Intymność jako akt oporu
Opublikowano:
13 lutego 2026
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
„Praca nad tą płytą była okazją do pewnej rewizji utrwalonych w sztuce postaci kobiecych jako tych, na które się patrzy, które inspirują i zachwycają, ale nie zostały obdarzone głosem-słowem, by same mogły opowiedzieć swój los. Dla mnie albumowa Isolde – śpiewająca głównie bez słów, bo też nie chciałyśmy wkładać w jej usta naszej narracji – rozbija swoją mocą ścianę niewidzialności: kruszy lód, jest władczynią własnej opowieści” – mówią Yana Couto & OS.SO, poznański duet, który kilka miesięcy temu wydał swój pierwszy wspólny album „Isolde”.
Sebastian Gabryel: „Isolde” to bohaterka zawieszona między byciem „oglądaną” a „władczynią lodu”. Czy bliżej jej do maski, którą zakładamy wobec świata, czy raczej do wewnętrznego mechanizmu obronnego? I czy pracując nad tym albumem, miałyście poczucie, że to postać zupełnie fikcyjna, czy raczej zwierciadło – złożone z fragmentów waszych własnych doświadczeń i emocji, które trudno nazwać wprost?
Yana Couto: Isolde pojawiła się w naszych głowach jako fikcyjna postać, ale zdecydowanie odbijają się w niej nasze doświadczenia i emocje.
To, co było dla mnie w tym projekcie wyjątkowe, to właśnie aspekt autentyczności i poczucia bezpieczeństwa w procesie twórczym.
Siedząc w jednym pokoju czy studiu, nie musiałyśmy z OS.SO ani zakładać masek, ani bronić się przed byciem oglądanymi przez drugą osobę w procesie tworzenia, dlatego ta obserwacja ma więcej wspólnego z budowaniem świadomości siebie w relacji do innych, kruszeniem lodu, a przez to – stawaniem się silniejszymi.
OS.SO: Wymyślając postać Isolde, nie miałyśmy ambicji, żeby stworzyć czyjąś symboliczną reprezentację, ani też potrzeby, żeby ukrywać się za imieniem fikcyjnej postaci. To raczej efekt sklejania naszych emocji i doświadczeń w jedną całość, połączony z myśleniem o muzyce z tego albumu jako o opowieści składającej się z różnych wątków i odcieni. Isolde to nasza protagonistka – bohaterka powieści, w której wydarzenia układają się w wielobarwną całość.
SG: W tej muzyce bardzo wyraźna jest kategoria ciszy – mniej jako braku, a bardziej jako napięcia. Czy to właśnie cisza była punktem wyjścia do kompozycji, czy raczej pojawiła się jako efekt końcowy całego procesu?
Y.C.: Z mojej perspektywy był to punkt wyjścia. Formę muzyczną stopniowo nadbudowywałyśmy i kończyłyśmy prace wtedy, gdy czułyśmy, że proporcje między ciszą a muzyką są dla nas odpowiednie.
O.S.: Dla mnie cisza jest nieodłączną składową dźwięku – z niej się on zaczyna, na niej kończy, i właśnie to napięcie, utrzymywanie równowagi między tymi dwoma aspektami muzyki interesowało mnie w procesie komponowania albumu z Yaną.
SG: Mówicie o „dziwnej, intuicyjnej więzi”, która zawiązała się między wami niemal bez planu. Jak wyglądał podział ról w momentach, gdy wizje się rozmijały – jeśli w ogóle do takich sytuacji dochodziło? I czy praca nad „Isolde” zmieniła wasze myślenie o współpracy w duecie, w projektach, które wcześniej realizowałyście bardziej autonomicznie?
O.S.: Myślę, że bardzo miękki i niewymuszony styl naszej pracy w duecie wynikał z wzajemnej uważności na drugą osobę, ze stawiania na pierwszym miejscu muzyki, a nie własnego ego. Jeśli w studiu spotka się dwoje ludzi słuchających zarówno siebie, jak i samego materiału, uzyskanie tego rodzaju więzi przychodzi łatwo i nie wymaga uzgadniania. Na pewno nie z każdą osobą da się wejść w tego rodzaju kontakt.
Y.C.: Były momenty, kiedy rozważałyśmy dodawanie nowych warstw muzycznych albo przekazywałyśmy sobie szkice pomysłów.
Ważne wtedy było dla mnie zadanie pytania: „czy to jest spójne z naszą wizją na tego utworu lub albumu?” oraz zrozumienie perspektywy drugiej osoby i wpasowanie tych pomysłów w całość.
Obie musimy „czuć” jakieś rozwiązanie – i nie było forsowania idei siłą.
SG: Można powiedzieć, że jednym z duchowych patronów „Isoldy” jest Marina Abramović, a sam album stanowi wyobrażenie muzyki jako elementu wystawy czy performansu. Jak silnie myślicie obrazem podczas komponowania – i czy dźwięk częściej uruchamia wizję, czy odwrotnie?
Y.C.: Obraz – czy to w głowie, czy ten fizyczny – jest dla mnie dużą częścią procesu kompozycji. Czasami jest to kolor, impresja, coś bardziej abstrakcyjnego, a czasami cała scena czy historia. Na tym etapie czuję, że to działa w dwie strony – zarówno obraz uruchamia myśli muzyczne, jak i improwizowana muzyka uruchamia obrazy.
O.S.: Sztuki performatywne, teatr, film, taniec i literatura dla mnie również są ogromnym źródłem inspiracji i mocno pobudzają moją wyobraźnię. Piszę też scenariusze do teledysków towarzyszących mojej muzyce i reżyseruję je, dlatego trudno mi powiedzieć, która z form sztuki dominuje u mnie w tym procesie.
SG: Gdyby więc „Isolde” miała stać się ścieżką dźwiękową do filmu, byłby to raczej film o relacjach, o tożsamości czy o czasie?
Y.C.: Piękne pytanie! Intuicyjnie czuję, że byłby to psychologiczny film o tożsamości, być może zmieniającej się w czasie.
W albumie „Isolde” nasze utwory często nawiązują do motywów czasu i cykliczności („Morana”, „Echoes”), ale cały album ma też silny charakter introspekcyjny, który kojarzy mi się z podróżą w głąb emocji i wewnętrznych światów głównego bohatera.
O.S.: Wyobrażam sobie, że dzięki swojej wokalno-instrumentalnej formie „Isolde” mogłaby się odnaleźć w filmie, który nie operuje zbyt mocno słowem, ma oszczędne dialogi, długie ujęcia i chce pozostawić widza z poczuciem, że nie wszystkie niuanse ludzkiej natury da się opisać słowami. Z drugiej strony myślę, że jej ambientowy charakter równie dobrze sprawdziłby się w grze wideo z nutą tajemnicy w tle albo w filmie fantasy inspirowanym mitologią nordycką.
SG: Gdzieś w tle tego projektu pojawia się również Kieślowski i pytanie o przypadek. Czy dziś – już po ukończeniu albumu – macie poczucie, że „Isolde” była projektem w pewnym sensie nieuniknionym?
O.S.: To był piękny proces wynikający z chęci przebywania ze sobą i wspólnego tworzenia.
W tym sensie ta historia jest opowieścią o spotkaniu właściwych osób we właściwym czasie.
Ale wiem też, że obie z Yaną mamy w sobie cząstkę twardo stąpającą po ziemi – taką, która rzetelnie i systematycznie planuje oraz małymi krokami realizuje swoje pomysły. Bez tej konsekwencji – i tabelek w Excelu – ta płyta mogłaby się nie wydarzyć.
Y.C.: Jako romantyczka chcę wierzyć, że ten projekt był nieunikniony (śmiech). Z inną osobą, w innym czasie miałby zupełnie inną formę – te utwory zwyczajnie by nie powstały, bo były składową rozmów, spotkań, wspólnej pracy i dokańczania szkiców, wzajemnego inspirowania się. Jestem wdzięczna, że znalazłyśmy się na tej artystycznej drodze właśnie w tym momencie i że udało nam się stworzyć album razem.
SG: „Isolde” ma szeroki zasięg – od audycji w radiu KEXP po kampanię Spotify EQUAL i obecność na Times Square. Czy taka skala widzialności w jakikolwiek sposób wpływa na wasz wewnętrzny kompas artystyczny, czy pozostaje on wobec niej całkowicie obojętny?
O.S.: Nie wpływa na artystyczny kompas, ale daje wiatr w żagle – to wspaniałe, że nawet niekomercyjny, cichy projekt znajduje w natłoku muzycznych propozycji swoje grono odbiorców.
Y.C.: Takie sukcesy w pewnym sensie potwierdzają, że kierunek, który obrałyśmy, był właściwy i że istnieje szansa dotarcia z niszową muzyką do szerszych grup odbiorców na całym świecie.
SG: Czy odbiór tej płyty utwierdził was w przekonaniu, że lokalność – folk, słowiańskość, intymność – jest dziś faktycznie bardziej uniwersalna, niż mogłoby się wydawać?
Y.C.: Muzyka, która jest na styku różnych form i gatunków, czerpiąca z lokalnych źródeł, na pewno oferuje publiczności coś nowego, a jednocześnie personalnego i zakorzenionego w czymś większym. W dobie wysypu muzyki generatywnej czuję, że muzyka, która dba o intymność i relację z odbiorcą, będzie czymś, co się wyróżnia.
O.S.: Mam nadzieję, że muzyka, która nie krzyczy i daje przestrzeń do obcowania z dźwiękiem oraz historiami w intymny sposób, nie znika i jest nadal potrzebna – nawet w tym bardzo głośnym świecie.
SG: Na koniec chciałbym zapytać o romantyzm. Jak rozumiecie go dziś w muzyce, zwłaszcza w kontekście neoklasyki i polskiego folku, które często obciążone są silnymi, historycznymi i kulturowymi skojarzeniami?
Y.C.: Dla mnie romantyzm jest bardzo mocno definiowany przez emocjonalność, wyobraźnię i duchowość, które są mi bardzo bliskie i ważne zarówno w procesie twórczym, jak i w życiu.
Ideę romantyzmu możemy odkrywać na nowo także dzisiaj, przepuszczając ją przez własne doświadczenia i preferencje stylistyczne, jedynie czerpiąc z dorobku kulturowego w formie symbolicznej albo bawiąc się wybranym elementem.
W przypadku utworu „Quail” był to tekst ludowy, zapisany w książce Oskara Kolberga z dopiskiem „śpiewana na znaną melodię”, jednak bez zapisu nutowego. To właśnie tekst stał się punktem wyjścia do stworzenia nowej kompozycji – wykorzystującej słowa, ale z nową harmonią i melodią.
O.S.: Bardzo ciekawe i złożone pytanie – z mojego literaturoznawczego punktu widzenia wymagałoby co najmniej rocznego seminarium i rzetelnego pochylenia się nad tym zagadnieniem (śmiech).
Zawężając je do samej „Isolde”: dla mnie praca nad tą płytą była też okazją do pewnej rewizji utrwalonych w sztuce postaci kobiecych jako tych, na które się patrzy, które inspirują i zachwycają, ale nie zostały obdarzone głosem-słowem, by same mogły opowiedzieć swój los.
Dla mnie albumowa Isolde – śpiewająca głównie bez słów, bo też nie chciałyśmy wkładać w jej usta naszej narracji – rozbija swoją mocą ścianę niewidzialności: kruszy lód, jest władczynią własnej opowieści. Przedstawia ją na swoich zasadach, a my tylko wsłuchujemy się w jej głos.
*Yana Couto & OS.SO – poznański duet łączący neoklasyczną wrażliwość z polskim folkiem i filmową narracją. Yana Couto – pianistka, kompozytorka i producentka – tworzy muzykę dla projektów niezależnych, teatru i filmu, operując minimalizmem, leitmotivem i subtelną emocjonalnością. OS.SO – wokalistka i producentka – wnosi do wspólnego projektu delikatny głos i wyczucie dramaturgii. Ich album „Isolde” (2025) to intymna, cicha podróż oparta na pianinie, eterycznym wokalu i oszczędnej elektronice. To muzyka, która mówi emocją, nie słowem.








