Słów kilka o wielkopolskim pszczelarstwie

Pierwsze tegoroczne miodobranie za nami! Miód wielokwiatowy i rzepakowy wybrany. Malownicze, intensywnie żółte pola są idealnym pożytkiem dla pszczół. I chociaż tegoroczna wiosna nie była dla owadów najłaskawsza, to jednak obecnie rodziny pszczele są silne i gotowe do kolejnych zbiorów.

W mojej rodzinie pszczoły były od zawsze. Z tego, co mi wiadomo, należę do czwartego pokolenia pszczelarzy. W pamięci mam babcię, która opiekowała się „Czwórką”, odziedziczonym zapewne po jej rodzicach a może i dziadkach, starym ulem, przypominającym domek z wielokrotnie przemalowywanym numerem „4” na przodzie. Przed ponad 30 laty mieliśmy 140 rodzin pszczelich, a miodobrania angażowały wielu członków rodziny przyjeżdzających do pomocy z wielu zakątków Wielkopolski.

Bez pszczół…

Wojskowy namiot pod lasem, żar lejący się z nieba, duszna atmosfera wnętrza namiotu, brzęk pszczół, gwar rozmów i szum miodu ściekającego po ściankach miodarki. Praca od świtu do późnego wieczoru. I tak kilka lub kilkanaście dni. Niezapomniane chwile!

Zbiory miodu rzepakowego, akacjowego i lipowego były prawdziwymi żniwami. Kilka lat później zostało tylko 20 rodzin, głównie ze względu na zatrucie pszczół opryskami oraz choroby. Dzisiaj pasiekę udało się odbudować.

Takich, jak nasza jest wiele. Zaobserwować jednak można pojawienie się swoistej mody na pszczoły. Kilkuulowe hodowle odnajdujemy już nie tylko pod lasami, przy polach i starych, wiejskich duktach leśnych, ale również w miastach, w przydomowych ogródkach.

 

Bez pszczół cywilizacja ludzka skazana jest na powolny upadek.

 

Pszczoły są najważniejszym zapylaczem, od którego zależy wiele gałęzi rolnictwa i gospodarki. Dlatego też należy się cieszyć z każdej pszczelej rodziny, która zwłaszcza w regionie tak wybitnie rolniczym, jak Wielkopolska, się pojawia.

Pszczoły w Wielkopolsce

Według spisu powszechnego z 1907 roku, w prowincji poznańskiej istniało 126.055 pni. Dla porównania w 1873 roku było ich 105.600. Z kolei w 1919 roku w Wielkopolsce hodowano 160.000 rodzin pszczelich. Wartość miodu z nich pozyskiwanego oceniano na 9600000 marek, wosku zaś 400000, co dawało kwotę 10 milionów marek, stanowiło zatem realny dochód gospodarki1. Według danych statystycznych za 2018 rok, w Polsce mieliśmy 1 633 355 rodzin pszczelich, a w 2020 – 1 650 000.

 

W 2019 roku w Wielkopolsce mieliśmy 121 924 rodzin pszczelich.

 

Przeciętna pasieka składała się z 22 pni. Liczba zarejestrowanych pszczelarzy wyniosła nieco ponad 74 000 osób. Jeżeli dodamy do nich amatorów, to ogólna liczba osób zajmujących się pszczołami mogła być szacowana na około 110 000 osób! W 2018 roku pozyskano 22,3 tys. ton miodu, rok później 18,1 tys. ton, a w 2020 zaledwie 12,7 tys. ton. Ów spadek związany był z niekorzystnymi warunkami pogodowymi i złym przezimowaniem pszczół.

 

Wiele polskich pasiek to rodzinna scheda, która nie jest nastawiona na „biznes”.

Wsparcie dla sektora pszczelarskiego – przez związki, czy dopłaty do działów specjalnych, jakimi są pszczoły – jest bardzo niskie, co powoduje, że sektor nie może w pełni rozwinąć się i przekształcić w zajęcie, mogące stanowić podstawowe źródło utrzymania.

Co gorsza – świetnej jakości polski miód, pozyskiwany w sposób tradycyjny z wielu miejsc, gdzie zanieczyszczenia są śladowe – nie ma szans by konkurować z miodem importowanym, głównie z Ukrainy, Chin, Rumunii czy Bułgarii, którego cena jest często o połowę niższa, aniżeli polskiego. Koszty utrzymania pasieki w Polsce są nadal wysokie, co przekłada się na mniejszą konkurencyjność cenową na rynku „płynnego złota”.

Łyżka (nie jedna) dziegciu w miodzie

Połyskujące krople miodu w niezaskelpionych komórkach, fot. Emilian Prałat

Połyskujące krople miodu w niezaskelpionych komórkach, fot. Emilian Prałat

Z perspektywy kilku ostatnich lat, zauważyć można trzy poważne i niestety nasilające się, problemy związane z hodowlą pszczół: ich choroby, opryski oraz szkodliwa konkurencja.

Dwoma najpoważniejszymi chorobami pszczół są warroza (Varroasis apium) i dwa warianty zgnilca amerykańskiego (Putrificatio polybacterica larvae apium i Histolysis infectiosa perniciosa larvae apium).

Warrozę wywołuje roztocze Varroa jacobsoni Oud. Przebiegająca początkowo bezobjawowo, po trzech latach doprowadza do śmierci całej pszczelej rodziny. Roztocza żywią się hemolimfą larw, a następnie składają w komórkach jaja, z których wykluwają się nowe osobniki niszczące larwy pszczół.

 

Choroba przywleczona została z Azji.

Istnieje kilka metod walki z warrozą – odymianie, opryskiwanie lub posypywanie ramek i owadów środkami leczniczymi. Warroza należy do powszechniejszych chorób pszczół.

Z kolei zgnilec amerykański (EFB) atakuje czerw pszczół, czyli larwy w niezasklepionych komórkach, powodując ich obumieranie. Za chorobę odpowiedzialny jest ziarniak Melissococcus plutonius. Atakuje on układ pokarmowy pszczelich larw rozmnażając się w jelitach owadów doprowadzając do ich śmierci.

 

Robotnice zauważając chorą larwę usuwają ją z ula.

W przypadku szybkiego rozwoju choroby, konieczne usunięcie i spalenie zaatakowanych plastrów, a najczęściej także ula. W niektórych przypadkach rodzinę pszczelą można uratować przenosząc zdrowe ramki do innego ula. W skrajnych konieczne jest spalenie całej rodziny.

Druga z odmian zgnilca – złośliwy (AFB), atakuje larwy w komórkach zasklepionych, również doprowadzając do ich śmierci. Zasklepy (cienka warstwa wosku zamykająca komórkę) stają się podziurkowane, ciemnieją i zapadają się. Z czasem obumarły czerw zmienia się w brunatnożółtą masę.

 

Robotnice komunikujące się ze sobą, fot. Emilian Prałat

Robotnice komunikujące się ze sobą, fot. Emilian Prałat

Zainfekowaną rodzinę można leczyć farmakologicznie, jednak jest to zadanie trudne i rzadko przynoszące efekty.

Co gorsza – obie odmiany zgnilca są wysoce zaraźliwe. Zainfekowane pszczoły przelatujące przez pasiekę mogą w bardzo szybkim czasie przenieść chorobę. Zgnilec jest chorobą zwalczaną z urzędu – po wykryciu ogniska przez służby weterynaryjne jest ono najczęściej niszczone (palone) – pszczoły, ramki, ule, narzędzia pszczelarskie… To nie tylko tragedia dla owadów, ale i dla pszczelarzy.

Choroba ta wiąże się z trzecim ze wspomnianych na wstępie problemów – niezdrową konkurencją. Na terenie powiatu kościańskiego, gdzie mamy rodzinna pasiekę, zaledwie w ciągu ostatnich dwóch lat zaobserwowaliśmy około 300 obcych uli, przywiezionych tutaj głównie z okolic Mosiny i Poznania, na pożytki rzepakowe i akacjowe.

 

W 2020 roku w jednej z takich „mobilnych pasiek”, która zlokalizowana została w Błociszewie koło Śremu, wykryto ognisko zgnilca.

Teren uznano za zapowietrzony i przeprowadzono kontrole we wszystkich pasiekach w regionie. Problemem jest przywożenie uli bez stosownych zezwoleń powiatowego lekarza weterynarii i zajmowanie miejsc, z których korzystali miejscowi pszczelarze. Przewożenie uli z miejsca na miejsce – w przypadku zarażenia zgnilcem – sprzyja infekowaniu kolejnych pasiek, a w konsekwencji może doprowadzić do zniszczenia ogromnej populacji pszczół, co z kolei skutkuje ogromnymi stratami chociażby w sadownictwie.

Ciągle istniejącym problemem jest nierespektowanie zakazów wykonywania oprysków rolniczych przed zachodem słońca.

 

Robotnice wracające do ula. W centrum widoczna jest pszczoła z kulką pyłku przytwierdzoną do odnóża, fot. Emilian Prałat

Robotnice wracające do ula. W centrum widoczna jest pszczoła z kulką pyłku przytwierdzoną do odnóża, fot. Emilian Prałat

Świadomość tego, iż pszczoły wracają do uli dopiero późnym wieczorem, cały dzień aktywnie przebywając na pożytkach, jest nadal zbyt słaba.

Wielu rolników mimo informacji i gróźb konsekwencji prawnych, wykonuje opryski w niedozwolonych porach, przyczyniają się do zabijania całych rodzin pszczelich.

To problem zwłaszcza w sadach, do których przywozi się na zapylanie od kilku do kilkudziesięciu rodzin pszczelich. Niestety i dzisiaj słychać co jakiś czas wiadomości o wybiciu całych pasiek przez opryski sadowników, którzy zapraszają pszczelarzy, a później przyczyniają się do tragedii.

Miodem i mlekiem płynąca przyszłość

Mimo wielu problemów, wielkopolscy pszczelarze mają się dobrze, a ta gałąź rolnictwa ciągle się rozwija. Rodzimi pszczelarze byli jednymi z pierwszych, którzy zaczęli się zrzeszać. W 1862 roku powstało Koło Pszczelnicze w Zbarzewie koło Wschowy, w 1870 roku Koło Pszczelarzy w Kościanie, w 1873 roku Towarzystwo Pszczelnicze w Skwierzynie nad Wartą, w 1874 roku Towarzystwo Pszczelnicze w Jutrosinie, w 1875 roku Koło Pszczelnicze Szamotulsko-Obornickie, w 1876 roku Towarzystwo Pszczelnicze w Inowrocławiu, w 1877 roku Towarzystwo Pszczelnicze w Zbąszyniu, w 1879 roku Towarzystwo Pszczelnicze w Lesznie, w 1901 roku Opalenicko-Bukowskie Towarzystwo Pszczelnicze.

 

Ramka pokryta czerwiem. fot. Emilian Prałat

Ramka pokryta czerwiem. fot. Emilian Prałat

To zaledwie kilka ważniejszych organizacji, które pokazują, że wielkopolskie pszczelarstwo stało nie tylko siłą pasiek, ale i towarzystw, które wspierały się w podnoszeniu kultury pszczelniczej.

Nie inaczej jest dzisiaj. Świadomość roli i znaczenia pszczół, oraz pozyskiwanych od nich produktów (miodu, pierzgi i pyłku, mleczka, propolisu, jadu), jest coraz większa.

Korzyści – także pozarolnicze – z obecności pszczół są niekwestionowane. Zainteresowanie zdrową żywnością, lekami i produktami kosmetycznymi z dodatkiem miodu stało się powszechne.

Zatem mamy duże szanse, by jeszcze bardziej wspierając wielkopolskie pszczelnictwo, czynić nasz region mlekiem i miodem płynący – i to dosłownie!

Kontrast