fot. domena publiczna

Dumka na gniew i nadzieję

Chyba mało kto wierzył, że buńczuczne pohukiwania Władimira Putina i jego totumfackich znaczą więcej, niż prężenie muskułów słabeusza pozującego na zawadiakę. Wstrząs był tym większy, że wiek XX miał być okrutną lekcją na przyszłość.

W XXI stuleciu wcześniejsze szaleństwa miały być złym snem, dojmującym wspomnieniem. Choć dopadł nas koszmar, wstrząs wydobył z nas wielkie pokłady współczucia. Wyrażającego się nie tylko w symbolicznych gestach – ważnych oczywiście – protestów, flagowania barwami Ukrainy budynków, portali internetowych, własnych profili w mediach społecznościowych.

 

Równolegle z tym równie spontanicznie i aktywnie zaczęto pomagać uchodźcom, których z godziny na godzinę przybywało i wciąż przybywa.

Każdy z tych gestów ma polityczne znaczenie – bezpośrednie oddolne naciski i widzialny czyn solidarności. Włączanie się coraz to nowych ludzi w pomoc pokazuje to, co najlepsze we wspólnocie. Jej siła tkwi w niepotrzebującej zarządzeń, dyrektyw, regulaminów i procedur jasno ukierunkowanej aktywności.

Solidarność

Solidarność rozbudzona tragedią imponuje. Bez zachęt, spontanicznie i ofiarnie zaczęliśmy pomagać: staramy się zapewnić najpotrzebniejsze rzeczy, odzież, żywność i co najważniejsze chyba – poczucie bezpieczeństwa. Świadomość tego, co się dzieje w Ukrainie, wzmacniana medialnymi obrazami dramatu, wyzwoliła niezwykłą energię.

Nagle okazały się nieważne bieżące spory (choć są tacy, którzy nawet teraz wszędzie odnajdują efekt działań swoich wrogów politycznych), zryw setek, a może nawet tysięcy bezpośrednio zaangażowanych w niesienie pomocy i milionów udzielających jej pieniędzmi i darami przypomina karnawał Solidarności. Stawka jest inna, nie mniej ważna.

 

Jasno widać to, co nas łączy. To, co nas dzieli, jest nie mniej realne, ale winniśmy przy okazji zapytać, jak te podziały rozgrywać. Rodzi to nadzieję, że możemy stworzyć siebie jako wspólnotę na nowo.

Rodząc się nie z mitem smoleńskim, ale z opowieścią o solidarności z Ukraińcami. Niosą nas emocje o sile wywołującej podziw.

Emocje

Emocje jednak opadną. Muszą opaść. Każde przecież uczucie powszednieje. Nie tyle znika, co staje się codzienne. Nie wywołuje drżenia, bo już je znamy. Wówczas działania powodowane emocjami mogą tracić impet. By pomoc – wciąż potrzebna – działała nadal, trzeba czegoś innego. Gdy pierwsze strony gazet zajmie Roland Garros, festiwal w Opolu albo urodzone gdzieś dwugłowe cielę – a przecież w 2014 roku też tak się stało – gdy emocjom nie zostanie dostarczone paliwo, czeka nas znacznie trudniejsze zadanie.

 

Wytrwanie w powziętym zamiarze wymagać będzie siły, dla której emocje mogą być zarzewiem, nie paliwem.

Zabraknie też sił. Powszechną mobilizację w dużej mierze zwykłych ludzi bezinteresownie niosących pomoc ukraińskim sąsiadom wraz z przeciągającym się konfliktem będzie coraz trudniej utrzymać. Skończą się i możliwości fizyczne, i finansowe. Trzeba będzie wracać do zwykłych obowiązków. Od codzienności można wziąć wolne tylko na chwilę. Mobilizacja będzie potrzebowała organizacji.

Ten długi marsz, jak już zaczyna się to nazywać, wymaga postawienia sobie i innym szeregu pytań. Tym bardziej, że możemy pozostać z nimi sami – rząd nie ułatwia, a jedynie daje przestrzeń dla działań oddolnych (skwapliwie jednak przypisując sobie zasługę pomocy organizowanej faktycznie dzięki oddolnym wysiłkom). To i dużo – bo niedawny i trwający nadal kryzys na granicy z Białorusią i oficjalna narracja wokół niego pokazały postawę rządzących w kwestii uchodźczej i mało – bo perspektywie przekraczającej najbliższe dni konieczna jest ogólnopolska, systemowa koordynacja działań, do czego kompetencje i możliwości najrozleglejsze ma rząd właśnie.

 

Nawet jeśli wojna skończy się niedługo, nie wszyscy obecni uchodźcy będą chcieli wrócić.

Obawa powtórki może być zbyt duża. Co możemy im zaoferować? Wprawdzie terminal z opcją języka ukraińskiego to dzisiaj nie nowina, jednak idzie o coś więcej. Czy będziemy oczekiwali, że uchodźcy zawsze już będą wdzięczni za ratunek i przyjmą wszystko, dziękując, czy pozwolimy im mieć własne oczekiwania, aspiracje, wymagania? Czy uznamy w nich innych z wszelkimi dzielącymi nas różnicami, czy będziemy oczekiwali, że staną się nami? Domagając się pokoju – oczekując sankcji, stanowczych działań wobec reżimu Putina, czy godzimy się tym samym na koszty tych działań? Że ich konsekwencją będzie obniżenie standardu naszego życia? Czy godzimy się z tym, że wkrótce naszymi konkurentami w staraniach o pracę będą Ukraińcy?

Codzienność

Już niedługo gorączka opadnie i codzienność wyeksponuje wszelkie odmienności, napięcia, problemy, które dzisiaj maskuje nadzwyczajność sytuacji. Tak samo zwyczajne, jak wymagające odpowiedzi na pytanie, czy nasza żywiołowa pomoc będzie dopominała się – symbolicznej choćby – odpłaty w pokorze, uległości, zgodzie na małe? I wreszcie czy niedługo nie zaczniemy uchodźców obwiniać o to wszystko?
Czy z tym wszystkim sobie poradzimy, wytrwamy w solidarności i zaczniemy budować wspólny świat?

 

Już teraz widać, że demony mają lekki sen, może nie zasypiają nigdy. W kilkadziesiąt godzin po rozpoczęciu wojny i bieżeństwa zaczęły się pojawiać głosy o banderowcach wpuszczanych w nasze granice, wróciły echa Wołynia.

Do tego niektórzy zaczęli dzielić uchodźców wedle koloru skóry. Ci, którzy uciekając z Syrii, Afganistanu, Jemenu czy skądkolwiek, gdzie zagrożone było ich życie, znaleźli w Ukrainie azyl albo po prostu przyjechali tam studiować czy pracować, teraz – jak sami Ukraińcy – kolejny raz uciekają przed wojną. I już padają ofiarami zaczepek, oskarżeń i pomówień. Mają utrudniane przekraczanie granicy.

Oczywiście są trolle siejące dezinformację, by pogłębić kryzys, wzbudzać więcej lęku, rozbudzać podziały. Sprowadzić jednak do nich tylko wszystkie te zdarzenia to wierzyć w powszechny spisek. Zbyt łatwo uznać, że za wszystko zło odpowiadają oni, kimkolwiek by byli.

Tymczasem to wśród nas są tacy, co na przykład segregują uchodźców na lepszych, nowych, i gorszych – których należałoby wrócić na Ukrainę, pod kule?

Mogąc być dumni z okazywanej powszechnie i praktycznie żarliwej solidarności z Ukraińcami, nie możemy zapominać o tym, co nastąpi. Czy wojna potrwa jeszcze tydzień, czy będzie trwała dużo dłużej, nie unikniemy jej skutków. Oczekiwanych i nieoczekiwanych, chcianych i niechcianych. Obyśmy temu sprostali równie dzielnie.

Historia nie uczy nas niczego

Wydarzenia ostatnich dni pokazują bohaterstwo obrońców Ukrainy, wszystkich niosących im pomoc, a bezwzględność i okrucieństwo agresorów. Ale nie tylko. Okazało się, że historia nie uczy nas niczego. Gorycz tej konstatacji wzmaga jeszcze lęk. Jeśli trwa wojna, to czy wszystko, każdy jej przerażający wymiar się powtórzy? Jeśli nie my, ale jednak ktoś z nas do tego doprowadził, czy każdy inny mógłby to zrobić?

 

Twierdzenia bądź opinie, że Putin to szaleniec zamknięty w swoim bunkrze na Uralu bez kontaktu z rzeczywistością, dający upust obłędnym pomysłom, nie wystarczy.

Więcej, są otwartą drogą do zaciemnienia obrazu, do niemożliwości zrozumienia, a tym samym – do powtórzenia. Wciąż i wciąż. Tylko bardziej. Dopóki będą istnieli ludzie. Wieczny powrót to w tym momencie nie tylko filozoficzny koncept.

Żaden wiek nie będzie impregnowany na wojnę i inne nieszczęścia, które na siebie zsyłamy. Nawet najbardziej obłędne rozkazy tego czy innego satrapy muszą mieć swoich wykonawców. Tych, którzy im przyklaskują, widzą w nich korzyść dla siebie albo dla wyznawanej przez siebie idei. Bez nich wszystkie te rozkazy które wyprowadziły z baz żołnierzy, doprowadziły do pochodu śmierci, byłyby pustymi słowami.

Putin nie jest magiem zaklęciami przemieniającym wedle swojej woli rzeczywistość. Jego słowa nie mają mocy boskiego fiat.

Nietzsche z właściwą sobie pasją występował przeciwko wychowaniu historycznemu. Może miał rację – wciąż wskazując Hitlera, Stalina, Pol Pota jako odpowiedzialnych za niedawne tragedie, tracimy z oczu gorliwych wykonawców ich decyzji.

 

Wciąż ślepi jesteśmy na udział w tworzeniu historii anonimowych, ale sprawczych ludzi.

Ulegamy złudzeniu, że to jednostki – wybitne, przerastające innych współczesnych – wykreowały prawdziwą historię, a bezimienna reszta to jej nawóz. To takie łatwe – zbywamy się w ten sposób odpowiedzialności: mamy kogo podziwiać, marząc, by być na tym samym miejscu. To ukazuje obraz sytuacji. Dzisiaj zjednoczeni wobec jednego tyrana, gdy tylko zniknie, staniemy przeciw sobie – bo ulegniemy innemu. Różnice są wpisane w nasze życie. Kiedy występujemy przeciwko sobie, najchętniej słuchamy tego, kto przedstawi dobrą opowieść-usprawiedliwienie. Zasłonę, za którą można by się skryć.

 

Jednocześnie demonstracje, protesty, akcje społeczne ukazują drugą stronę – anonimowa wspólnota staje się siłą sprawczą.

Być może powoli wyłania się nowa forma demokracji: bez permanentnych referendów nad błahymi nawet kwestiami; niepodważająca legitymacji polityków, ale zaangażowana w kontrolę poczynań rządów i wywierająca skuteczny nacisk. To odwrotna strona populizmu żerującego na emocjach i wykorzystującego je dla własnych korzyści. To szansa na wsparcie się siłą rzeczywistego głosu wspólnoty w decyzjach.

Zmiana myślenia

Oczywiście oznacza to zmianę myślenia. Nie tylko polityków umizgujących się od wyborów do wyborów i karmiących ludzi obietnicami gruszek na wierzbie. Sami, jako niemający w swoim mniemaniu zbyt dużego wpływu na rzeczywistość, musimy uznać siebie za prawdziwych uczestników życia społecznego i politycznego.

W ostatnich sondażach ledwie kilka procent respondentów wybiera odpowiedź „nie wiem”, „nie mam zdania” na pytania o ostatnie zdarzenia i znaczenie podejmowanych działań. W sondażach diagnozujących bieżącą polską sytuację polityczną ten odsetek jest kilkakrotnie większy.

 

Nie polityka jest winna. Czynimy ją taką, jaka jest własną biernością, obojętnością, niechęcią zaangażowania.

Teraz mamy szansę zobaczyć, ile faktycznie możemy. Trudno mieć nadzieję, że zmiana dokona się skokowo. Można liczyć, że kolejny krok na tej drodze został postawiony.

Nie da się jednak przy tym wszystkim uniknąć skojarzeń z innymi wojnami i innymi problemami. Często pojawia się w komentarzach i wypowiedziach z ostatnich dni fraza tak o „groźbie nowej wojny światowej”, jak i o „jedności Zachodu”. Owa jedność faktycznie robi wrażenie – nie tylko przecież rządy nakładają sankcje na Rosję i Białoruś (czy zresztą jest jeszcze sens wyróżniać tę ostatnią, realnie podlegają bezwzględnie pierwszej?), również prywatne już firmy i korporacje zrywają współpracę z rosyjskimi partnerami, chociaż oznacza to wymierne straty finansowe, bo ten rynek jest wielki i zyskowny.

Czyżby społeczna odpowiedzialność biznesu także się iściła? Przywołane przed chwilą frazy, jeśli się w nie dobrze wsłuchać, brzmią jednocześnie oskarżycielsko. Są jak czynność pomyłkowa, mimowolnie ujawniająca to, co chcemy ukryć, co przemilczeć – nawet przed sobą.

 

Wojna światowa

Jeżeli teraz mielibyśmy stanąć wobec wojny światowej, to jak potraktować wojnę w Syrii, w Afganistanie, w innej części świata, gdzie także giną ludzie, żołnierze atakują cywilów? Konfliktem zbrojnym, operacją wojskową?

Czy te terminy – posiadające zapewne swoje definicje – nie są eufemizmami służącymi usprawiedliwieniu braku działań podobnych do dzisiejszych? Może ukrywają mniej jeszcze szlachetne pobudki – wojny poza Europą mogły być traktowane jako niezdolność mało w gruncie rzeczy ucywilizowanych społeczeństw do rozwiązywania konfliktów na drodze debaty, ale przy tym włączanie się w nie, deklarowane jako chęć mediacji i pomocy w rozładowaniu konfliktu, rzeczywiście było rozgrywką o wpływy.

Wojna gdzie indziej to lokalny konflikt, który wykorzystać można dla zwiększenia swoich sfer wpływów, uzyskania dostępu do źródeł surowców, otwarcia nowych rynków. To wywołuje wrażenie, że konflikty mocarstw znajdowały rozładowanie napięć poza ich granicami. Próba sił rozgrywała się na nie swoim gruncie.

 

Aleppo było sceną? Kabul ringiem?

Gdzie jedność Zachodu była wtedy? Gdy było wiadome, że Rosjanie wspierają reżim Baszszara al-Asada, że dostarczają mu broń wykorzystywaną do mordowania cywilów.

Czy dzisiaj zjednoczenie jest tak silne, bo rzecz rozgrywa się w samej Europie? Sama Europa czuje się zagrożona? Z drugiej strony, dlaczego te wydawałoby się marginalne (z czyjej perspektywy jednak?) konflikty nie miałyby nieść groźby wojny w wymiarze światowym?

 

Może tam się dzisiejsza wojna zaczęła? Nie w 2014 roku podczas aneksji Krymu, ale wcześniej. Tylko nikt tego nie docenił, nie dostrzegł możliwych zagrożeń. Bo to daleko. Gdzieś indziej.

W tym momencie nie można mieć wątpliwości co do podejmowanych działań. Nie można się wahać. W perspektywie jednak – po raz kolejny – stajemy wobec konieczności przemyślenia naszego sposobu patrzenia na innych. Czy uznajemy ich za mniej ważnych, ich problemy za poboczne, czy też z powagą – i wspólnie – uczestniczymy w jednym świecie na równych prawach?

Ta wojna, wywołane przez nią gniew i solidarność, jeśli nie mają się wypalić wraz z jej końcem, muszą skłonić do refleksji i nad tym.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
1
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0