fot. Unsplash

Legalizacja forsycji

Mam chyba dość nietypowe pojęcie o tym, jak należy realizować funkcję fatyczną w powszedniej rozmowie. Próbowałam i „Ale leje” albo „Dobra ta kawa” – nie przejdą mi przez gardło.

Nie mam natomiast problemu z podtrzymywaniem rozmowy za pomocą trochę tez, a trochę przestróg w rodzaju: „Absolutnie nie wolno popijać benzodiazepinu alkoholem, bo można zapaść w śpiączkę na pięćdziesiąt lat”. „Czy sądzisz, że to cię właśnie spotkało?”, raz na ileś okazji zapyta z troską rozmówca i już można przejść do funkcji języka ekspresywno-impresywnej, czyli wspólnego ustalania, co to jest rzeczywistość, kto się komu śni, jeśli jesteśmy częścią czyjejś projekcji, to dlaczego jego hologram jest ładniejszy niż mój i czy na pewno odliczamy czas we właściwą stronę.

 

Żeby sobie tak od serca pogadać, wcale nie trzeba podpierać się substancjami uznanymi za zakazane ani w niedozwolony sposób łączyć substancji teoretycznie legalnych – dobre pytania zmieniają świadomość równie skutecznie jak nieobojętne dla zdrowia chemiczne psychoaktywatory.

Jeśli chodzi o legalizację forsycji, wahałabym się, czy taki akt językowy jest bardziej performatywny czy magiczny, w odróżnieniu bowiem od autorów mema dostrzegam tu coś więcej niż tylko ludyczny aspekt tego dekretu. Jako poetka liryczna utożsamiam się troszkę z prezydentem: niektóre moje wiersze jako żywo przypominają, w procesie i w efekcie, akt legalizacji forsycji. W odróżnieniu od prezydenta jestem umiarkowanie memiczna i na taryfę ulgową dla tricksterów liczyć za bardzo nie mogę. Jedynym wyjściem jest nieposyłanie do druku tekstów, w których ogłaszam, że woda to życie, a potem jeszcze to zatwierdzam. Niestety, jestem pozbawiona pewnych naturalnych barier i nie zawsze potrafię się zatrzymać. Może kiedy już zostanę wolontariuszką sieci Tor i wszystko będę wysyłać potrójnie zaszyfrowane, te najbardziej oczywiste komunikaty jakimś cudem będą ulegały u adresata tylko częściowej deszyfracji, zachowując choć pozór odkrywczości i głębi. A może nie i jestem skazana na śmieszność, ale nie na zabawność.

 

Z drugiej strony potrzeba legalizowania wszystkiego nie musi być niczym złym, mam na co dzień do czynienia z osobą, dla której legalność – dóbr, zachowań, wyborów, programów komputerowych – jest ukrytą przed ludzkim okiem jak dół góry lodowej, o którą rozbił się Titanic – podstawą piramidy Masłowa.

mem „Legalizacja forsycji”

U mojego syna wyrażanie tej potrzeby pojawiło się wraz z dość nagłym rozwojem mowy: jedno z jego pierwszych pełnych zdań padło w któregoś sylwestra, gdy zbudzony fajerwerkami podszedł do okna i spytał surowo: „Czy dyrektor na to pozwolił?”. Trudna to była sytuacja, bo mam niechętny stosunek do okłamywania własnych dzieci, a od dwuipółlatka obudzonego w środku nocy ciężko było wydobyć, o którego dyrektora chodzi. Inna rzecz, że kiedy osiem lat po fajerwerkach oglądałam z tym samym legalistą „Deep Web”, czytany przez Keanu Reevesa (Neo, co nie?) dokument o aresztowaniu i skazaniu jednego z administratorów Silk Road (strony w darknecie, za pośrednictwem której handlowano narkotykami, bronią i ludźmi), legalista zapytał mnie, dlaczego właściwie narkotyki nie są legalne. Ciężko wskazać dobry powód, to jak pytanie o to, dlaczego wojny nielegalne nie są, a dziesięciolatek, który zbiera na prom kosmiczny z przyczepką, nie musi jeszcze wiedzieć, że ocena etyczna procederu zależy zazwyczaj od tego, kto na nim najwięcej zarabia.

Ale wróćmy do umiłowania prawa, nie tylko takiego, jakim jest. Legalizowanie aktywne to kolejny etap – korzystając z metafory miłości, można powiedzieć, że o ile prawo zastane kochamy w pozycji krabiej, to biorąc udział, choćby bezinteresownie i po pijaku, w jego stanowieniu, zmieniamy pozycję na rozszczepionego bambusa, nieco bardziej skomplikowaną, wymagającą większej sprawności, ale i dającą więcej przyjemności. Legalizowanie zaś rzeczy legalnych to najwyższa, moim zdaniem, forma uznania dla norm prawnych i dla uporządkowanego świata, i jest jak suszone mięso – lepsze niż seks.

 

Legalizowanie rzeczy legalnych – jak forsycja, autobus linii pięćset szesnaście, deszcz, chrześcijaństwo, bułka „Fantazja” z Lidla – to wyraz radosnej afirmacji, opowiedzenie się po stronie dobra, wysłanie światu i ludziom komunikatu „Jestem na tak i wcale się tego nie wstydzę”.

To dumne przyznanie, że pogodziło się z przeszłością, wytworzyło umiejętność życia tu i teraz a w przyszłość patrzy się z nadzieją, wynikającą z poczucia w sam raz wystarczającej sprawczości („Nie mogę sprawić, żeby spadochron się otworzył, skoro nie mam go na sobie, ale mogę swobodne spadanie bez spadochronu z wysokości trzech kilometrów nad ziemią zalegalizować”). Prezydencki mem z forsycją jest dla mnie emblematem takiego uszczęśliwiającego i dojrzałego stanowiska. Jestem prawie pewna, że prawdziwym przesłaniem, które prezydent Trump niesie światu, jest „Peace and love”. Peace zatem. And love! (Oczywiście zawsze w życiu, nigdy w wierszach).

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

CZYTAJ TAKŻE: Dlaczego mam problemy z zaufaniem?

CZYTAJ TAKŻE: Ile razy jeszcze zranisz mnie, mówiąc, że nie umiem prosto kroić chleba

CZYTAJ TAKŻE: Królowa elfów