fot. Materiały prasowe

Muzyka, życie i śmierć

Dzisiejszy rynek wydawniczy, pragnąc pozyskać czytelników, a w istocie zarobić często na tytuły mniej medialnie dające się zagospodarować, żywi się chwilą zainteresowania publicznego. Soczewka na krótszą bądź dłuższą chwilę skupiona na jednostce akurat stojącej w świetle fleszy wskazuje obszar wydawniczego zainteresowania.

Stąd bezlik autobiografii, biografii, wywiadów rzek postaci chwilę później niknących, niepozostawiających głębszych śladów w społecznej pamięci. Te książki niedługo po wydaniu, jeśli nie sprzedadzą się natychmiast, zalegają półki magazynowe, trafiają do działów wyprzedaży bądź finalnie na przemiał – by wyprodukować z nich inne książki.

Spotkanie autorskie

Jednak tego rodzaju świadectwa nie mogą być oglądane wyłącznie przez pryzmat bieżących mód i zysków. Pamiętniki zawsze były istotnym źródłem wiedzy historycznej, niektóre autobiografie (jak Augustynowe „Wyznania”) są dziełami literackimi i filozoficznymi jednocześnie. W przypadku jednostek mających duże zasługi, bogaty dorobek, rozległe doświadczenie, ich perspektywa jest cenna i może być wzbogacająca. Ma znaczenie wykraczające poza rachunek ekonomiczny.

 

Tak właśnie jest w przypadku wywiadu rzeki, który z Antonim Witem, znakomitym dyrygentem, przeprowadziła Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz, a opublikowała go Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” pod tytułem „Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci”.

W sobotę 13 listopada zainteresowani poznaniacy mieli możność porozmawiać z Antonim Witem na spotkaniu autorskim w Auli Lubrańskiego UAM.

Prowadząca spotkanie Marlena Gnatowicz, nie zdradzając wszystkich smaczków książki, wydobyła te elementy biografii i dorobku muzyka, które czynią z niego postać znaczącą dla polskiej (i nie tylko) kultury muzycznej. Ponad dwieście pięćdziesiąt płyt nagranych z różnymi orkiestrami świata, kierownictwo muzyczne licznych orkiestr świadczą nie tylko o talencie Maestra, ale i o pasji, która każe mu traktować dyrygowanie jako sprawę zasługującą na pełną powagę – by odwołać się do tytułu: sprawę życia i śmierci.

Znaczenie krajowe i międzynarodowe to jednak suma działań podejmowanych lokalnie. To w lokalnym kontekście osadzone są działania, które mogą uzyskać nośność przekraczającą ową lokalność i takież znaczenie.

 

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

A wśród wielu miejsc, w których Antoni Wit pracował, jest i Poznań. W latach 1970–1972 był dyrygentem orkiestry Filharmonii Poznańskiej i, jak mówił, ma z Poznania jak najlepsze wspomnienia.

Pytany o kulisy powstania książki, dlaczego dopiero teraz zdecydował się na jej wydanie, odpowiedział, że dopiero w tej chwili, po osiągnięciu pewnego wieku, zyskał odpowiedni dystans do swojego życia, doświadczeń i kariery. Uznał, że ten dystans jest niezbędny dla uniknięcia emocjonalnych, nierozważnych opinii i ocen, pochopnych podsumowań.

Na pytanie o osobę, która wywarła największy nań wpływ, Antoni Wit odpowiedział, że Henryk Czyż, jego profesor podczas studiów i autor umieszczonej w tytule książki maksymy. Jednak z perspektywy czasu mógł też ocenić, jak dużo czasu potrzebował, by ten wpływ odrzucić, znaleźć własną drogę. I teraz stwierdziłby, że nie jest dobrze, gdy mistrz przytłacza charyzmą i wizją swoich uczniów.

Uczestnicy spotkania mogli się też dowiedzieć, że chociaż Antoni Wit nagrał tyle płyt, to nie lubi ich nagrywania. Stwierdził, że kiedy słucha nagrań po czasie, często dochodzi do wniosku, że można było poprowadzić orkiestrę lepiej. Ale też, że często wykorzystuje je, przygotowując się do kolejnych wykonań tych samych utworów, by uniknąć błędów.

 

Rozmówcą okazał się Antoni Wit zajmującym. Zdecydowanym w opiniach, jednak dyskretnie nieujawniającym swoich antypatii. Posiadającym jasną wizję sztuki muzycznej, a jednocześnie niezamkniętym na wyzwania i nowości.

W całości zgrzytem było tylko jedno: odmienianie przez prowadzącą przez wszystkie przypadki tytułu profesorskiego, gdy zwracała się do swojego rozmówcy. Wprawdzie świadomość własnego znaczenia może łatwo przerodzić się w próżność, ale czy trzeba ją usilnie karmić? Tym bardziej, że bohater spotkania nie wydawał się tą słabością obciążony. 

Koncert

Bezpośrednio po spotkaniu Antoni Wit pojawił się za pulpitem dyrygenckim, by poprowadzić koncert filharmoniczny poświęcony Stanisławowi Wisłockiemu. Ten dyrygent i kompozytor podnosił z ruin orkiestrę Filharmonii Poznańskiej po drugiej wojnie światowej i był jej dyrygentem przez kolejnych jedenaście lat.

 

Postać tego zasłużonego dla Poznania muzyka była kluczem spinającym kolejne części koncertu mu poświęconego.

Jako pierwsza zabrzmiała „Serenada” Mieczysława Karłowicza (zyskującego coraz zwiększy rozgłos poza granicami Polski). To utwór, nad którym Wisłocki pracował z orkiestrą w roku 1947, inicjując jej powojenną działalność. Jako kolejny wykonano „Rapsodię rumuńską” George Enescu, u którego Wisłocki studiował podczas swojego wojennego pobytu w Rumunii i który jako pierwszy docenił jego talent kompozytorski. Zamknął całość „Koncert fortepianowy” samego Stanisława Wisłockiego. Przy fortepianie zasiadł z Krzysztof Książek, znany już poznańskiej publiczności zdobywca II nagrody w Konkursie Chopinowskim w 2015 roku.

Muzyka klasyczna, ale niekoniecznie poważna

Przy tej okazji może się nasunąć mimo wszystko niewesoła refleksja. Na wypełnionej sali najliczniej reprezentowani byli dojrzali melomani. Słuchacze z młodego i średniego pokolenia należeli do zdecydowanej mniejszości. I choć dobrze, że seniorzy chcą i mogą uczestniczyć w tego rodzaju wydarzeniach, to jednocześnie pokoleniowa luka jest dojmująco widoczna.

 

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Pokazuje pewien problem, z którym na różnych jego poziomach nie potrafimy sobie poradzić.

Dominujący na sali słuchacze zostali wychowani w innym układzie kultury – muzyka klasyczna (czy jak to wówczas mawiano: poważna) otoczona była swego rodzaju nimbem elitarności i jej słuchanie stanowiło wyznacznik pozycji społecznej, statusu. Przewartościowanie, które od tego czasu przeobraziło hierarchie, spowodowało zanik tych symbolicznych wskaźników.

Dzisiaj słuchanie takiej czy innej muzyki nie stanowi dla samych odbiorców wyznacznika pozycji (to nie dotyczy może disco polo, choć i ono wykracza poza swój matecznik), a kultura popularna swoją ekspansywnością powoduje kurczenie się dawniejszych publiczności, które stają się kulturowymi enklawami.

 

Nie oczekuję ani nie wymagam, by koncerty muzyki klasycznej gromadziły tłumy, jednak jeśli kultura w jej różnorodności ma się rozwijać, a nie stawać się przestrzenią niepodzielnej władzy jednego, popularnego modelu, to trzeba podejmować działania edukacyjne.

I chyba z tym mamy największy problem. Jeżeli za miernik pojmowania i stosunku do klasyki muzycznej wziąć czołobitność prowadzącej względem swojego gościa, to łatwo zrozumieć pokoleniową lukę. Muzyka klasyczna nie może być traktowana śmiertelnie poważnie, bo i sama taka nie jest, skrzy się różnymi nastrojami. Nie może być traktowana jak pomnik, bo wciąż żyje w pełnych pasji wykonaniach.

Można się na to obruszać, ale mało kto dzisiaj chciałby na kolanach słuchać Bacha, Chopina czy kogokolwiek innego.

Podziel się kulturą!