fot. Inka Radomska

Ironizuję, żeby nie zwariować

Ostatnia książka poetycka Marcina Orlińskiego to po części kronika z życia wielkiego miasta, a trochę wyciąg paradoksów z polskiej codzienności. Ostrze ironii zderza się z melancholijną kondycją i silnym głosem o powszechności depresji. A wszystko to na pograniczu dwóch mediów: internetu i druku.

AGNIESZKA BUDNIK: „Środki doraźne” – twoja ostatnia książka poetycka – to zapis zmagania się z rzeczywistością, która atakuje ze wszystkich możliwych stron, przy czym słowo „atak” nie jest tu wcale na wyrost. Czyje tak naprawdę są to zmagania? Jednostki? Zbiorowości?

MARCIN ORLIŃSKI: W tym tomie wierszy podmiot mówiący jest jednostkowy, świadczy o tym nie tylko liczba gramatyczna, lecz także konstrukcja głównego bohatera. To bardzo konkretna postać: mężczyzna zmagający się z depresją, Polak niezadowolony z kraju, w którym żyje, neurotyczny poeta, ktoś, komu uwiera rzeczywistość. Jednocześnie mam nadzieję, że jego lęki i sposoby radzenia sobie z nimi mają rys uniwersalny.

 

Czyli punktem wyjścia jest życie codzienne?

W odniesieniu do moich wierszy lubię używać kategorii doświadczenia. To zresztą kwestia pewnego procesu czy raczej ewolucji języka poetyckiego, którym się posługuję. Dawniej – jeszcze w tomach „Parada drezyn” oraz „Drzazgi i śmiech” – doświadczenie było dla mnie tylko punktem wyjścia dla wiersza, który za sprawą wyobraźni zaczynał żyć własnym życiem. W ten sposób powstawały nieco surrealistyczne konstrukcje z rozchybotaną ontologią i mnóstwem metafor. W książkach „Zabiegi” i „Tętno” odszedłem od tej poetyki i teraz bardziej niż wyobraźnia liczy się dla mnie namysł nad rzeczywistością.

 

Czy zaburzenia psychiczne są tu rzeczywiście jednostką chorobową, czy raczej sposobem opowiadania, narracją, która najlepiej opisuje bliską ci rzeczywistość Warszawy?

Myślę, że oba odczytania są możliwe. O jednostce chorobowej świadczą konkretne utwory, choćby „Pierwszy wiersz o narkotykach”, w którym „ja” liryczne wymienia przyjmowane psychotropy. Ale zaburzenia, o których mowa, osadzone są w kontekście: bohater żyje w Polsce, a konkretnie w Warszawie, pracuje w korporacji, przygląda się działaniom osób i instytucji publicznych, krótko mówiąc: funkcjonuje w społeczno-politycznym uniwersum. Zaburzenia psychiczne pojawiają się tu więc nie tylko w warstwie opisu, lecz także jako składowa poetyki i istotny element opowieści.

No właśnie: codzienność „Środków doraźnych” to świat indywidualny, ale zbudowany z sytuacji i rekwizytów znanych nam wszystkich – przedświąteczny kipisz, seria nerwic związanych z pakowaniem prezentów, obrazki z Saskiej Kępy, smog nad Warszawą, nocne życie miasta czy niepozbawione cierpkiej ironii komentarze quasi-polityczne. Ale opowiadanym sytuacjom, poirytowaniu podmiotu, np. na społeczne żądanie Budapesztu, nie towarzyszy protest.

 

Ironia to ostatni bastion podmiotowości melancholijnej. Kiedy działania zawodzą lub podmiot nie jest do nich zdolny, pozostaje jeszcze to jedno: obśmianie rzeczywistości, wskazanie jej słabych punktów, odsłonięcie szwów.

Czy to brak protestu? A może to jedyna możliwa – w tej sytuacji – forma protestu? Nie wiem, pozostawiam tę kwestię otwartą. Jeśli ktoś żąda w Warszawie Budapesztu, wykorzystuję jego własną broń i postuluję, by w warszawskich kościołach zaprowadzić – oczywiście symbolicznie – Ateny, w kioskach – Amsterdam, w dyskotekach – Berlin, a w sypialniach – Rio de Janeiro. Przecież nie będę brał takiego tematu na poważnie.

 

Czy w literaturze, języku, a zwłaszcza w poezji, jest miejsce na zaangażowanie? Bo zdaje się, że niemożliwe jest wykroczenie właśnie poza tytułowe środki doraźne. Czy kategoria zaangażowania nie odeszła już do lamusa, nie stała się wydmuszką, kategorią narzucaną przez lewicową krytykę?

Istnieją konkretne narzędzia, które pozwalają mówić o literaturze zaangażowanej. To przenikanie do poezji niektórych tematów społecznych i politycznych. To osuwanie się języka wiersza w kierunku publicystyki, eseju czy tekstu polemicznego. To obecne na różnych poziomach tekstu odniesienia do społecznych praktyk językowych. A wreszcie – last but not least – wykrzyczenie jednostkowego lub zbiorowego sprzeciwu wobec społecznych mechanizmów opresji i wykluczenia, począwszy od działań państwa i wielkich korporacji, a skończywszy na ideologiach, które próbują człowieka sformatować. Jeśli chodzi o mnie, lubię czasem myśleć o sobie jak o poecie zaangażowanym, choć nie jest to na pewno tak duże zaangażowanie jak w przypadku Szczepana Kopyta czy Konrada Góry.

 

Czy poeta ma jakieś powinności?

Przede wszystkim powinien być dobrym poetą, czyli musi dbać o rzemiosło. Artystyczny wymiar pisania jest w tej dziedzinie najważniejszy. Wybór tematu jest sprawą drugorzędną – niezależnie od tego, czy wiersz opiewa łyżkę durszlakową i piec kaflowy, czy podejmuje temat równouprawnienia kobiet, czy zwraca się przeciw homofobii.

 

W poezji najważniejszy jest język. Innymi słowy, jeśli wiersz nie jest dobry pod względem artystycznym, to nie uratuje go żaden, choćby najbardziej wzniosły czy najważniejszy społecznie temat.

Oderwijmy się od powinności literatury i spróbujmy z innej perspektywy. Krytyka wskazywała na nadwrażliwość podmiotu „Środków doraźnych” – nie posuwałabym się tak daleko, myślałabym bardziej o niezwykle czułym rejestratorze, o obserwatorze, który jest jednocześnie jednostkowy, ale ma w sobie coś z każdego, kto skończył właśnie ośmiogodzinny dzień pracy. Czy uważasz, że jest możliwe wykroczenie poza sytuację zawieszenia, doraźnego uśmierzania bólu? A może dryfujemy w stronę melancholii? Braku, który nie boli, stanu zawieszenia, który jest nieprzekraczalny?

Tak, to oczywiście książka bardzo melancholijna. Melancholia i ból mają zresztą wiele wspólnego. Według Fernanda Pessoi, cytat przytaczam za Markiem Bieńczykiem, melancholia to właśnie owo „nic, które boli”. Ta perspektywa jest mi bliska. Smutek, przygnębienie, żałoba mają bardzo konkretne przyczyny – są stanami psychicznymi wywołanymi trudnymi okolicznościami życiowymi, niepowodzeniem, utratą itd. Mam wrażenie, że melancholia to podobny stan psychiczny, tyle że pozbawiony konkretnej, życiowej przyczyny. To chyba nawet coś więcej niż stan psychiczny – to kondycja podmiotu poznającego, naturalna reakcja – by tak górnolotnie rzec – na okrutną rzeczywistość.

 

Czy jakimś jasnym rozbłyskiem na tak ciemno malowanym tle codziennego dnia, sposobem na ułożenie się ze światem, nie jest wspomniana przez ciebie ironia, która przybiera formę postulatu? Wówczas podmiot tej książki byłby tricksterem, błaznem, wywrotowcem zaczajonym wewnątrz układu?

Ironia i autoironia to bardzo bliskie mi narzędzia, którymi chętnie obdarowuję konstruowane w książce „ja” liryczne. Ironizować, dobrze ironizować, można tylko wtedy, kiedy dokładnie zna się przedmiot ataku i ma się wobec niego dystans, na przykład kiedy potrafi się wskazać absurd jakiejś sytuacji, czyjeś wady, czyjąś głupotę.

 

Ironia działa podobnie jak żart – wyciąga na wierzch, obnaża, odbrązawia, ośmiesza.

Autoironia działa też terapeutycznie. Śmiejąc się z siebie, bohater dystansuje się wobec swoich wad, a przy okazji doraźnie odwraca swoją uwagę od grozy życia. Dlaczego więc ironizuję? Żeby nie zwariować.

 

Czy ironia może więc prowadzić do subwersji?

Z pewnością. Tak rozumiana postawa ironiczna polega – jak mi się wydaje – na zawieszeniu dotychczasowych sądów o rzeczywistości w celu ich przewartościowania. To nieustanny brak pewności co do prawdy o świecie, gra z podejmowanym tematem, gotowość odrzucenia takiego czy innego opisu. Bliska jest mi pod tym względem postawa ironistki opisywana przez Richarda Rorty’ego: w dzisiejszym świecie nie sposób stworzyć jednej metafizyki, która obejmowałaby wszystko i do której można by się stale odnosić. Co pozostaje podmiotowi? Kluczenie między narracjami, testowanie dyskursów, szukanie najbliższego języka i takich praktyk życia w zbiorowości, które będą dla procesu poznania najlepsze. A to niemożliwe bez dystansu i gotowości przekraczania granic.

 

Czy wobec tego te miniatury, które nierzadko obrazują polskie piekiełko, które da się znieść jedynie po zażyciu środków farmakologicznych, nie są trochę kampowe? Czy kamp jest jeszcze użyteczną kategorią?

Nie wiem. Nigdy nie myślałem o moich tekstach w kategorii kampu. Staram się grać konwencją, prowadzę dialog z różnymi tradycjami literackimi, a także z nieliterackimi tekstami kultury – choćby z wypowiedziami dziennikarzy czy polityków. To raczej tradycja „bruLionu”, późny modernizm w czasach późnego kapitalizmu.

 

Pozostając przy ironii i subwersywności – duża część twoich przemyśleń czy zalążków (choćby tematycznych) wierszy przewija się na twoim facebookowym profilu. Mowa tu i o memach, i o komentarzach, ale też o pracy w „Przekroju”, piśmie o specyficznym poczuciu humoru. Podobnie rzecz się ma z twoimi utworami – miejscami są szczególnie autotematyczne, mówią o sytuacjach, w których odechciewa ci się pisać, o tekstach, które miały powstać, ale nie powstały, a jednak nimi są, o życiu pisarza i związanych z nim śmiesznostkach.

Facebook traktuję jako jeszcze jedną platformę komunikacji ze znajomymi i z czytelnikami. Jeśli można publikować na blogu, to dlaczego nie w serwisie społecznościowym? Teksty, które tu zamieszczam, są specyficzne – to często scenki z życia codziennego, ale też ironiczne komentarze na temat polityki, mediów i społeczeństwa. Jeśli chodzi o „Przekrój”, kilka numerów temu stworzyłem satyryczną rubrykę „Gad zapił bezę”. To anagram tytułu kultowej książki Stanisława Barańczaka „Pegaz zdębiał”. W tych krótkich purnonsensowych tekstach nawiązuję do absurdalnych gatunków literackich wymyślonych – lub zapożyczonych od innych autorów – przez Mistrza i tworzę własne podgatunki. Na przykład w jesiennym numerze „Przekroju” czytelnicy będą mogli poznać trzy nowe podgatunki, wszystkie związane z postacią Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: gałczystych, gałczygrafioł i gałczygram. Jakoś znosi mnie ostatnio w stronę satyry i literatury podszytej językowym żartem. Ale w „Przekroju” zajmuję się też poważniejszymi rzeczami: prowadzę rubrykę poetycką „Wierszówka”, redaguję teksty, czytam teksty nadesłane, koresponduję z autorami, czasami coś tłumaczę.

 

Wracając do internetu, czy forma drukowanego tomu nadal jest nobilitacją dla pisarza lub dla poezji? Czy myślisz o zmianie medium? Przeniesieniu się tylko do sieci? A może jest to jakiś sposób podwójnego kodowania, „poszerzenia zasięgów”, gry z kilkoma mediami, różnymi grupami odbiorców?

Internet otwiera możliwości, zwiększa grono odbiorców. Korzystałem z tego medium wiele lat przed wydaniem pierwszej książki. Ale jeśli idzie o publikowanie wierszy, jestem jednak tradycjonalistą – wolę widzieć swoje utwory na papierze. Nie przeceniałbym też roli internetu w kształtowaniu literatury.

 

Poza kilkoma eksperymentami hipertekstualnymi zasadniczo poezja się nie zmieniła – w czasach Facebooka wciąż liczy się wiersz dobrze napisany, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z utworem klasycystycznym, czy awangardowym. Internet to tylko narzędzie.

Do tego wszystkiego dochodzi też kolejna płaszczyzna twoich poszukiwań – myślowych i twórczych – mechanika kwantowa i astrofizyka. Czego szukasz w języku nauki? Czy jest on komplementarny, przeciwny, poszerzający perspektywę wobec języka humanistyki?

Astrofizyka i fizyka kwantowa fascynowały mnie od liceum, a potem pojawiały się w moim życiu w różnych kontekstach, na przykład podczas studiów filozoficznych jako ważny punkt odniesienia dla filozofii – ontologii, epistemologii i logiki. Ustalenia fizyków w XX w. dotyczące natury świata, a zwłaszcza teoria względności i mechanika kwantowa, zmusiły filozofów do zrewidowania języka, którym się posługują. I zmieniły obraz rzeczywistości. W języku fizyki szukam więc tego, czego w języku psychologii i filozofii – czegoś, co uzupełni mój obraz świata i mnie samego w tym świecie.

 

Twoje wiersze tłumaczone były już na języki angielski, niemiecki, francuski, szwedzki, rosyjski, ukraiński, czeski i słoweński. Czy praca z tłumaczem zmienia sposób patrzenia na język, wiersz? Co daje ci takie doświadczenie? Czy jest w jakiś sposób pomocne? Co z recepcją twoich wierszy, które są mimo wszystko dość mocno osadzone w rodzimym kontekście?

Nie miałem okazji pracować jakoś blisko z moimi tłumaczami. Najczęściej dostawałem po prostu zestaw przełożonych tekstów. Niektóre tłumaczenia byłem w stanie przeczytać ze zrozumieniem – angielskie (Karen Kovacik), niemieckie (Doreen Daume) czy francuskie (Agnieszki Malinowskiej). Inne – czeskie (Jana Fabera) czy słoweńskie (Katarzyny Šalamun-Biedrzyckiej) – rozumiałem częściowo, na tyle, na ile Polak jest w stanie zrozumieć inne języki słowiańskie. Natomiast cyrylicy nie znam, więc pozostaje mi zaufać, że tłumaczenia rosyjskie (Tomasza Puchały) i ukraińskie (Andrija Lubki oraz Uliany Charpé) są równie dobre. W przekładzie tekst nieco się zmienia, ale dobry tłumacz potrafi zrekonstruować na gruncie drugiego języka sens tekstu czy grę językową. Dotychczas w zagranicznych czasopismach publikowano moje pojedyncze wiersze, ale marzy mi się wydanie za granicą całego zbioru.

 

MARCIN ORLIŃSKI (ur. 1980) – poeta, prozaik, krytyk literacki. Wydał tomy wierszy „Mumu humu” (Kraków 2006), „Parada drezyn” (Łódź 2010), „Drzazgi i śmiech” (Poznań 2010), „Tętno” (Łódź 2014), „Środki doraźne” (Poznań 2017), zbiór krótkich utworów prozatorskich „Zabiegi” (Poznań 2014) oraz książkę krytycznoliteracką „Płynne przejścia” (Mikołów 2011). Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Newsweeku”, „Tygodniku Powszechnym” i „Twórczości”. Obecnie pracuje jako redaktor działu „Kultura i Społeczeństwo” w kwartalniku „Przekrój”. Laureat Nagrody im. Adama Włodka (2016). Nominowany do Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego Orfeusz za tom „Środki doraźne” (2018). Jego wiersze były tłumaczone na języki angielski, niemiecki, francuski, szwedzki, rosyjski, ukraiński, czeski i słoweński. Mieszka i pracuje w Warszawie. Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl.

 

CZYTAJ TAKŻE: Świadomość własnej niewiedzy. Rozmowa z Urszulą Zajączkowską

CZYTAJ TAKŻE: Z hermetycznymi lubię gadać. Rozmowa z Natalią Malek

CZYTAJ TAKŻE: Ćwiczenia z uważności. Rozmowa z Małgorzatą Lebdą