fot. Zdjęcia: materiały wydawnictwa, materiały prasowe

James Hetfield: Człowiek z metalu

Czy „Człowiek z metalu. Szczegółowa biografia Jamesa Hetfielda” mówi nam o swoim bohaterze więcej niż wszystkie dotychczasowe publikacje? Niekoniecznie, co jednak wcale nie oznacza, że po książkę Marka Eglintona nie warto sięgnąć. Jeśli tylko nie potrafimy wymienić z pamięci numerów butów członków Metalliki, ta lektura może dostarczyć nam naprawdę wiele przyjemności.

Zapewne nie będę oryginalny, jeśli powiem, że moja przygoda z muzyką rozpoczęła się od Metalliki. Piracka kaseta magnetofonowa z kultowym albumem „Master Of Puppets” okazała się przepustką do fascynującego i tajemniczego świata, w którym szybko się odnalazłem – jednocześnie nic z niego nie rozumiejąc. Jako świeżo upieczony zerówkowicz nie mogłem. Wieczorynki raczej nie przygotowują do takich rzeczy. Jak pijane dziecko we mgle chłonąłem więc ciemną energię „Władcy marionetek” na swój własny, infantylny sposób. Magia płynąca z każdego z utworów była dla mnie przełomowym odkryciem, którego skala przerastała mnie jak Buka Małą Mi w serii o Muminkach.

Dziś „Master Of Puppets” to dla mnie nie tylko sentyment. W końcu to właśnie dzięki tej płycie po raz pierwszy sięgnąłem po słownik języka angielskiego, by w nieudolny, dosłowny sposób tłumaczyć teksty z książeczki. To również przez nią, zupełnie nieświadomie, nadepnąłem katechetce na odcisk. Ku mojemu zdziwieniu widok rzędów białych krzyży z okładki, której nadruk dumnie nosiłem na koszulce, nie spotkał się z jej aprobatą. Od tamtej pory thrash metalowy owoc smakował intensywniej – tym bardziej że stał się zakazany. Nie mnie jednemu.

RÓWNIA POCHYŁA?

Z pewnością znów nie będę oryginalny, jeśli powiem, że Metallica to przede wszystkim TA płyta. Przy całej – powszechnej, jak mniemam – sympatii do debiutanckiego „Kill’em All” i mimo wielkiego uznania dla kapitalnej roboty zespołu na „Czarnym Albumie” to właśnie materiał z „Master Of Puppets” nadał chłopakom status supergwiazd, zarówno muzyki heavy metalowej, jak i rozrywkowej w ogóle. To zadziwiające, co stało się z nim później – na „Load” i „Reload”, albumach będących ostatnimi podrygami „Mety” przed jej zapadnięciem w letarg, przerywanym jedynie kuriozalnym odcinaniem kuponów w postaci „S&M” i „Garage Inc.”.

Nie chciałbym opierać się na plotkach, jednak tajemnicą poliszynela jest, że to gitarzysta Kirk Hammett doprowadził do wyraźnego złagodzenia brzmienia ich utworów w połowie lat dziewięćdziesiątych. Perkusista Lars Ulrich zajął się zespołem od strony biznesowej (po części fundując mu czarny PR), basista James Newsted coraz częściej myślał o odejściu, podczas gdy wokalista i gitarzysta James Hetfield nie był przekonany do nowej koncepcji, o czym wspomniał niedawno w jednym z wywiadów.

ODBIĆ SIĘ OD DNA

Nie będzie przesadą powiedzieć, że Metallica zmartwychwstała dopiero niedawno, a tak naprawdę na ostatnim, wydanym dwa lata temu albumie „Hardwired… To Self-Destruct”.

Później było już tylko gorzej. Paraliż twórczy nie odstępował go na krok przez bardzo długi czas, co zresztą wymownie pokazał głośny dokument „Some Kind Of Monster” Joego Berlingera i Bruce’a Sinofsky’ego z 2004 roku. Nie będzie przesadą powiedzieć, że Metallica zmartwychwstała dopiero niedawno, a tak naprawdę na ostatnim, wydanym dwa lata temu albumie „Hardwired… To Self-Destruct”. Jednak bez względu na to, jak długo dźwigała się z kolan, jej twarzą zawsze był jej frontman – bohater najnowszej książki Marka Eglintona pt. „Człowiek z metalu. Szczegółowa biografia Jamesa Hetfielda”, wydanej przez Wydawnictwo In Rock z poznańskiego Czerwonaka.

Czy rzeczywiście książka mówi nam o swoim bohaterze więcej niż wszystkie dotychczasowe publikacje? Niekoniecznie, co – o dziwo! – wcale nie oznacza, że nie warto po nią sięgnąć. Jeśli tylko nie potrafimy wymienić z pamięci numerów butów członków zespołu, ta lektura może dostarczyć nam naprawdę wiele przyjemności. Nawet jeśli autor nie przedstawił życiorysu Hetfielda w tak drobiazgowy sposób, jak sugeruje jej tytuł…

ZASŁUCHANY W MOTÖRHEAD

Mark Eglinton, „Człowiek z metalu. Szczegółowa biografia Jamesa Hetfielda”, tłum. Robert Filipowski, Wydawnictwo In Rock, 2018

Wraz z każdą kolejną z ponad 250 stron „Człowiek z metalu” odsłania przed nami coraz sugestywniejszy obraz jednej z najważniejszych, a jednocześnie najjaskrawszych postaci w metalowym panteonie. W przypadku tej książki została przedstawiona przede wszystkim za pomocą wielu wymownych wywiadów z osobami mającymi duży wpływ na historię stuprocentowego artysty, u którego jednak muzyka nie zawsze stała na pierwszym miejscu. Co ważne, już na samym początku książka dobitnie ukazuje, jak wielki – i paradoksalnie korzystny – wpływ może wywrzeć presja rodziny na młodą, jeszcze nieukształtowaną jednostkę. W przypadku Jamesa Hetfielda, wychowanego przez pobożnych, bogobojnych rodziców, jej „efektem ubocznym” była buntownicza i poniekąd alienacyjna fascynacja legendami ciężkiego rocka, w rodzaju Black Sabbath czy Motörhead – zespołów będących dla niego tak samo ważną inspiracją, jak Mercyful Fate dla Larsa Ulricha.

„Pierwszy raz grałem trzeźwy, kiedy po prostu zapomniałem się napić. Cholera – pomyślałem – teraz gram lepiej!”

TRYUMF PO NIERÓWNEJ WALCE

A skoro już o nim mowa – ta pozycja to również czytelna prezentacja zawiłej relacji pomiędzy ojcami założycielami Metalliki, którzy choć zawsze grali do jednej bramki, to zwykle na zasadzie kontrastu postaw i osobowości. Choć Eglinton sporo miejsca poświęca na opisy kolejnych szczebli kariery Jamesa – warto przypomnieć, że rozpoczętej od debiutanckich nagrań i koncertów pod szyldem Obsession, Phantom Lord czy Leather Charm – to decyduje się też trochę poodkrywać kulisy jego prywatnej, nierównej walki z alkoholowym demonem, prowadzonej przez całe lata, od mityngu do mityngu. „Pierwszy raz grałem trzeźwy, kiedy po prostu zapomniałem się napić. Cholera – pomyślałem – teraz gram lepiej!” – wspominał niegdyś Hetfield z jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru, które aż bije po oczach, również z tej publikacji. Jej autor pochyla się nad frontmanem Metalliki na wiele różnych sposobów, pisząc „studium” jego przypadku w sposób nie tyle pietystyczny, ile teledyskowy. Można nawet powiedzieć, że styl prowadzonej przez niego narracji przypomina wiele klipów zespołu – przeskakujących agresywnie z jednej sceny na drugą. Czy to źle? Jak mawiają: na bezrybiu i rak ryba – zwłaszcza że bohater książki wciąż nie zdecydował się na napisanie autobiografii…