fot. Maciej Kijko

Fetyszyści demokracji

Podczas inauguracji roku akademickiego na swej Alma Mater, minister Przemysław Czarnek wygłosił wykład dotyczący praworządności, która – jak słusznie zauważył – jest gorącym tematem dyskusji. Dotknął w nim także problemu demokracji wypowiadając zadziwiające słowa, że jest ona przez wielu fetyszyzowana. Co to miało znaczyć?

Znane jest stwierdzenie przypisywane Winstonowi Churchillowi głoszące, że demokracja jest najgorszym ustrojem, ale nie wymyślono lepszego. Jego paradoksalność oddaje nieusuwalną niedoskonałość wszelkich ludzkich urządzeń. Z pewnością demokracja ma szereg słabych punktów i chyba każdy mógłby mieć na ten temat sporo do powiedzenia.

 

Ciekawe byłoby porównanie takich ewentualnych opinii: czy pokrywałyby się ze sobą, czy nie?

W pierwszym przypadku byłoby to instruktywne dla możliwych projektów zmiany i ulepszenia tego ustroju. W drugim wszakże, byłoby jasnym wskazaniem na istotność demokratycznego projektu – który pozwala w jednej przestrzeni żyć osobom różnie patrzącym na świat, we wszystkich ograniczającym kompromisie.

Słabość czy wartość

To bywa pojmowane jako najbardziej dotkliwa słabość demokracji – w większości jej uczestnicy żywią przekonanie, że margines koncesji na rzecz innych jej uczestników, czyli rezygnacji z komfortu życia w wymarzonym świecie własnych przekonań i wartości, jest bardzo szeroki. Zbyt szeroki nawet. Uznają konieczność (wzajemną przecież) ograniczenia własnych roszczeń do kształtowania rzeczywistości społecznej według bliskich sobie wartości za dolegliwy warunek. Być może nierekompensowany zyskami z na takich zasadach funkcjonującej umowy społecznej.

Z rzadka chyba gotowi jesteśmy odwrócić sytuację i uznać to za rzeczywistą wartość demokracji. Najczęściej przecież wyobrażamy sobie siebie w pozycji wygranej, nie straty.

 

Tymczasem to, co wydaje nam się rezygnacją z własnych ideałów i wartości jest w istocie ich ochroną przed zbyt daleką ingerencją ze strony innych uczestników społecznego świata.

To jednak zrozumiałe – marzy nam się najbardziej komfortowa, własna, rzeczywistość, a niemożność jej zaistnienia w pełni, interpretowana jest jako mizeria świata i uwiera. To także jest częstym powodem traktowania różniących się w swych poglądach na życie i świat współobywateli jako wrogów: stanowią oni, wraz z wysuwanymi przez siebie roszczeniami, przeszkodę w urzeczywistnianiu doskonałego świata własnych marzeń.

Fetyszyści demokracji

Kimże bowiem są Czarnkowi fetyszyści demokracji? To wszyscy domagający się rzeczywistego trójpodziału władz. Transparentności i sprawowania kontroli nad każdą z nich dzięki niezależnym mediom. Neutralności światopoglądowej państwa. A nade wszystko odlegli odeń, gdy idzie o poglądy na temat rodziny, ról płciowych i norm seksualnych – temu minister Czarnek wielokrotnie dawał dobitny wyraz. Że ministrowi Czarnkowi nie w smak istnienie osób odmiennych zasadniczo od niego i że chciałby je zesłać w przestrzeń fauny ziemskiej, poza gatunek ludzki, albo i jeszcze dalej, to jedno.

 

rys. Maciej Kijko

rys. Maciej Kijko

Kiedy jednak wypowiada się jako minister nauki, występując przed społecznością uniwersytecką na przykład, sprawa nabiera innego ciężaru.

Z ekscesu obrazującego poziom refleksji raczej dyskwalifikujący do pełnienia funkcji publicznej, mamy znaczący głos w publicznej debacie nad instytucjonalnymi ramami naszego państwa. Tu nie można wzruszyć ramionami, trzeba te słowa wziąć z pełną powagą i próbować je zrozumieć.

 

Dyskusja, spór, negocjowanie zakresu wzajemnych ustępstw dla osiągnięcia zgody to czyni demokratyczny projekt wciąż żywym. Zmienia świat tak, by mógł być przestrzenią coraz lepszego życia dla coraz większej liczby ludzi. Uznanie, że jest tylko jedna racja – własna, podważanie zasadności osiągania kompromisu jest uznaniem, że gra społeczna jest grą o sumie zerowej – by ktoś mógł wygrać, przegrać musi ktoś. Tak jednak nie może być, wygranym po trochu musi być każdy.

Inaczej jesteśmy w przestrzeni darwinowskiej walki o byt – tak wyobrażać sobie społeczeństwo jest i strasznie niebezpieczne. I nie można powiedzieć, że „tak po prostu (naiwniaku) jest”. Wspólnotę sobie wyobrażamy i jest taka jaką ją ustanowimy. A lepiej chyba stworzyć świat dobry dla wielu, niż niewielu.

 

Określić demokrację fetyszem, znaczy poddać w wątpliwość fundament naszego społecznego świata. Fetyszyzowanie znaczy przecież otaczanie czegoś nadmiernym i irracjonalnym kultem. Negatywne konotacje tego określenia są wyraźne.

Co miałoby być remedium na to skrzywienie? Co byłoby racjonalnym podejściem do demokracji? Traktując słowa ministra Czarnka jako element szerszego obrazu, chodziłoby chyba o wolę polityczną. Jej winna być demokracja podporządkowana. Wybory? O ile zgodne z oczekiwaniami. Sprawiedliwość? O ile po właściwej stronie. Wolność? Dla tych, którzy do niej dojrzeli.

Gra w dupniaka

W tym jest kłopot: instytucje są ramą i granicą dla woli. Stąd chęć ich likwidacji. Dla dobrych zamiarów nie może być ograniczeń, bo się nie przedzierzgną w fakty. A dobra zmiana z samej nazwy ku dobru zdąża. Więc na tej drodze nie powinna napotykać przeszkód. Problemem jest tylko to, że niedoskonałość naszego najlepszego ze wszystkich światów oznacza często wyradzanie się najlepszych zamiarów w swoje przeciwieństwo.

 

Szczególnie narażone są na to te zamierzenia, którym patronuje wiara we własną nieomylność i dostęp do źródłowej prawdy. A te właściwości dobrze chyba oddają sposób myślenia ministra Czarnka.

Kiedy wie się, co jest dobre, a co złe, instytucje mogą tylko przeszkadzać. Urzeczywistnianie takich czy innych wartości ma pierwszeństwo nad wszystkimi społecznymi urządzeniami. 

To możliwe jest dzięki jednemu – władzy uzyskanej w demokratycznych wyborach. Perwersyjność gry w demokrację w wydaniu ministra Czarnka i jego formacji polega na stałym posługiwaniu się demokratyczną retoryką i frazeologią dla uzasadnienia działań zgoła nie demokratycznych.

 

rys. Maciej Kijko

rys. Maciej Kijko

To jakby gra w „dupniaka” z „Rejsu” – ci, którzy chcą grać według umówionych zasad muszą przegrać z hochsztaplerami.

Nie da się z nimi wgrać, bo nie przestrzegają reguł, choć twierdzą inaczej. W swojej wypowiedzi jednak o fetyszyzowaniu demokracji przez niektórych (szkoda , że nie wiadomo o kogo i co dokładnie chodzi) zrywa minister Czarnek zasłonę pozorów. Prawda musi zostać oznajmiona: demokracja była tylko środkiem na drodze do osiągnięcia celu, a teraz jest już niepotrzebna.

Nie ma niestety innej Ziemi, gdzie minister Czarnek, czy jego oponenci mogliby zamieszkać i realizować swoje utopie bez przeszkód i utyskiwań niezadowolonych.

 

Mamy tylko jeden świat. Nie należący do nikogo i będący własnością wszystkich.

W nim demokracja, choć nie idealna, daje szansę największej liczbie nas wszystkich, na życie po swojemu. Kto nie jest skłonny ograniczyć własnych roszczeń, wymagając tego od innych, podcina gałąź, na której siedzi. Kto nie dostrzega, bądź nie uznaje wartości demokracji i czyni wszystko, by ją zlikwidować, podpala lont bomby, w której wybuchu sam zginie.

To tylko słowa, słowa, słowa – stwierdzić mógłby Hamlet. Ze słów jest utkany nasz świat i słowa mają moc. Co prędzej, czy później musi się jasno okazać. Ale i wtedy wciąż będziemy mieli do dyspozycji ten jeden, jedyny świat. I minister Czarnek też chyba wolałby w nim żyć bezpiecznie, nie myśląc o sobie jako potencjalnym przegranym. Chyba, że uznaje siebie za urodzonego zwycięzcę, a ten przecież bierze wszystko…

Podziel się kulturą!