fot. materiały prasowe Bartka Milera

Kocham ludzi i jestem obywatelem świata

To trzy miesiące wytężonej pracy. Wiele zarwanych nocy. I multum stresu, głównie ze względu na ogromną ilość problemów czysto technicznych, związanych z moim sprzętem komputerowym. Ale przy tym również wielka satysfakcja. To był mój kwarantannowy cel – tak poznański multiinstrumentalista Bartek Miler opowiada o swoim międzynarodowym projekcie „If only I…”.

Sebastian Gabryel: Co czujesz, kiedy z perspektywy czasu myślisz o „If only I…”?

 

Bartek Miler*: Czuję dumę, że udało mi się zrealizować mój pomysł do końca. Staram się trochę ochłonąć, ale z tym zawsze jest ciężko (śmiech). Wynika to z faktu, że nigdy nie pracuję tylko nad jednym projektem muzycznym, każdego dnia mam coś muzycznego do zrobienia. Aktualnie najbardziej zależy mi, aby ten utwór dotarł do największego i szerokiego grona odbiorców, biorąc pod uwagę fakt, ile tak naprawdę znajduje się w tej kreacji różnych stylów. Do wyboru, do koloru (śmiech).

 

SG: Międzynarodowy projekt, w który udało ci się zaangażować tak wielu doskonałych muzyków, i to w tak trudnym i specyficznym czasie, to nie lada sztuka. Jak przebiegały prace nad całym tym przedsięwzięciem i co przede wszystkim warto o nim powiedzieć?

 

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

BM: To trzy miesiące wytężonej pracy. Wiele zarwanych nocy. I multum stresu, głównie ze względu na ogromną ilość problemów czysto technicznych, związanych z moim sprzętem komputerowym. Ale przy tym również wielka satysfakcja.

 

To był mój kwarantannowy cel. A ja, bez celów, które sam sobie narzucam, nie jestem w stanie prawidłowo funkcjonować (śmiech).

Wszystko zaczęło się od rozpisania głównej formy utworu, która była stale modyfikowana, ponieważ coraz większe grono muzyków, z różnych światów muzycznych i z różnych stron świata, chciało dołączyć do projektu. Drugi etap to stricte rzemieślnicza praca. Rozpisywanie nut, które zajęło lwią część czasu. A do tego konstruowanie np. wszelkich instrukcji dla artystów dotyczących konceptu i nagrań wideo (w tym jak nagrać swoją twarz – w filmie zostały użyte twarze wszystkich artystów), nagrań audio i temp metronomicznych. Następnie prawie trzy tygodnie spędziłem z moim przyjacielem montażystą nad przygotowaniem warstwy wizualnej utworu. Ostatnim etapem była praca nad reklamą i promocją dzieła. Od marca aż do czerwca żyłem tym projektem na sto procent.

 

SG: „If only I…” to fascynująca, dziesięciominutowa podróż, podczas której czeka nas wiele muzycznych zaskoczeń. Z jakich stylów składa się twoja recepta na – jak sam to nazywasz – „mieszankę wybuchową”?

 

BM: Zostało użytych dużo moich osobistych inspiracji, które towarzyszą mi od dziecka. Słucham bardzo różnej muzyki, od zawsze. Każdym stylem, jeśli jest dobrze zrealizowany, jestem w stanie się zafascynować. Inspirowałem się więc muzyką filmową, barokową, symfoniczną, elektroniczną, jazzem, funkiem, disco… Można dużo wymieniać. Największym wyzwaniem było dla mnie w jak najlepszy sposób połączyć wszystkie te brzmienia w jedną, spójną całość. Byłem świadomy, że podejmuję dość kontrowersyjne i odważne decyzje, ale jak to mówią – do odważnych świat należy! (śmiech)

 

SG:Z jakim przyjęciem spotkała się do tej pory wasza kompozycja?

 

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

BM: Naprawdę bardzo dobrym. Media w Polsce, nie tylko branżowe, jeszcze przed premierą z aprobatą nagłaśniały mój projekt, organizowały wywiady. Wśród słuchaczy utwór również zbiera pozytywne recenzje. Mówiąc o internecie i zasięgach, to przyznam szczerze, że aktualnie na moim kanale YouTube kompozycja ma prawie 5 tys. wyświetleń. To już coś, ale osobiście liczę na znacznie większą liczbę, szczególnie biorąc pod uwagę ilość pracy i szerokie grono zaangażowanych w to przedsięwzięcie artystów. Jestem jednak w pełni świadomy mechanizmów promocji w internecie.

 

Aby zaistnieć i trafić do większej liczby odbiorców, trzeba regularnie upubliczniać ciekawe i jakościowe materiały oraz potrafić je bardzo dobrze promować. A ja dopiero się tego uczę (śmiech). Niebawem planuję udostępnić utwór na platformach streamingowych, takich jak Spotify. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa! (śmiech)

 

SG: Wspomniałeś o teledysku. Podejrzewam, że w czasie epidemii jego realizacja musiała przysparzać trudności…

 

BM: Wszystkie moje muzyczno-internetowe kreacje zawsze były połączone z wideo. Dzisiaj odbiorca słucha oczami. Takie jest moje zdanie. Samo audio nie wystarcza, by przeciętnego słuchacza zatrzymać choć na parę chwil. W tym projekcie dostałem ponad 40 GB materiałów wideo od wszystkich artystów. Tak jak wspominałem wcześniej , stworzenie scenariusza i konceptu wideo, postprodukcja i montaż zajęły prawie trzy tygodnie, pracowaliśmy od rana do nocy – pomagał mi w tym mój montażysta Dawid Ratajczak. Sam nie byłbym w stanie sobie z tym poradzić.

 

SG: Porozmawiajmy trochę o tobie: kim bardziej się czujesz – Polakiem czy Francuzem?

 

BM: Przede wszystkim obywatelem świata. Kocham ludzi. I nigdy nie zrozumiem tego całego zła, które dzieje się na świecie. Widocznie jestem zbyt naiwny (śmiech). Do tego dużo podróżuję. Zakładam, że to właśnie dzięki zobaczeniu pokaźnego kawałka świata moje spojrzenie na życie jest bardzo otwarte i pozbawione sztywnych ram. A co do moich odczuć, to we Francji czuję się Polakiem, a w Polsce Francuzem! (śmiech) To tak trochę działa… Aktualnie jestem w Poznaniu. Może to jednak Polska jest mi ciut bliższa? Ciężko powiedzieć… Jednak z pewnością mogę stwierdzić, że sytuacja, która obecnie ma miejsce w naszym kraju jest dla mnie nie do przyjęcia i jestem nią wręcz załamany.

 

SG: A co czujesz, kiedy słyszysz, że jesteś polskim Jacobem Collierem? Takie rzeczy mile łechcą ego czy może raczej odbierają pokorę i lepiej ich nie słyszeć? (śmiech)

 

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

BM: Nie słyszę tego często – i bardzo dobrze! (śmiech) Już tłumaczę dlaczego. Wolę takich rzeczy nie słyszeć z bardzo prostego powodu. Śledzę twórczość Jacoba od jego pierwszych materiałów na YouTube i bez wahania mogę stwierdzić, że ten człowiek jest muzycznym arcygeniuszem. To Jan Sebastian Bach naszych czasów. Muzycznie ten artysta potrafi wszystko. Boję się – oczywiście w pozytywnym sensie (śmiech) – pomyśleć, co by się stało, gdyby Collier zabrał się do pisania np. symfonii. Wirtuozeria instrumentalna, harmoniczna, rytmiczna, umiejętności i skala wokalna oraz umiejętności produkcyjne – ten facet ma wszystko. Po drugie – jest niesamowicie wykształcony. No i do tego jego bujna wyobraźnia… Coś niesamowitego.

 

Jest dla mnie ogromną inspiracją, ale i równie często mnie denerwuje, bo… jest zdecydowanie za dobry! (śmiech)

A wracając do odpowiedzi na twoje pytanie, to ja po prostu czuję się przy nim baaardzo malutki i uważam, że takie porównanie jest nadużyciem. Zdaję sobie sprawę, skąd może się ono brać – fakt, jestem multiinstrumentalistą, ale Jacob potrafi grać na zdecydowanie większej ilości instrumentów niż ja. Choć z tego co wiem, to chyba nie gra na żadnym instrumencie dętym. Ha, mam go! (śmiech)

 

SG: No właśnie, zazwyczaj mówi się o tobie nie jako o perkusiście, ale właśnie multiinstrumentaliście. Skąd w tobie ta potrzeba muzycznej wszechstronności, wielozadaniowości? Z reguły taki model działania wymaga ogromnego doświadczenia. Nie chcę wypominać ci wieku, ale przecież masz zaledwie 28 lat! (śmiech)

 

BM: Mam zaledwie 28 lat, ale… Jacob ma bodajże 25, czuję się już stary! (śmiech) Faktycznie, ostatnio słowo „multiinstrumentalista” pada w moim kontekście coraz częściej. Choć muszę przypomnieć, że z wykształcenia jestem przede wszystkim perkusistą klasycznym, który przez dłuższy czas zajmował się recitalami solowymi i muzyką kameralną. Oczywiście nadal planuję to robić. Niestety, epidemia nie sprzyja artystom.

 

W tym roku będę bronić doktoratu – właśnie z perkusji – na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Planuję też udzielać się w tych murach od strony pedagogicznej. Bardzo lubię uczyć i zarażać ludzi muzyką!

A co do tej potrzeby wszechstronności, to myślę, że jest to związane wyłącznie z tym, że mam tak wielką pasję do muzyki. Wszystko chciałbym robić sam, ale Collierem nie jestem, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zapraszać genialnych artystów do współpracy (śmiech).

 

SG:Jakie projekty szykujesz dla nas w najbliższym czasie? „If only I…” to przystawka przed daniem głównym – studyjnym albumem?

 

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

Bartek Miler, fot. materiały prasowe Bartka Milera

BM: Najbliższy projekt, który będę kończył w tym roku, jest czymś kompletnie innym niż to, co przedstawiłem podczas kwarantanny. Jest to spektakl, godzinny monodram. Połączenie teatru, muzyki perkusyjnej (i nie tylko!), głosu oraz ścieżki elektronicznej w jedną historię. Sztuka zdecydowanie bardzo „awangardowa”. Zdaję sobie sprawę, że może być ona ciężka w odbiorze, z pewnością nie będzie to dzieło dla każdego odbiorcy. Spektakl nazwałem „Instrukcja obsługi” i pracuję nad nim już ponad 4 lata. W lutym tego roku nagrałem go w najbardziej profesjonalny sposób, na jaki było mnie stać. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku całość będzie do obejrzenia w sieci.

 

*Bartek Miler – multiinstrumentalista, związany z Poznaniem, choć urodzony w Paryżu w 1992 roku. Czynnie udziela się w środowisku artystycznym, bierze udział w koncertach, festiwalach, konkursach i przesłuchaniach jako solista, kameralista i muzyk orkiestrowy. Prowadzi również warsztaty i masterclassy na wyższych uczelniach muzycznych i w szkołach muzycznych drugiego stopnia na terenie Polski. Jego działania dotyczą także sfery naukowej – wygłasza referaty na różnych konferencjach muzycznych w celu propagowania sztuki perkusyjnej w Polsce i za granicą. Bartek Miler jest wszechstronnym artystą, praktykującym różne style i obracającym się w kontrastowych dziedzinach muzyki. Wykorzystuje swoje umiejętności gry na klarnecie, klarnecie basowym, fortepianie, perkusji klasycznej i rozrywkowej w różnych eksperymentach i projektach muzycznych.