fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #31

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Jerzy Fryderyk Wojciechowski, Morc in Dub i Scumeater.

JERZY FRYDERYK WOJCIECHOWSKI
Mały Kwiatek op. 2
2020, wydanie własne

Jerzy Fryderyk Wojciechowski to facet, bez którego muzyczną scenę naszego regionu istotnie coraz trudniej jest sobie wyobrazić.

Kompozytorów, muzykologów, skrzypków i pianistów mamy tu zatrzęsienie, jednak to właśnie on wydaje się być jednym z tych, którzy idą o ten jeden krok dalej, sięgając po to, co jeszcze dokładnie nie zostało określone lub odkryte.

Dla jednych Wojciechowski będzie znany przede wszystkim z działalności orkiestry smyczkowej Orchestra Mixtura, współczesną muzykę poznańskich kompozytorów prezentującej przecież nie tylko na terenie naszego kraju.

Innym kojarzyć się może z zamówionym na inaugurację obchodów 60. rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 roku „Romkiem” czy napisanym dla nowojorskiego Zodiac Trio i wielokrotnie wykonanym podczas ich tournée po Chinach i USA „Gemini”.

 

Ale o twórczości i wspaniałym wykonawstwie Wojciechowskiego – co warto podkreślić, ubiegłorocznego stypendysty Marszałka Województwa Wielkopolskiego – nie sposób mówić w oderwaniu od jego podejścia do muzyki, zwłaszcza do jej komponowania.

Kluczową rolę odgrywa w nim muzyczny palimpsest, będący niczym innym jak swego rodzaju samplem. W teorii wygląda to tak, że – jak czytamy na jego oficjalnej stronie internetowej:

 

„prócz tematu, inspiracji pozamuzycznych istnieje wewnątrz utworu cytat, fragment innej kompozycji, nad którą Wojciechowski nadpisuje swoje dzieło”.

 

A jak to działa w praktyce? Wystarczy posłuchać jego ostatniej, kameralnej płyty na żywo pt. „Mały Kwiatek op. 2” z udziałem sopranistki Eweliny Jurgi i organistów Łukasza Kołakowskiego i Jacka Pupki, zarejestrowanej we wrześniu w Bazylice Matki Bożej Nieustającej Pomocy, św. Marii Magdaleny i św. Stanisława Biskupa w Poznaniu.

Zachwyt od pierwszego usłyszenia więcej niż gwarantowany.

 

MORC IN DUB
Details
2020, wydanie własne

Jak przed laty napisał David Topp – ceniony angielski muzyk, ale też profesor kultury audio i improwizacji w słynnym London College of Communication – muzyka dub jest jak:

 

„długie echo nieskończenie zapętlone w czasie, racjonalny porządek muzyczny zmieniające w ocean wrażeń”.

 

Jego słowa niosą się – nomen omen – długim echem po nowej płycie Morc In Dub, na której analogowe, ciepłe, nieomal lampowe dźwięki łączą się ze stricte cyfrowymi, a żywe instrumenty korelują z mięsistym, basowym dubem o elektronicznej aparycji.

 

Na dobrych, zamkniętych słuchawkach obcowanie z „Details” tego poznańskiego producenta będzie szczególną przyjemnością, bo trzeba podkreślić, jak dobrze wyprodukowany to album.

Muzyka dub ma to do siebie, że jak chyba żadna inna bazuje głównie na niskich, podłogowych częstotliwościach, przez co czytelny miks utworów w tej stylistyce jest szczególnym wyzwaniem. W rezultacie rzadko zdarza się, by undergroundowy, darmowy album w rytmie muzyki dub miał w sobie tyle przestrzeni i lekkości co „Detale”, zachowując przy tym korzenny, transowy ciężar, z jakich słyną najlepsi wirtuozi tego gatunku, by wymienić choćby legendarną formację Asian Dub Foundation.

Kapitalnie wypada to choćby w przypominającym o jarocińskim Daabie utworze „Wiosna” z gościnnym udziałem melodeklamującej wokalistki i wiolonczelistki Julii Kwiatkowskiej czy finalnym, pachnącym folkiem z dalekich stron „Elfic Dream”, w którym prym wiedzie śpiewająca i grająca na fińskich kantelach Sari Hellman. „Detale” to uczta dla ducha, ale również dla uszu.

Dzięki tej płycie Morc In Dub właśnie został jednym z najbardziej obiecujących debiutantów 2020 roku w Wielkopolsce.

 

SCUMEATER
Scumeater
2020, wydanie własne

Gdzieś na przeciwległym biegunie od planety Starego Dobrego Małżeństwa, żyje sobie Mick Harris – chmurny perkusista z brytyjskiego Birmingham, który pewnego razu postanowił sprawdzić, gdzie leży granica muzycznego ekstremum.

 

Wkrótce jego mieszanka chaosu i hałasu, sklecona ze starszych, metalowych stylów, takich jak thrash metal, hardcore, punk rock i crust punk, zyskała nazwę własną – grindcore.

Kiedy Harris, wspólnie z podobnymi sobie łobuzami, wydał debiutancki album pod banderą Napalm Death, w historii rozległej już wówczas sceny muzyki metalowej otworzył się zupełnie nowy rozdział. „Scum” Napalm Death z 1987 roku był zdecydowanie czymś, czego na niej jeszcze nie było.

Instrumentalna prymitywność, demoniczne wokale, odrażające teksty, jeszcze bardziej odpychające okładki, piekielnie szybkie tempa i zadziwiająca wręcz krótkość kompozycji (z tego tytułu „You Suffer” ze „Scum” trafił nawet do Księgi Rekordów Guinnessa) sprawiły, że o nowym gatunku szybko zaczęto mówić nawet w mediach „dalekiego zasięgu”.

Warto dodać, że również w kontekście protestów amerykańskich katolików ze środowisk konserwatywnych, dzięki którym taki Cannibal Corpse – jedna z największych gwiazd muzyki grindcore – zyskał na tyle duży rozgłos, by wkrótce wystąpić nawet w tak popularnym filmie jak… „Ace Ventura: Psi detektyw”.

Po wielu latach od czasów największej świetności tego gatunku, poznański Scumeater nagrał płytę, która do debiutu Napalm Death nawiązuje nie tylko z nazwy.

 

„To wszystko, czym powinien być grindcore” – czytamy w jednym z wpisów pod ich albumem, po którym można się spodziewać wszystkiego, co najgorsze.

 

Mick Harris spuchłby z dumy.