fot. Mariusz Forecki

Męskie Granie w Poznaniu: Orkiestra naszych czasów

Wzorem dwóch poprzednich lat pierwszym przystankiem na trasie ogólnopolskiego festiwalu Męskie Granie była poznańska Cytadela. Pogoda dopisała, a jeszcze bardziej publiczność! Głównie za sprawą drużyny marzeń, która zagrała w iście wakacyjnej atmosferze.

Wielu krytykantów twierdzi, że Męskie Granie jest jak Open’er – też dla bananowej młodzieży, tyle że trochę starszej i częściej słuchającej Trójki niż playlist na Spotify. Sądzą, że w tych festiwalach chodzi nie tyle o muzykę, ile o pokazanie się znajomym na Facebooku, Instagramie, Snapchacie…

 

Kiedyś bawiono się z zapalniczkami uniesionymi do góry, dziś zastąpiły je świecące ekrany smartfonów.

To trochę krzywdzące, bo przecież wakacyjne imprezy zawsze rządziły się swoimi prawami – wzorem legendarnego Woodstocku jeździ się na nie również po to, by dać czemuś wyraz. Kiedyś bawiono się z zapalniczkami uniesionymi do góry, dziś zastąpiły je świecące ekrany smartfonów. Obrażeni na rzeczywistość będą zapierać się, że sprawa ma się zupełnie inaczej na festiwalach „opozycyjnych” – choćby na katowickim Offie Artura Rojka czy plażowym Audioriver w Płocku. Tymczasem ma się ona dokładnie tak samo: jest celebracja muzyki, ale jest też celebracja samego siebie. Jedyną różnicą są – jak w tym roku w przypadku Doliny Trzech Stawów – „alternatywni” (a więc w domyśle „lepsi”) Ariel Pink i Grizzly Bear na dużej scenie. Tyle że na ich tle selfie wciąż będzie selfie…

SPOSÓB NA SŁAWOMIRA

Nie zapominajmy, że komercyjny pop czy rock – o ile tylko stoi na odpowiednim poziomie – również jest potrzebny, a nawet może być pożyteczny. Choćby w boju ze znów szalejącą zarazą wciąż odradzającego się disco polo, tym razem wdzierającego się już nie tylko na festyny i Dni Pieczarki (jak było to w latach dziewięćdziesiątych), ale i na szeroko pojęte muzyczne salony.

 

Ze Sławomirem trzeba walczyć raczej melodiami Dawida Podsiadły niż ogłuszającym wrzaskiem Nihila z Furii – modnej, ale tylko w „kręgach”.

Dawid Podsiadło

O tym, że taka strategia jest gwarantem sukcesu, można było przekonać się właśnie podczas pierwszej odsłony tegorocznego Męskiego Grania, które znów przyciągnęło tłumy poznaniaków. Warto przypomnieć, że w tym roku bilety na festiwal rozeszły się w rekordowym tempie, bo w ciągu zaledwie dwudziestu minut. Czy warto było się tak śpieszyć? Z pewnością, co udowodnił już pierwszy z zaplanowanych występów.

BYŁO SŁONECZNIE, POGODNO…

Festiwal rozpoczął się od koncertu zmartwychwstającej grupy Pogodno, która w ubiegłym roku wydała swój pierwszy po sześciu latach album „Sokiści chcą miłości”. Materiał na żywo zabrzmiał, jak należy, rozgrzewając publiczność solidną porcją wysokokalorycznego alt rocka. Nieodparty urok wiecznie uśmiechniętego Jacka „Budynia” Szymkiewicza podziałał na widownię jak magnes – mimo że ludzie dopiero zbierali się pod sceną, w powietrzu można już było wyczuć atmosferę święta. Tym bardziej że chłopakom towarzyszyli Skubas i Krzysztof Zalewski – nie od dziś to jedne z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Męskiego Grania. Godzinę później scenę przejął Piotr Rogucki z zespołem Coma, by zaprezentować swoje największe przeboje, w towarzystwie Patryka Pietrzaka z Ted Nemeth. I choć brzmieniowo łodzianie świetnie wpisali się w stylistykę imprezy, to ze względu na grafomańskie teksty zaprezentowanych piosenek oraz ich dość pozerskie wykonawstwo myślami było się przy nadchodzącym występie braci Waglewskich.

GŁÓD SCENY

Poznańska edycja festiwalu Męskie Granie 2018 odbyła się 14 lipca w parku Cytadela. Wydarzenie odbyło się pod Patronatem Honorowym Marszałka Województwa Wielkopolskiego.

Synowie lidera zespołu Voo Voo już dawno przyzwyczaili nas do koncertów na najwyższym poziomie i tym razem również nie zawiedli. Wydaje się, że ich organiczny, wytrawny i poszukujący hip-hop najlepiej sprawdza się właśnie w wersji live, co pokazały choćby takie utwory jak „Biegnij dalej sam” czy „Telefon”, promujące ich ostatnią płytę „Drony”, wydaną w ramach projektu Fisz Emade Tworzywo. Przyszedł wieczór, wraz z nim koncerty gwiazd Męskie Granie Orkiestra. Jedną z nich jest w tym roku wspomniany wcześniej Krzysztof Zalewski – facet, który już dawno pozbył się łatki „zwycięzcy Idola” i dziś słusznie oceniany jest jako doskonały interpretator wymagającej twórczości nieśmiertelnego Czesława Niemena. Jego wersja piosenki „Przyjdź w taką noc” – poruszająca i niebanalnie sentymentalna – była jednym z mocniejszych punktów całego wieczoru!

 

Tego wieczoru „Małomiasteczkowy” zabrzmiał tak doniośle, jak tylko się da – piosenkarz czuje wielki głód sceny, a widownia wciąż przyjmuje go z otwartymi ramionami.

Dobrą passę utrzymał Kortez – chyba największy wrażliwiec w tegorocznym zestawie. W pewnym sensie, jest on zaprzeczeniem Piotra Roguckiego. Nie tylko ze względu na swoją wrodzoną skromność, ale i wyczuwanie nastroju danej chwili. Doskonale wiedział – jakby telepatycznie – jak nastroić widownię i zahipnotyzować ją romantyzmem swoich ballad. To była ostatnia chwila oddechu przed wielkim uderzeniem, czyli koncertem jak zwykle bezbłędnego Dawida Podsiadły, który po roku przerwy powrócił na rynek z wielkim hukiem, nie tak dawno prezentując pierwszy singiel z nadchodzącej płyty. Tego wieczoru „Małomiasteczkowy” zabrzmiał tak doniośle, jak tylko się da – piosenkarz czuje wielki głód sceny, a widownia wciąż przyjmuje go z otwartymi ramionami.

WIELKA GRANDA!

Niewątpliwie największe oczekiwania wiązały się z finałowym koncertem projektu Męskie Granie Orkiestra, którą w te wakacje dowodzi trzech muszkieterów: Kortez, Podsiadło i Zalewski. Wspólnie z doświadczonym zespołem, w składzie: Marcin Macuk, Olek Świerkot, Kuba Staruszkiewicz, Pat Stawiński i Andrzej Markowski, przedstawili premierowy repertuar. Nie tylko „Początek” – chwytliwy, wysmakowany song, promujący tegoroczną edycję festiwalu i chyba jeden z najlepszych ze wszystkich dotychczasowych „hymnów”, ale również własne wersje kawałków, o których część słuchaczy mogłaby ich nie podejrzewać. Największym zaskoczeniem była odświeżona wersja tytułowej „Grandy” Brodki z jej najbardziej folkowego okresu, z doskonałym, bardzo sugestywnym featuringiem Katarzyny Groniec – mistrzyni „popu dla dorosłych”. Nie mniej cieszyło wspólne wykonanie „Szarych miraży” zespołu Maanam, które okazało się pretekstem do zaproszenia na scenę Macieja Maleńczuka – przydającego piosence subtelnej goryczy z charakterystyczną, jedyną w swoim rodzaju manierą.

 

Warto podkreślić, że koncerty odbywały się również na małej „Scenie Ż”, na której wystąpili: Miro Kępiński, Hubert Tas & The Small Circle, Limboski, Barbara Wrońska oraz Król.