy umiałbym się pożegnać z tym monodramem i dochodzę do wniosku, że nie – tym bardziej, że przecież on jednak jakoś się zmienia, bo ja się zmieniam, bo zmienia się świat.

AKK: Właśnie o to chciałam zapytać: o kontekst, w jakim spektakl się dzieje. Nie da się go pominąć.

JS: Kiedy zacząłem pracować nad tym tekstem, był rok 1989. Do premiery doszło po dwóch latach. Czas transformacji. Coś, co wydawało się niemożliwe, okazywało się za chwilę całkiem – lub prawie – spełnione, więc miałem poczucie, że ten Fryderyk bardzo porządkuje mi świat.

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

 

Odzyskałem wiarę w to, że jeżeli w życiu człowiek zacznie szukać, chodzić, drążyć, to jest nadzieja, że może coś z tego dobrego wyniknie.

Poza tym to był też dla mnie czas mocno skomplikowany życiowo-artystycznie: po szkole teatralnej (PWST w Krakowie – przyp. AKK) znalazłem się, za namową Mirka Kocura, w Drugim Studiu Wrocławskim, ale po trzech latach nasza grupa została rozwiązana (w 1989 r. – przyp. AKK) i nagle zostałem… sam. Ten monodram stał się momentem przełomowym. Także dlatego, że udało mi się w nim przybliżyć do myślenia, że spektakl to jest przestrzeń wspólna: dla artysty i dla widza.

 

AKK: Teoretycznie to się wie „od zawsze”. Ale – jak rozumiem – tu chodziło o doświadczenie tej prawdy…

JS: Z tym spektaklem tego chyba doświadczyłem najmocniej.

AKK: Mówiliśmy o kontekście. O czym dzisiaj jest to przedstawienie? Bo na pewno brzmi inaczej niż pięć czy trzydzieści lat temu.

JS: Tego do końca nie wiem. Za każdym razem próbuję je pojąć od nowa. I tak mi się wydaje, że jeśli ja będę to robił, to i widz zechce ze mną pójść tą drogą. Nie chcę precyzować.

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

 

Bo co zamyka się w słowach, że… „najlepsza kuchnia to kuchnia piemoncka”? Że to jest o żywieniu? Albo, kiedy mówię, że trzeba się wyzbyć wszelkich nałogów? Przecież nie o to tu chodzi!

Jeżeli próbuję w różny sposób te myśli formułować, to mam poczucie, że ludzie na widowni rozważają razem ze mną to, co mówię. Ten spektakl jest namysłem nad człowiekiem, nad jego lepszym lub gorszym życiem. Ale jest i o tym, że zawsze trzeba mieć nadzieję, że nie wolno się poddawać.

 

AKK: Czasami trafia się na takie teksty, które za każdym ich czytaniem otwierają człowieka na coś innego. Często ci się zdarzały takie odkrycia? Teksty, których nie sposób porzucić?

JS: Ile ja już tych monodramów zrobiłem? Po „Ecce Homo” była „Zemsta czerwonych bucików”, „Grabarz królów”, „Orfeusz i Eurydyka”, „KOD”, „Hiob”… „KOD” jest spektaklem ruchowym, tam nic nie mówię, jest tylko muzyka Krzysia „Wiki” Nowikowa i Zbyszka Łowżyła, a pozostałe mają tekst. Każdy wybór umiałbym uzasadnić, powiedzieć, dlaczego akurat w tym momencie zająłem się tym tematem.

 

AKK: I one ciągle są…

JS: Teraz porządkuję „Hioba”, bo ma być pokazany w Niemczech, „KOD” za chwilę będzie w Nowej Soli… Tak, wszystkie ciągle są. Może nie mają takiej siły jak „Ecce Homo”, ich moc jest inna, ale do wszystkich, póki będę miał siłę i póki będę teatrem się zajmował, będę wracał. Nie mam poczucia, że walę w pusty, bezsensowny bęben, kiedy je gram – na widowni są ludzie, których to, o czym mówię, interesuje.

AKK: Po raz pierwszy widziałam ciebie na scenie w „Zemście czerwonych bucików”. To był rok 1995. Pamiętam swoje zdziwienie, że jesteś aktorem teatru repertuarowego; spektakl był grany w Teatrze Polskim w Poznaniu. Kompletnie do niego nie pasowałeś. Dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę, że te monodramy uporządkowały ci świat zawodowy, a cała wcześniejsza droga była „rozbiegiem”, łącznie z Drugim Studiem Wrocławskim, odnoszącym się do dokonań Grotowskiego. No, ale właśnie: Wrocław pojawił się po Krakowie, po studiach teatralnych. Skąd w ogóle pomysł na aktorstwo?

JS: Ja się urodziłem i wychowałem w niewielkiej miejscowości koło Stargardu. Moi rodzice mieli gospodarstwo. Nigdy nie myślałem, żeby być aktorem. Przed ludźmi występowałem jedynie jako… ministrant. Czytałem teksty. I wtedy odczuwałem pewien rodzaj satysfakcji, że oni na mnie nie tylko patrzą, ale i słuchają! To był taki jeden znaczący – jak o tym dzisiaj myślę – moment. Drugi? Pewnego dnia, jeszcze jako dzieciak, z jakiegoś powodu kupiłem „Życie Literackie”. Usiadłem pod drzewem, czytam tę gazetę i widzę ogłoszenie: nabór, Teatr Laboratorium, Wrocław.

 

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Pomyślałem: „może powinienem tam jechać?”. Oczywiście, nie miałem pojęcia, kto to Grotowski, co to Laboratorium. No, ale gdzieś się to w głowie odłożyło. Kolejny moment… Jestem już w szkole średniej w Stargardzie, w Technikum Rolniczym. Kółko teatralne zaczyna tam prowadzić kobieta, która wiele lat wcześniej ukończyła Studium Baduszkowej w Gdyni. Czytamy wiersze Norwida.

A ja czuję radość z tego, że mówię. Inną niż wcześniej. I ta pani mnie pyta: „I co, Jasiek, co teraz będziesz robił? Rolnictwem się zajmował?”, a ja – niewiele myśląc – odpowiadam: „Nie, nie! Idę do szkoły teatralnej”. I sam się na tym złapałem: „Co ja gadam?”.

 

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

AKK: Ale słowo się rzekło…

JS: No, właśnie. Obiecałem sobie jednak, że tylko raz spróbuję. W Krakowie, bo Warszawa nigdy mnie nie pociągała. No i pojechałem, i… się dostałem. I to był początek tego szczęścia. Fantastyczni ludzie – choćby Ewa Lassek, pani profesor Halina Gryglaszewska, Krzysiu Globisz, Edward Lubaszenko… Prof. Gryglaszewska zaproponowała, aby jej asystentem został Mirek Kocur, student pierwszego roku reżyserii. On był starszy od nas – po politechnice i roku przepracowanym gdzieś w Bieszczadach.

 

Piątka z mojej grupy chciała robić coś jeszcze poza szkolnym planem, zamykaliśmy się więc w sali i pracowaliśmy z Mirkiem. A on nam opowiadał o swoich doświadczeniach z Grotowskim. Tym sposobem wrócił do mojego życia dawny, zarzucony, pomysł, by znaleźć się w Laboratorium. Przyniósł mi to Kocur.

Okazało się, że mogę spokojnie zajmować się emocjami, kostiumami, rekwizytami i odkrywać, że jest coś ważniejszego: pusta przestrzeń i człowiek – ciało, fizyczność. Zdałem sobie sprawę, że PWST muszę skończyć jak najszybciej, a potem iść już w miejsce, gdzie będę mógł robić inny teatr.

AKK: I zaufałeś Kocurowi, poszedłeś za nim…

JS: Nigdy nikomu nie ufam do końca, bo każdy człowiek ma lepsze i gorsze momenty, ale on tyle dobrego opowiadał i robił, że z nim po prostu szedłem. Oferował nam fantastyczny świat nowych doświadczeń teatralnych. Wyobraź to sobie: na drugim roku pojechaliśmy na jakąś zapadłą wieś w Bieszczadach i tam robiliśmy spektakl o Jezabel, w którym obok nas występowała pani sklepowa i jeszcze parę osób, mieszkaliśmy w maleńkich pokoikach u sołtysa… Zdawać by się mogło, że to rodzaj szaleństwa. Ale to było fascynujące i odkrywcze! Kompletnie inne od tego, co mieliśmy w szkole.

 

AKK: Szkoła tolerowała takie eksperymenty? 

JS: Miałem bardzo mądrych nauczycieli. Prof. Gryglaszewska i Jerzy Goliński uznali, że nam to nie zaszkodzi i nie zburzy ich programów nauczania. Cenili Mirka, nie przeszkadzali mu. Ale – oczywiście – nie wszyscy za nami przepadali. Niektórym się nie podobało, że zamiast używać życia, pić drinki, zamykamy się gdzieś i ćwiczymy. W międzyczasie w życiu Mirka pojawił się Zbyszek Cynkutis, który wcześniej, z grupą swoich studentów z Łodzi, stworzył we Wrocławiu Drugie Studio, i zaproponował mu współpracę. On w to wszedł. A my z nim…

 

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Janusz Stolarski, fot. P. Kosicki

Znaliśmy to miejsce, jeszcze jako studenci bywaliśmy w Brzezince, by spokojnie pracować nad „Prometeuszem” Mirka. Dość szybko jednak ten teatr przestał mieć sens: ludzie zajmujący się nim od lat uważali go za „święte miejsce”, a nas zaczęto postrzegać jako ignorantów – słyszeliśmy coraz częściej, że to profanujemy, nie szanujemy tego, że wsiąkał tu pot Ryśka Cieślaka…

No i podjęto decyzję o likwidacji Studia.

 

Cdn…

 

JANUSZ STOLARSKI – aktor, reżyser, pedagog teatru. Ur. 2.09.1962 r. W 1986 r. ukończył PWST w Krakowie. Związany był Z Drugim Studiem Wrocławskim, Teatrem im. S. Żeromskiego w Kielcach, Teatrem Polskim w Poznaniu, Teatrem im. J. Kochanowskiego w Opolu, Teatrem Studio w Warszawie, Orbis Tertius Trzeci Teatr Lecha Raczaka, Teatrem Ósmego Dnia. Od 2008 roku pracuje z grupami zagrożonymi wykluczeniem, od 2015 prowadzi Teatr Pod Fontanną (w ramach Teatru Powszechnego CK Zamek w Poznaniu). Od 1991 roku realizuje monodramy.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0