fot. Mariusz Forecki

Między Sofoklesem a sztuką dla dziecka

„Teatr może i powinien bawić, ale to dzięki niemu możemy naszym widzom powiedzieć coś naprawdę ważnego” – o swoich doświadczeniach twórczych mówi Jerzy Moszkowicz, laureat Nagrody Marszałka Województwa Wielkopolskiego za całokształt dorobku kulturalnego w 2021.

Barbara Kowalewska: Jakie znaczenie ma dla ciebie ta nagroda? Laureaci nagród „za całokształt” różnie na to określenie reagują, czasem czują się tak, jakby już nic nie miało być dalej. Jak ty to odczuwasz?

Jerzy Moszkowicz: Bardzo się cieszę się z nagrody Marszałka. Czuję się także trochę zawstydzony, bo zapewne jest wiele osób, które zasłużyły na nią bardziej. Dotyczy rzeczywiście „całokształtu”, więc można by pomyśleć, że już więcej nie muszę się wysilać. Ale dla mnie to pewnego rodzaju wyzwanie. Nie odbieram jej jako „przekręcenia klucza w zamku”, a raczej otwarcie kolejnych drzwi, z ciekawością tego, co znajduje się za nimi. To ważne – zostać docenionym za działania w dziedzinie, która często jest niezauważana. A ja większość swojej dorosłej twórczości poświęciłem właśnie dzieciom.

 

BK: Czujesz się bardziej artystą czy dyrektorem dużej instytucji kulturalnej?

JM: Mniej dyrektorem z urzędowego nadania czy z mocy poważnie brzmiącego tytułu, raczej menedżerem kultury, kierującym zespołem ludzi. Nie byłoby nagrody, gdyby nie ten zespół, któremu z tego miejsca gorąco dziękuję.

Kiedy przeglądam stare zdjęcia, notatki z różnych projektów, widzę, że prawie zawsze odkrywałem dla siebie coś nowego i że raczej nie wpadałem w biurokratyczną rutynę. Mam wrażenie, że udało mi się w życiu zawodowym osiągnąć równowagę między menedżerowaniem a pasją do reżyserii, do teatru i kina.

 

Jerzy Moszkowicz, fot. M. Forecki

Aktorzy czasami żartują, że reżyser to ktoś, kto miał za mało talentu, żeby zostać aktorem. Kiedyś próbowałem sił na scenie, ale szybko zorientowałem się, że jako aktor jestem koszmarny, więc… 

W moim przypadku być reżyserem to być rzemieślnikiem, producentem, a tylko trochę artystą. Lata temu wydawało mi się, że może trzeba by rzucić to menedżerowanie i skupić się wyłącznie na sztuce. Nigdy tego nie zrobiłem, chyba potrzebuję obu tych sfer aktywności.

 

BK: Zaczynałeś od teatru dla dorosłych, dopiero później przyszedł ten dla dzieci. Jakie były początki twojej  teatralnej przygody?

JM: Przez wiele lat zajmowałem się teatrem studenckim i kulturą alternatywną, to mnie znacząco uformowało. I kiedy trafiłem w rejony sztuki dla dziecka, to niektóre wzorce z tamtego środowiska zabrałem ze sobą.

Przez osiem lat (w latach 80.) byłem kierownikiem Centrum Kultury Akademii Medycznej Eskulap. Dostałem tam niezłą lekcję samorządności, na którą władze uczelni – mimo ogromnych ograniczeń owego czasu – nam pozwalały. Mogliśmy sami tworzyć pomysł na kulturę dla tysięcy studentów i młodych mieszkańców miasta. Obejmował między innymi nową polską muzykę rockową, w tym nawet punk, oraz teatr alternatywny, piosenkę studencką, kino.

 

Jerzy Moszkowicz, fot. M. Forecki

W 1978 roku wraz z grupą przyjaciół z polonistyki i teatrologii założyłem Teatr Jan. Pisałem dla tej sceny, reżyserowałem, organizowałem. Wyniosłem stamtąd między innymi wielki szacunek dla aktorów i przekonanie, że teatr to bardziej oni niż ja.

To sprawia, że w mojej pracy scenicznej dominuje dialog, a nie polecenie; rozmowa, a nie krzyk. Mam nadzieję, że moi obecni aktorzy też tak to postrzegają. Z czasów teatru alternatywnego wziąłem także zasadnicze podejście do tego, co robię na scenie. Owszem, teatr może i powinien bawić, ale to dzięki niemu możemy naszym widzom powiedzieć coś naprawdę ważnego.

Twórczość dla dzieci pojawiła się w moim życiu przez przypadek. W  1990 roku Andrzej Maleszka był umówiony na realizację swoich „Wielkoludów” w Koszalinie, ale nie mógł pojechać i zaproponował mi, żebym go zastąpił. Miałem duży opór, bo jak to: twórca zaangażowanego teatru alternatywnego i dzieci?

 

Andrzej powiedział: „Spróbuj, przecież teatr to zawsze teatr”.

 

Spróbowałem. I tu odkrycie: okazało się, że teatralna rozmowa z najmłodszymi, o kwestiach w gruncie rzeczy podstawowych, prowadzona w bardzo uniwersalny sposób, niezwykle mnie usatysfakcjonowała. Do dzisiaj staram się w teatrze mówić dość prosto o dobru i złu, pokazywać, że zawsze trzeba dążyć do tego, by świat był lepszy. Mówić o problemach, ale przynosić nadzieję. Zawsze. To właśnie dzięki temu ciekawemu koszalińskiemu doświadczeniu, gdy pojawiła się okazja – konkurs na dyrektora Centrum Sztuki dla Dziecka rozpisany przez minister Cywińską – zdecydowałem się do niego stanąć.

 

BK: Wróćmy do teatru studenckiego. Jakie doświadczenia z tamtego czasu stały się ważne dla twoich późniejszych działań?

JM: Zanim powstał Teatr Jan, byłem przez dwa lata w Teatrze Nurt. Zapisałem się tam z Juliuszem Tyszką, przyszłym profesorem kulturoznawstwa, zaraz po rozpoczęciu studiów na polonistyce. Po pierwszym miesiącu nie wyobrażałem sobie już życia bez teatru. A po dwóch latach powstał Teatr Jan.

 

Swoją stylistykę wypracowywałem w oparciu o sceniczną porażkę, którą w pewnym stopniu był debiutancki spektakl Jana „Jeszcze trochę snu…”.

To ona skłoniła mnie do zasadniczych przemyśleń: dlaczego teatr i jaki? Duże znaczenie miała w tej kwestii także praktyka w teatrze Kazimierza Dejmka, od którego dostałem książkę z dramatami Eugeniusza Szwarca. To w niej znalazłem sztukę „Smok”,  na podstawie której zrealizowałem w Janie przedstawienie pod tym samym tytułem. W tym spektaklu zespół i ja odnaleźliśmy swój teatralny język i to przyniosło nam sukces, jakąś dobrą pozycję wśród teatrów studenckich i alternatywnych w Polsce, którą utrzymywaliśmy kolejnymi inscenizacjami przez następną dekadę.

 

Co jeszcze przeniosłem stamtąd do teatru dla dzieci? Staranie, aby wnikliwie patrzeć na świat i to o nim opowiadać, a nie o sobie w tym świecie.  Nie do końca wierzyć własnym oczom i nie narzucać widzowi kategorycznej wizji czy oceny.

 

Uważność wobec publiczności: mówiłem wcześniej o tym, jak ważny jest dla mnie w teatrze aktor; no, to widz jest chyba jeszcze ważniejszy.

I wreszcie coś, co odkryłem dla siebie w Janie – mój teatr ma zawsze poczucie humoru. Nawet gdy opowiadam o sprawach niezwykle poważnych i smutnych. Nie mam ochoty wpędzać widzów w jakąś depresję, stany lękowe czy odczucie winy. To zresztą chyba oczywiste, bo na mojej widowni siedzą głównie dzieci. Ale w teatrze „dorosłym” podejście mam takie samo. Oczywiście, nie chodzi tu wcale o to, by widza tylko rozweselać, w sensie wymuszania śmiechu. Lubię radość, uśmiech, pogodę ducha, nie cierpię natomiast rechotu.

 

BK: Jakie swoje spektakle  wspominasz najchętniej – ze względu na atmosferę, która im towarzyszyła, ludzi, okoliczności?

JM: Właściwie o każdym myślę dobrze. Może dlatego, że staram się być solidny i każdemu przedstawieniu oddaję się z taką samą pasją. Z radością wspominam jeden z moich pierwszych kroków: wspomnianego już „Smoka” Teatru Jan, z 1978 roku. Gnieździliśmy się w klubie Akumulatory, a potem, kiedy udało nam się przenieść do Masek na ówczesnej Stalingradzkiej, nagle poczuliśmy przestrzeń i atmosferę prawdziwego teatru.

To było jak olśnienie. Od tego momentu spektakl powstawał w olbrzymim „gazie”. Inspirowałem się mocno dell’arte, a w czasie prób dużo i naturalnie improwizowaliśmy. Tym przedstawieniem przynieśliśmy widzom dużo radości. 

 

Jerzy Moszkowicz, fot. P. Bedliński

Czasami szczególnie pozostaje w pamięci jakieś konkretne granie. Mieliśmy spektakl „Impresja niezborna”, posklejałem tam różne fragmenty z literatury, takie trochę od Sasa do lasa.

Był to okres, kiedy chętnie opowiadaliśmy „cudzymi językami”,  dystans zwiększał siłę przekazu, pozwalał uniknąć cenzury, ale też zwyczajnie kpiliśmy sobie, w zasadzie ze wszystkiego. Widzowie czytali tę naszą parodię i bawili się doskonale, a chyba także mądrze. Pojechaliśmy z teatrem do Charkowa, jeszcze w ówczesnym ZSRR, i tam, ku naszemu zdumieniu, odebrano przedstawienie  całkowicie serio, jako taki teatr metafizycznego absurdu.

 

A w  charkowskiej gazecie ukazała się recenzja, zatytułowana mniej więcej: „Do Charkowa przyjechał teatr Jerzego Moszkowicza, następcy Kantora i Grotowskiego”.

 

No, marzenie.

Dobrze pamiętam mój pierwszy spektakl w Centrum, „Ramdam” Philippe’a Dorina, francuskiego dramaturga piszącego w bardzo poetycki sposób. Grały Dorota Lulka i Maria Rybarczyk, a scenografem była Izabella Gustowska. Nie umiałem chyba dobrze opowiedzieć o swojej wizji plastycznej, a rysować zupełnie nie potrafię. Iza zaprojektowała obiekt przestrzenny, bodajże już zbierano  materiały do jego wykonania.

Tymczasem ja z lękiem dojrzewałem do tego, żeby powiedzieć, że rzecz sama w sobie jest wspaniała, ale do spektaklu zupełnie mi nie pasuje. I wreszcie się odważyłem. Jaka ulga! Gustowska jest znakomitą artystką i świetną osobą, więc ku mojej radości nie obraziła się, tylko przygotowała projekt od nowa, a jej niezwykły, przypominający ptaka skrzydlaty wóz był doskonałym centrum scenografii tego bardzo dobrze przyjętego przedstawienia. Nieco później  zrealizowałem „Ramdama” w Teatrze Telewizji.

 

BK: Stałą widownię ma wciąż trylogia „Chodź na słówko”.

JM: Darzę ten tytuł ogromnym sentymentem. Pierwsze „Słówko” powstało dziesięć lat temu dla Biennale Sztuki dla Dziecka. Zwróciłem się wtedy z prośbą o tekst do Maliny Prześlugi i powiedziałem jej tylko tyle, że ma to być przedstawienie, którego bohaterami będą słowa. Jej pomysły okazały się kapitalne, a energetyczna obsada, co widziałem już po pierwszych próbach, także trafiona w dziesiątkę.

Moim jedynym zmartwieniem było tylko, żeby tego nie zepsuć. Chyba nie zepsułem, gramy „Słówko” nieustannie, a widownia wciąż chce je oglądać. Był to bodajże pierwszy tekst dla dzieci nagrodzony w konkursie na wystawienie polskiej sztuki współczesnej. Później był sequel, chociaż mówiono mi, że to się w teatrze nie sprawdzi, że będę zjadał własny ogon. Jednak ponownie się udało, podobnie zresztą jak z częścią trzecią. Każda z nich ma swoich wielbicieli, a cały cykl cieszy się nieustającym powodzeniem.

 

BK: Nie zamknąłeś się w teatrze dziecięcym, wyjątkowym wydarzeniem była plenerowa wersja „Antygony” z 1990 roku, na festiwalu Malta.

JM: Wymarzyłem sobie „Antygonę” jak w antycznej Grecji, w amfiteatrze na Cytadeli. Przygotowywałem ją z aktorami Teatru Polskiego. Pracowaliśmy całe dnie w upale, w zarośniętym trawą i zrujnowanym miejscu – to było niezwykłe przeżycie. Pamiętam, że na próbach pojawiał się Marian Pogasz, oglądał i doradzał.

Pan Marian tak bardzo zrósł się w naszej wyobraźni z postacią Starego Marycha, że nie jestem pewien, czy rzeczywiście przyjeżdżał na rowerze, czy to tylko obraz w mojej wyobraźni… Przedstawienie zaczynało się o północy, a widownia miała zmierzać do amfiteatru przez ciemny park, w którym w kilku miejscach pojawiały się instalacje symbolizujące wojnę.

 

Spektakl "Wielkoludy" 1990, fot. R. Lis

Spektakl „Wielkoludy” 1990, fot. R. Lis

Atmosfera była szczególna. Ja strasznie się denerwowałem, bo bałem się, że w nocy nikt na Cytadelę nie przyjdzie i cały nasz wysiłek pójdzie na marne. 

No więc siedzę w dniu spektaklu w amfiteatrze, jest pewnie koło 23.30, a tu dzwoni  moja krótkofalówka – komórek jeszcze w powszechnym użyciu nie było. Odbieram i odzywa się nasz producent, Wojtek Nowak, który dyżurował przy śluzie, gdzie było główne wejście:

 

„Jurek, jest już mnóstwo ludzi, napierają, pozwól mi wpuścić ich wcześniej”.

 

I rzeczywiście, amfiteatr wypełnił się w całości kilkoma tysiącami widzów. To była dla mnie cudowna niespodzianka, a zarazem największa liczba widzów, jaka była kiedykolwiek na moim przedstawieniu.  

 

BK: Zajmuje cię też film. Czuje się, że festiwale Ale Kino! zrodziły się z pasji. Co jest ważne dla ciebie w tych wydarzeniach jako jurora, organizatora i twórcy?

JM: Gdyby współczesne dziecko wychowywało się tylko na filmach mainstreamu, to miałoby wizję świata całkowicie oderwaną od własnych korzeni. A przecież w filmie dla dziecka, podobnie jak w teatrze, ważne są właśnie korzenie oraz skrzydła, czyli nasza rzeczywistość, z której wyrastamy i unosząca nas ponad tę glebę wyobraźnia.

Uwielbiam podczas festiwalu filmowego stanąć w ciemności przed widownią i spoglądać na buzie dzieci całkowicie skoncentrowanych na ekranie. Malujące się na nich bogactwo przeżyć, a zarazem skupienie stanowią źródło nieustannej satysfakcji dla organizatora.

 

Feniks powraca do domu, spektakl Centrum Sztuki Dziecka 2014, fot. P. Bedlinski

Feniks powraca do domu, spektakl Centrum Sztuki Dziecka 2014, fot. P. Bedlinski

Tyle się naoglądałem tych filmów dla dzieci, że w 2003 roku postanowiłem taki film sam napisać i wyreżyserować.

„Wieczór trzeciego króla” powstał w zasadzie bez budżetu, tworzyła go grupa przyjaciół, ze znakomitymi aktorami, takimi jak Sława Kwaśniewska, Marysia Rybarczyk, Tadeusz Drzewiecki i Witold Dębicki. Dziewczynkę zagrała 10-letnia Karolina Piwosz, dzisiaj zawodowa aktorka, a króla Baltazara Sidi Ousseini, studiujący w Poznaniu obywatel Nigru o królewskiej urodzie i sporym talencie aktorskim.

Sprzętem wsparła nas „Media Rodzina”, która wtedy miała jeszcze, obok wydawnictwa, dobre studio realizacji filmowej i telewizyjnej. W rezultacie powstało całkiem sympatyczne dziełko, które ówczesna Telewizja Polska przez trzy lata z rzędu pokazywała w najlepszym czasie w okolicach Gwiazdki, bo rzecz jest świąteczna. Znalazło także swoje miejsce w programie festiwalu polskiego filmu w Gdyni.

We wspomnianym studio spędziłem mnóstwo czasu już w drugiej połowie lat 90. na montażach telewizyjnego cyklu „Śpiewanki rodzinne”, który był znakomitą przygodą dzięki współpracy z twórcą formatu, Jurkiem Hamerskim, Elą Drygas i oczywiście Łejerami oraz Józkiem Kowalewskim, który nasz program rejestrował kamerą.

 

Powstało blisko 20 półgodzinnych epizodów, każdy poświęcony jakiemuś gatunkowi piosenki, a to o ułanach, a to o sporcie, a to o duchach.

Odcinki składały się z zabawnych miniklipów, a na koniec każdego Mariusz Matuszewski, kompozytor i pedagog, uczył telewidzów śpiewania wybranego utworu. Zamawiała i pokazywała „Śpiewanki” Telewizja Dzieci i Młodzieży. Cieszyły się sporym powodzeniem, bo  wtedy jeszcze ani telemetryczne słupki, ani polityka nie decydowały o programie publicznej stacji.

 

BK: Pandemia przerwała twój zamysł kontynuowania – nazwijmy to umownie – „cyklu etnicznego”, który miał pozwolić dzieciom i młodzieży „oswajać” inne kultury. Te wydarzenia teatralno-muzyczne, o oryginalnej formie, cieszyły się dużym powodzeniem. Będziesz je kontynuować?

JM: Najpierw było „Ajde!”, a potem „Mazel Tow!”. Dwa wspaniałe żywioły muzyczne, bałkański i żydowski. Zawsze zaczynam od muzyki. Słucham muzyki z różnych stron świata. Kiedy sięgasz po etniczną muzykę, zaglądasz w głąb lokalnej kultury. W zamyśle nie miały to być ani perfekcyjne przedstawienia, ani cepeliowskie  inscenizacje. To raczej szkice, impresje.

 

Jerzy Moszkowicz na planie RAM - DAM 1994, fot. zbiory prywatne

Jerzy Moszkowicz na planie RAM – DAM 1994, fot. zbiory prywatne

Trudno znaleźć nazwę dla tej hybrydowej formy. Jest tu trochę muzyki, trochę literatury z tego samego kręgu, zabawa z widownią, bez edukacyjnego przymusu.

Jeśli uda mi się zrealizować kolejny wydarzenie w tej serii, to może będzie inspirowane kulturą czeską, której jestem wielkimi fanem. Pięknie się z najbliższymi sąsiadami w wielu sprawach różnimy.

 

BK: Co ci się jeszcze marzy? W jaką stronę idzie twoja myśl twórcza?

JM: Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo po roku pandemii przyszłość wygląda jakby inaczej, wiele pomysłów zostało zakwestionowanych, wiele myśli poszło w nieprzewidzianą stronę. Lubię to, co robię, więc nadal chciałbym uprawiać teatr, w którym teraz przede wszystkim interesuje mnie aktor i jego opowieść.

W czasie pandemii sięgnąłem do swoich wcześniejszych notatek literackich. Może mógłbym coś napisać, opublikować? Myśl o tym wiąże się jednak z dużo większą tremą niż ta, która mi towarzyszy przed każdą premierą teatralną…

 

Jerzy Moszkowicz – teatrolog, reżyser licznych przedstawień teatralnych i programów telewizyjnych. Założyciel grupy teatralnej Jan, działającej w latach 1976–1991. W latach 1996–2002 prezydent Międzynarodowego Centrum Filmów dla Dzieci i Młodzieży CIFEJ, a w latach 2002–2009 członek zarządu i zastępca prezydenta Europejskiego Stowarzyszenia Filmu dla Dzieci ECFA. Juror międzynarodowych festiwali filmów dla dzieci i młodzieży. Od 1991 roku dyrektor Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. W roku 2010 otrzymał srebrny medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.