fot. Mariusz Forecki

Jesteśmy słodkie pampry

W przypadku „Wróć, zanim się ściemni” nakłanialiśmy do powrotu do dzieciństwa i odszukania w sobie wewnętrznego dziecka. Teraz, przy „W mroku”, mówimy otwarcie, że siła kojącego światła jest w nas i możemy się nią dzielić z innymi – mówi Anna Barczewska, wokalistka poznańskiego zespołu Ciabatta.

SEBASTIAN GABRYEL: Stolica Wielkopolski może pochwalić się wieloma tradycyjnymi specjałami. Należą do nich choćby rogal świętomarciński czy pyry z gzikiem, jednak od jakiegoś czasu można do nich zaliczyć także Ciabattę – niby włoski biały chleb, a jednak „muzyczny przysmak z Poznania”. Jak go przyrządzacie?

ANNA BARCZEWSKA: Trzeba go bardzo, ale to bardzo długo piec. W naszym przypadku to już prawie piętnaście lat. Oczywiście przygotowujemy go z najlepszych składników – trochę radości, trochę wyrozumiałości, sporo przyjaźni i dużo cukru, bo wszyscy jesteśmy słodkie pampry, tak po poznańsku. Trudno mi zliczyć, ile kilogramów czekolady zjadłam na próbach przez te wszystkie lata.

 

Ostatnio wpadła mi w ręce wasza nowa płyta. Powiedziałbym o niej, że to kawał solidnego, alternatywnego grania. Wy jednak swoją muzykę wolicie określać mianem „familijnego rocka”. Dlaczego?

Pytania o styl i gatunek są zawsze najtrudniejsze. Osobiście nie bardzo znam się na rozróżnianiu wszystkich tych odłamów muzycznych, chłopaki są w tym bardziej lotni. Naszą muzykę możemy określać jako alternatywną – alternatywę do wszystkiego innego, co słychać dookoła, ale ten nasz „familijny rock”, wymyślony przy okazji jednej z imprez, na której graliśmy, ma w sobie coś ciepłego i bliskiego. Ostatecznie zawsze powtarzam, że właściwie Ciabatta to po prostu Ciabatta.

 

Nie drażnią was porównania do Myslovitz albo Happysad?

Trudno nie być dzisiaj do kogoś porównywanym, więc dzielnie to znosimy. Chociaż takie opinie absolutnie nas nie drażnią. Ostatnio komuś wspomniałam, że czekam na moment, aż jakiś zespół usłyszy: „A wy gracie tak jak Ciabatta” – i to właśnie będzie miłe porównanie.

 

Co kryje się „W mroku”?

Tak naprawdę w tytułowym „W mroku” kryję się ja [śmiech]. Siedzę sobie na żółtym fotelu i czekam, aż ktoś zapali tę wielką żarówkę tuż nad moją głową i modlę się, żeby włosy mi się nie przypaliły. A całkiem poważnie, „W mroku” przewrotnie ukryliśmy wiele dobrego: melodię, przestrzeń, nadzieję i nasze „ciabattowe” ciepło.

Ciabatta – zespół poznański

Anna Barczewska, wokalistka zespołu Ciabatta. Fot. Mariusz Forecki

 

Przyznajecie, że płyta „W mroku” jest naturalną kontynuacją tego, co zawarliście na poprzednim albumie „Wróć, zanim się ściemni”. Myśląc o tytułach waszych płyt, przypomniałem sobie takie słowa, że muzyka jest jak latarnia – oświetla nam drogę, prowadzi na właściwie tory, daje poczucie bezpieczeństwa. Czy to również przesłanie Ciabatty – dawać ludziom ukojenie albo chociaż jakiś rodzaj wskazówek?

„W mroku”, ale też „Wróć, zanim się ściemni”, są albumami bardzo przemyślanymi, na których nie tylko wybór piosenek, ale też ich kolejność, okładka, tytuł mają znaczenie. Każdy z elementów ma skłonić odbiorcę do refleksji i odczytania myśli przewodniej.

W przypadku „Wróć, zanim się ściemni” nakłanialiśmy do powrotu do dzieciństwa i odszukania w sobie wewnętrznego dziecka. Teraz, przy „W mroku”, mówimy otwarcie, że siła kojącego światła jest w nas i możemy się nią dzielić z innymi.

Ciabatta – zespół poznański

Zespół Ciabatta, fot. Mariusz Forecki

Debiutowaliście prawie piętnaście lat temu. Jakie momenty waszej dotychczasowej działalności zaliczyłabyś do najważniejszych?

Przewrotnie mogłabym powiedzieć, że wszystkie momenty były najważniejsze. Nagraliśmy i wydaliśmy niejedną płytę, zagraliśmy wiele świetnych koncertów, a ostatnio nawet zobaczyliśmy okładkę „W mroku” w ścisłej sześćdziesiątce najlepszych okładek w plebiscycie Cover awArts 2019.

Po cichu jednak myślę, że ostatecznie najważniejsze jest to, że udało nam się dotrzeć całym i zdrowym do Poznania, wracając nad ranem z festiwalu w Gdyni; że mimo wielkiej ulewy i wody lejącej się na scenę udało nam się zagrać cały koncert promujący naszą epkę „Niespokój”; że nie obraziłam się na śmierć, jak wtedy, gdy podczas jednego z przeglądów muzycznych dostałam wyróżnienie za ładną spódnicę. Nic nas nie zabiło.

 

Wiem, że to banalne pytanie, ale jak to jest być jedyną dziewczyną w zespole? [śmiech]

Dobrze. I mówię to bez wahania. Chociaż czasem zastanawiam się, czy dla chłopaków jestem nadal dziewczyną, czy kumplem z zespołu. Noszę sprzęt, słucham męskich opowieści i nie donoszę żonom [śmiech].

Ciabatta – zespół poznański

Zespół Ciabatta, fot. Mariusz Forecki

 

Od dłuższego czasu jesteście związani z Broda Records. Co jest największą wartością tej małej, ale bardzo ciekawej wytwórni?

Z pewnością pełna swoboda artystyczna i współpraca na partnerskich, wręcz koleżeńskich warunkach. Nadal możemy działać w swoim stylu, a nasz ulubiony Brodacz te nasze działania wspiera.

 

Rozmawiamy w samym środku waszej ogólnopolskiej trasy koncertowej. Ciabatta najlepiej smakuje na gorąco, na żywo? [śmiech]

Ciabatta smakuje wybornie, a na koncertach jeszcze pięknie wygląda. Nie ma dwóch takich samych koncertów, bo każdy występ charakteryzuje się wyjątkową dla danego dnia i miejsca atmosferą. I dlatego zawsze zachęcam, żeby spotkać się z nami na żywo, a po koncercie chwilę pogadać.

Teraz dajemy sobie czas na odpoczynek i zimowy relaks, ale już od marca kolejne koncerty promujące „W mroku” – kolejne miasta i okazje do rozsmakowania się w Ciabattcie.