fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #19

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: ∆reamer, Astrid Lindgren i Rah Pitia.

ΔREAMER
„∆reamer III”, wydanie własne, 2019

 

Twórczość tajemniczego, jednoosobowego projektu Δreamer jest wręcz idealnym pretekstem, by na łamach „Muzyki bezcennej” opowiedzieć o pewnym dość efemerycznym – niegdyś głośnym, jednak koniec końców szybko dokonującym żywota – nurcie muzyki elektronicznej, na który boom trwał w latach 2010–2012.

Witch house, bo o nim mowa, pozostawił po sobie setki bardziej (i mniej) udanych płyt, które całościowo stanowiły duże novum w czasach choćby panującego wówczas dubstepu. Mimo że wciąż nie udało się ukuć jednej, stałej formułki dla „muzyki wiedźm”, to z całą pewnością tworzących ją artystów charakteryzuje wielka słabość do motywów okultystycznych (zwłaszcza od strony wizualnej), znaków Unicode, zwolnionych temp, dźwiękowych zniekształceń i – co paradoksalne – mainstreamowej muzyki popowej, przerabianej w iście upiorny sposób.

OooOO, LAKE R▲DIO, Bl▲ck † Ceiling, GuMMy†Be▲R! czy ▼▲▼vagina vangi to tylko przykłady projektów, które współtworzyły rozległą, interkontynentalną scenę witch house, która jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Dziś pozostali na niej nieliczni, a jednym z nich jest właśnie poznański Δreamer, który niedawno wydał trzecią część swojej „wiedźmowej” sagi.

Zapewne „∆reamer III” może wystraszyć nawiedzonym klimatem horroru, ale również i mile zaskoczyć. Bo kto by pomyślał, że skrajnie komercyjne ballady czy poprockowe, typowo radiowe piosenki mogą brzmieć tak diabolicznie („∆xrxvlīzv†ī◊n”, „bxcvusx ◊f u”). Nową płytę Δreamera warto sprawdzić choćby z czystej ciekawości – zwłaszcza w czasach szeroko pojętego remiksu, który, jak się okazuje, może przybierać naprawdę szokujące formy.

ASTRID LINDGREN

„Posłuchaj jak mam dziś mało do powiedzenia”, wydanie własne, 2012

Podejrzewam, że większość naszych czytelników choć raz otarła się o książki Astrid Lindgren. Szwedzka mistrzyni literatury dziecięcej wykreowała wielu niezapomnianych, zupełnie ponadczasowych bohaterów, których wesołe perypetie od lat 40. bawią kolejne pokolenia. Wystarczy wspomnieć o takich tytułach jak „Pippi Pończoszanka”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Nils Paluszek” czy „Karlsson z dachu”, by łezka zakręciła się w oku. Dlatego myślę, że panowie z poznańsko-pilskiego Astrid Lindgren musieli być naprawdę pewni swojej muzyki, by imię i nazwisko legendarnej pisarki wykorzystać jako nazwę dla swojego zespołu.



Na szczęście w tym przypadku nie ma mowy o profanacji – ich wydany w 2012 roku album „Posłuchaj jak mam dziś mało do powiedzenia” to swego rodzaju hołd złożony ludziom, miejscom i chwilom uosabiającym całą tę „dziecięcą beztroskę”.

Dobrze widać to już po bardzo okładce w bardzo „lindgrenowym” stylu oraz tytule jednej z piosenek („Minione dni”). Nie sądźcie jednak, że panowie uprawiają jakiegoś pastelowego rocka w stylu Myslovitz. Wręcz przeciwnie – „Posłuchaj...” to hardcore pierwszej wody, dodatkowo wzbogacony łobuzerskim punkiem i całkiem melodyjnym emo. Gwarantuję, że już po pierwszym odsłuchu obserwatorzy sceny HC zaczną się zastanawiać, jak to się stało, że tak utalentowana kapela nie zdobyła ogólnopolskiego rozgłosu.

Szczepan, Goblin, Biały, Hoody i China dobrze wiedzą, jak gryźć melodie i riffy (otwierająca „Droga” – skandowany koncertowy pewniak, „Podaj mi dłoń”, „Strony”). Na koniec niski ukłon dla samego Szczepana za brawurowe wokale i młodzieńcze, nieco naiwne, lecz bardzo sugestywne teksty („Dookoła tylko smutek, fatalne wiadomości, nikt nie mówi, o tym, co dobre, bo śmierć sprzedaje się najlepiej”). I tylko szkoda, że chłopaków już ani widu, ani słychu…

RAH PITIA
„Adyton”, wydanie własne, 2015

Czułość to taka rzecz, która potrafi zniszczyć nawet najlepiej zapowiadającą się płytę. Czułość w muzyce często oznacza banał – powolne, męczące „dobijanie do brzegu” od pierwszego do ostatniego taktu. To ryzyko jest tym większe, jeśli czułość wkrada się w rocka, zwłaszcza tego bardziej klasycznego, dziś powiedzielibyśmy „vintage”.

Na wielkopolskim podwórku są jednak i tacy artyści, którzy czynią z niej rewelacyjny użytek. Przykładem jest tu Rah Pitia, kierowana przez absolutnie zjawiskową wokalistkę Karolinę Kwiatkowski, której towarzyszą basista Kajetan Zwolak, perkusista Czarek Baka, gitarzyści Tomek Widerkiewicz i Sebastian Straburzyński oraz klawiszowiec Jerzy Jarczyński.

 

Choć Karolina Kwiatkowski nie może pochwalić się czterema oktawami, to ze swoim głosem robi coś absolutnie magicznego.

Jak podkreślają muzycy, „Adyton” to historia jedyna w swoim rodzaju – taka, której nie mógłby napisać nikt inny. Ich słowa, może nieco patetyczne, o „muzycznej podróży przez otchłań niekończących się inspiracji: od muzycznych, literackich, przez historyczne czy nawet duchowe” i „rozedrganej wichurze psychodelicznego, często niezrozumiałego i niewytłumaczalnego drugiego dna ludzkiej egzystencji”, okazują się niebezzasadne.

Ten dwudziestominutowy, cudownie rzężący (a przez to niekiedy grunge’owy) minialbum trudno postrzegać jako trzyczęściowy zlepek psychodelicznego, progresywnego stoner rocka, w który w tym kraju celuje tak wiele garażowych bandów. O wiele lepiej powiedzieć, że „Adyton” to sensualna i wysmakowana uczta, na którą warto przyjąć zaproszenie, nawet jeśli muzyka Dead Meadow czy The Black Angels jest nam zupełnie obca.