fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #40

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Allan Hills, Iwo i Michael Griffiths.

ALLAN HILLS
Allan Hills EP
wydanie własne, 2017

 

 

Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych, w polu lodowym Allan Hills na Ziemi Wiktorii badacze znaleźli marsjański meteoryt, świat nauki na chwilę wstrzymał oddech. Skała, z jakiej powstał Allan Hills 84001 nie tylko okazała się jedną z najstarszych w całym Układzie Słonecznym, ale po jej badaniach można było zacząć wysuwać całkiem uzasadnione wnioski, że marsjańskie formy życia to żadne science fiction.

 

W bardzo kosmiczną podróż, pełną znaków zapytania, zabiera nas również poznańskie Allan Hills, które cztery lata temu wydało na świat debiutancką EP-kę.

Co na pewno trzeba podkreślić w przypadku twórczości tej załogi, to że jej muzyka z każdej strony jest „jakaś”. Brzmienie gitar Magdaleny Kusiak-Zyk i Pawła Janeckiego? Ze wszech miar przestrzenne, bardzo impresyjne, choć i o słusznej wadze. Perkusja Ludwika Sinicy? Zawsze pełna zmiennych, zwracająca uwagę słuchacza kreatywnymi, dynamicznymi i pełnymi suspensów rytmami. Bas Jarosława Kurka? Dosadny, konfrontujący, zagrany „in your face”.

 

I tylko wokalu brakuje…

I to bardzo, bo choć estetyce post-rocka zawsze było blisko do muzyki o charakterze czysto instrumentalnym, to z uwagi na budowę tych kompozycji, podskórnie czujemy, że dojrzały i zwarty głos zrobiłby w nich świetną robotę. To duży, choć na szczęście jedyny ubytek, o jakim można mówić w przypadku tej płyty.

Mając na uwadze, że ostatnia aktywność kapeli w social mediach przypada na koniec 2019 roku, można podejrzewać, że i ten poznański, prawdziwie obiecujący zespół już dawno przestał istnieć. Rozjarzył się na niebie i zleciał z niego z hukiem.

Jak ten meteoryt…

 

IWO
EP3
wydanie własne, 2013

 

 

The Ploy to niewątpliwie jeden z tych alt-rockowych bandów, którego ani nie wypada nie znać, ani trudno nie lubić. Największą siłą twórczości Iwa Borkowicza, Stefana Czerwińskiego i Andrzeja Zujewicza jako tria było nieoklepane brzmienie – co w przypadku gatunku, w który chłopaki celowały, już samo w sobie jest wyróżnikiem.

 

W ich muzyce była też pewna cudowna chwytliwość.

Cudowna, bo zupełnie nie polegająca na jakichś większych kompromisach. Przypominająca o brzmieniu całkiem nonkonformistycznej przecież grupy The Cure i – trochę dla przeciwwagi – bezczelnych brit popowców z braćmi Gallagher i Richardem Ashcroftem na czele.

Mimo to, piosenki The Ploy nigdy nie były aż tak zajmujące, jak którakolwiek z solowych EP-ek Iwa Borkowicza. W pojedynkę wypada on równie dobrze, co w towarzystwie swoich kolegów, jednak na swoim podwórku sięga po nieco inne zabawki. W otwierającym „9”, zamiast tworzyć melodie z gitarowych riffów, tka je przy użyciu swojego głosu, zapętlanego dokładnie w taki sam sposób, jak niegdyś robił to Jamie Woon w „Spirits”.

 

Na koniec – urocza miniaturka „12”, w której frontman The Ploy bierze się z fortepianem za… akustyczny IDM, jednak w środku jest jeszcze ciekawiej.

Jego cover piosenki „Melancholia” poznańskiego duetu Rebeka rozczula niemniej niż kiedy José González wziął na warsztat „Heartbeats” The Knife, a następujące po nim „11” brzmi jak utwory Christophera Michaela Taylora, który jako Sohn – dokładnie w czasie, kiedy EP-ka Iwa wychodziła na światło dzienne – pokazywał światu, jak się robi nowoczesne, alternatywne R&B. A swoją drogą, to chyba właśnie tak brzmi jesień…

Możecie być pewni, że „EP3” to najlepszy soundtrack na tę porę roku.

 

MICHAEL GRIFFITHS
Une Chapelle ? La Campagne
wydanie własne, 2021

 

 

Jedna z najlepszych płyt z Wielkopolski w 2021 roku. Kropka. Jej autorem jest pewien młody poznaniak, ukrywający się pod pseudonimem Michael Griffiths, który jak sam podkreśla, błądzi po stylach, by stworzyć w końcu taką syntezę brzmień, jakiej dotąd jeszcze nie było.

 

Na swojej najnowszej płycie „Une Chapelle ? La Campagne” co prawda nie udało mu się tego dokonać, ale to wcale nie oznacza porażki!

Wręcz przeciwnie – w jej zawartości, i to już od pierwszego wejrzenia, zakocha się każdy niepoprawny melancholik. To wysoce prawdopodobne, że „Kaplicę na wsi” w swoim katalogu chciałyby mieć najbardziej prestiżowe wytwórnie wydające „nową” muzykę klasyczną, i to z Erased Tapes włącznie.

Czar tej ograniczonej do minimum, nieco jazzowej neoklasyki z pewnością docenią i ci, którzy za najlepszy film o miłości mają „Miłość” Michaela Hanekego – jedno z najważniejszych ludzkich uczuć wyrażane w nim nie w romantycznych, młodzieńczych uniesieniach, lecz utracie, którą prędzej czy później przyniesie nam starość.

 

A idąc za Griffithsem, jeśli muzyka może przypominać architekturę, to „Une Chapelle ? La Campagne” jest jak pajęczyna – imponująca, choć nienachalna, jest w niej i powaga i powab, jest trwała, choć delikatna.

Na koniec warto dodać, że bardziej niż artysta solowy, Michael może być kojarzony jako członek Calei – elektroniczno-rockowego zespołu, który z powodzeniem współtworzy z perkusistą Bartoszem Misiaczykiem, gitarzystą Adamem Pietrowiczem oraz basistą i gitarzystą Michałem Janczewskim. Po części słusznie – w końcu to w jego ramach daje się poznać nie tylko jako wytrawny pianista, ale i wokalista czy gitarzysta.

Jednak to, co zaoferował nam na „Une Chapelle…” jest zbyt piękną historią, by nie prosić o jej kontynuację.