fot. materiały prasowe, „Oni”

Dlaczego serial „Oni: Pakt” jest zły?

W 2017 roku reżyser Jordan Peele, promując swój debiutancki film „Uciekaj!”, powiedział w wywiadzie dla „New York Times”: „Społeczeństwo to najstraszniejszy potwór”.

Rasistowskie społeczeństwo tym bardziej. Peele nie był pierwszym twórcą, który w horrorze konfrontował się z pojęciem rasy, ale niewątpliwe jako pierwszy pokazał hipokryzję stwierdzenia, że w Ameryce, jak i innych „zachodnich” krajach, panuje rasowe równouprawnienie. „Uciekaj!” stało się modelowym przykładem tego, w jaki sposób dziś powinno kręcić się filmy i seriale o rasizmie.

Pierwsza część antologii horroru od Amazon Prime, serial „Oni: Pakt” – stworzony przez showrunnera Little Marvina i Lenę Waithe jako producentkę wykonawczą – garściami czerpie ze wspomnianego wyżej filmu. Blisko mu też do ubiegłorocznej propozycji HBO, „Krainy Lovecrafta”, która również portretuje napięcia rasowe w latach 50. w USA połączone z pozaziemskimi siłami.

O czym są „Oni”?

Serial „Oni” opowiada historię rodziny Emory, która w 1953 roku bierze udział w Wielkiej Migracji – opuszcza, jak wielu czarnych Amerykanów, Południe w obawie przed rasizmem rodem z praw Jima Crowa, w poszukiwaniu lepszej pracy i lepszego życia. Emory, po tragicznym wydarzeniu wzmiankowanym już w prologu, przeprowadzają się z Południowej Karoliny do słonecznego Los Angeles. Weteran wojenny Henry (grany przez Ashley Thomasa), właśnie dostał pracę w firmie inżynierskiej, jego żona i była nauczycielka Lucky (świetna Deborah Ayorinde) ma opiekować się domem i doglądać dwójki córek Ruby i Gracie (Shahadi Wright Joseph i Melody Hurd), które będą musiały również dostosować się do nowego życia.

 

serial “Oni”, fot. materiały prasowe

Dziesięć odcinków przedstawia dziesięć dni z życia głównych bohaterów_ek. Oczywiście nie ma mowy o gładkiej i bezproblemowej relokacji.

Gdy tylko ich samochód z doczepioną przyczepą parkuje na podjeździe domu w East Compton, biali mieszkańcy_ki osiedla przystępują do ataku. Grupa pod przewodnictwem najbardziej zaciekłej w boju Betty Wendell (Alison Pill) początkowo rozsiada się na chodniku przed domem Emorych, puszcza głośno muzykę i patrzy. W kolejnych odcinkach, kiedy te techniki „wykurzenia” niechcianych sąsiadów nie przyniosą rezultatów, będą posuwać się do coraz bardziej drastycznych czynów. Wszystko po to, aby chronić „przysługującego im od urodzenia prawa” jako białych do amerykańskiej ziemi.

 

Mało tego, rodzina Emory także wewnątrz własnego domu nie może czuć się bezpiecznie. Każdy z nich posiada swoją zjawę, która zagraża im właściwie na każdym kroku i która (powiedzmy) odzwierciedla pragnienie lub obawę poszczególnej postaci.

Na przykład nastolatka Ruby nawiedzana jest przez białą rówieśniczkę, która symbolizuje chęć posiadania białej skóry, by móc ukryć się przed złośliwym wzorkiem pozostałych uczniów i uczennic jej szkoły. Z kolei Henry’emu towarzyszy stepujący, ucharakteryzowany na czarną osobę (z ang. blackface), potworny mężczyzna z pozbawionymi źrenic oczami, który dopinguje go do krwawego odwetu na białych za niewolnictwo i rasizm. Pochodzenie i cel zjaw zostaje ujawniony dopiero w dwóch ostatnich odcinkach. Do tego czasu sprawiają wrażenie niepasujących i naprędce doklejonych do fabuły, by wzmocnić horror.

Nadużycia

serial “Oni”, fot. materiały prasowe

Chociaż słowa „horror” i „fabuła” to nadużycie. Little Marvin usiłuje przestraszyć widzów_ki na wszystkie możliwe sposoby – są jump scare’y, bardzo bliskie zbliżenia twarzy (przez co wydają się odrażające, zwłaszcza gdy są to twarze rasistów_ek i zjaw), gęsta atmosfera. Każdy odcinek jest tymi zabiegami przeładowany, jak gdyby twórca nie mógł się zdecydować, który straszak zastosować.

 

W konsekwencji po pewnym czasie są jak anestetyk u dentysty.

W „Onych” trudno również o fabułę, ponieważ tak naprawdę nie mamy pełnokrwistych bohaterów_ek. Wszyscy, biali i czarni, są jedynie kukiełkami będącymi albo celem, albo źródłem różnorodnych form rasistowskiej opresji. Przez wszystkie odcinki rasizm portretowany jest na wszystkie możliwe sposoby: są golliwogi (groteskowe lalki wyśmiewające czarnoskórych) wiszące na ganku Emorych niczym wisielce na szubienicy, wyzwiska (jest słowo na „N”, małpa,  czarnuch), przekleństwa, naciąganie na pożyczki, straszenie, nękanie, ciągłe patrzenie (jakby biali faktycznie nie mieli innych rzeczy do robienia niż nieustanne wślepianie się w osoby o innym kolorze skóry) i wreszcie przemoc fizyczna.

 

Biali obsesyjnie pragną zgnębić Emorych i pozostałych przedstawicieli innych ras. Rasizm podniesiony do ekstremum w każdej ze scen prowadzi, podobnie jak nagromadzenie straszaków z horroru, do znieczulenia na to, co oglądam na ekranie.

Co najlepiej widać w piątym odcinku, w którym poznajemy prawdziwą przyczynę wyprowadzki Emorych. Jeżeli w Kalifornii, gdzie rasizm miał być mniejszy niż na Południu, dzieją się tak demoniczne sceny, to co musiało się stać w Karolinie Południowej?

Pornografia przemocy

serial “Oni”, fot. materiały prasowe

Portretowanie rasizmu na różne sposoby, tym bardziej w wersji spoza tego świata, i wtykanie go w każdą ze scen odrealnia akcję. Dlatego serial wypada najlepiej wtedy, gdy portretuje codzienne życie: zmagania Henry’ego w pracy jako jedynego czarnego inżyniera, który jest poniżany przez niedowartościowanego przełożonego, spotkania Lucky z innymi czarnymi osobami, plotkowanie Betty z innymi białymi „perfekcyjnymi” żonami z przedmieść (sztuczne uśmiechy, samotność w wystawnych domach), nawet – choć to nie zawsze do końca udane – rasizm nastolatków skierowany do Ruby, wynikający nie tylko z uprzedzeń, ale też okrucieństwa dojrzewania.

 

Powszednia nienawiść boli i straszy najbardziej (przypomnijmy sobie wspomniany film „Uciekaj!”), bo jest znana, przyziemna, w żaden sposób nie ekstremalna, a już na pewno nie pochodzi nie z tego świata.

„Oni: Pakt” żywią się niekończącym się, niemal zapętlonym przedstawianiem rasizmu, co doprowadza do pornografii przemocy. Jednocześnie twórcy_czynie zdają się nie myśleć o niebiałych odbiorcach, którzy przecież stykają się z rasistowskimi wyzwiskami na co dzień. Dlatego też „Oni” to serial dla białych widzów_ek, którzy mogą westchnąć i stwierdzić: „Uff, nie jesteśmy tacy jak ci źli biali z telewizora”, co oczywiście równa się niebyciu rasistą_ką.

 

Jednocześnie serial nie wnosi nic nowego do dyskusji o rasizmie ani o byciu białym i czarnym w Stanach Zjednoczonych.

„Oni” powrócą z drugim sezonem z zupełnie nową historią i obsadą. Można mieć tylko nadzieję, że twórcy_czynie nauczą się na błędach pierwszej części antologii i dostaniemy bohaterów_ki z krwi i kości, a także fabułę, a nie pokaz cierpienia dla samego cierpienia.