Muzykant, czyli ten, co czuje
Opublikowano:
24 lipca 2025
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
„Żeby powstało coś intrygującego, musi zadziać się proces – nie zawsze łatwy, ale taki, w którym coś się spala, buzuje, przepoczwarza. Wtedy sztuka jest pełna kolorów i odcieni, nie jest płaska” – mówi Karol Majerowski, muzyk, śpiewak i kompozytor, jeden z tegorocznych stypendystów Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury.
Sebastian Gabryel: Choć w dużej mierze jesteś związany z Poznaniem, to pochodzisz z małej wielkopolskiej wsi Kębłowo. Jaki wpływ miały rodzinne strony na twoją wrażliwość muzyczną?
Karol Majerowski*: Ogromny i chyba podstawowy. Bliskość przyrody, piękna wiejska architektura, śpiew ptaków i żab, rozciągnięty, powolny krajobraz Doliny Środkowej Obry – to wszystko jakoś ukształtowało moją wrażliwość muzyczną, a szerzej – artystyczną.
Gdy czasami wracam do swoich starych płyt, muzycznych wyborów, zauważam, że niezależnie od tego, czy słuchałem Björk, czy wielkopolskich dudziarzy, zawsze poszukiwałem w muzyce podobnej nostalgii i intensywności.
Wydaje mi się, że moja skłonność do post-rocka, rocka progresywnego, ambientu i muzyki klasycznej, a najbardziej do muzyki ludowej, to w dużej mierze wpływ krajobrazu – jedynego i niepowtarzalnego. Poza tym moim pierwszym kolektywem muzycznym, do którego trafiłem, była lokalna orkiestra dęta z Wolsztyna. To było doświadczenie formujące, którego nie potrafię przecenić. To wszystko działo się blisko, jakby tuż obok.
SG: We Call It A Sound to projekt, który za dwa lata będzie obchodzić 20-lecie. W ciągu tych wszystkich lat eksperymentowaliście na naprawdę wielu płaszczyznach. Każda wasza płyta przynosiła coś odmiennego. Jak patrzysz na nie, na każdą z osobna, z dzisiejszej perspektywy?
KM: Zorientowałem się, że nasze dotychczasowe płyty stanowią dla mnie pewien sposób zapisu mojego artystycznego „ja” w danym momencie. Są jak albumy zdjęć czy pamiętniki. Pokazują raczej etap procesu, stan umysłu czy przystanki w artystycznej podróży. Coś jak znaki miejscowości na pokonywanej rowerem drodze. Zawsze, gdy słucham naszych poprzednich płyt, dokładnie pamiętam uczucia, jakie towarzyszyły mi przy tworzeniu utworów. A jeśli chodzi o samą zawartość albumów, to uważam, że każdy z nich był czymś progresywnym, interesującym i innym na polskiej scenie muzyki alternatywnej. Może dzięki temu starzeją się wolniej niż my sami.
SG: A masz jakieś swoje ulubione momenty z historii zespołu, które najbardziej lubisz wspominać?
KM: Było tego dużo – historia WCIAS to przede wszystkim historia twórczego fermentu i wieloletnich przyjaźni. Jednymi z moich ulubionych doświadczeń były koncerty w poznańskim CK Zamek i w TVP Kultura w 2018 roku. Również doświadczenie tygodniowej sesji nagraniowej „Hejnałów” w olenderskiej chacie w Borui Nowej jesienią 2016 roku do dziś budzi we mnie dobre wspomnienia. Mocnym doświadczeniem była współpraca z producentem Maciejem Fryczem – ktoś taki wyciąga cię na artystyczne wyżyny, nawet nie wiesz kiedy. To było przy nagrywaniu „Trójpola” w 2013 roku. Ale fajnie jest też powspominać początki w kwartecie – licealne, wielogodzinne improwizacje w sali prób, pierwsze piosenki, nagrania, koncerty w Wolsztynie i Poznaniu.
SG: Jednym z członków formacji jest również twój brat, Filip. Czy jego udział w projekcie stanowi dla ciebie przeciwwagę – do twoich fascynacji, filozofii tworzenia, nawyków – czy może raczej reprezentuje podobny sposób myślenia o muzyce i nie ma między wami kontrastów?
KM: Nie jesteśmy identyczni, co oczywiście uważam za dużą wartość. Artystyczny ferment nie powstałby w warunkach spoczynku. Żeby powstało coś intrygującego, musi zadziać się proces – nie zawsze łatwy, ale taki, w którym coś się spala, buzuje, przepoczwarza. Wtedy sztuka jest pełna kolorów i odcieni, nie jest płaska. We WCIAS było kiedyś dużo dyskusji, dużo rozmów, proces twórczy między nami był niezwykle dynamiczny.
Sporo było tych kontrapunktów. Zawsze jednak owocem było coś, z czego obaj byliśmy zadowoleni.
Dzisiaj jest inaczej – zdaje się, że nasze myślenie o muzyce i sztuce jest bardzo zbieżne, aczkolwiek jest to wynik wieloletniego procesu i znowu – to stan artystycznego „ja” na dzień dzisiejszy. Zdaje się, że obaj siedzimy teraz bliżej osi wahadła, jest równowaga. Myślę, że będzie to mocno słyszalne na naszej najnowszej płycie.
SG: W waszej twórczości zawsze sporo było muzyki elektronicznej, indie rocka, popu, a jednak to właśnie tradycyjna muzyka ludowa stanowiła jej najważniejszą część. Dlaczego to właśnie ona jest podstawą, tym fundamentem, na którym opieracie swoją muzykę?
KM: Odkąd pamiętam, czymś niezwykle ważnym w twórczości była dla nas autentyczność. Czyli bycie sobą, nieudawanie, szczerość. Muzyka ludowa – muzyka wiejskich muzykantów – to sztuka samorodna, niewymuszona i do bólu szczera, zarówno w słowach, jak i w grze. Kiedyś nie potrafiłem tego nazwać, dziś wiem, że właśnie o to chodzi – że w tej muzyce widać człowieka, widać jego wrażliwość.
To się mocno łączyło z tym, jak myślałem o sztuce, zanim zacząłem zajmować się tradycją.
Ktoś kiedyś powiedział mi tak: „Muzyk gra to, co słyszy, muzykant – to, co czuje”. I to pasowało zarówno do twórczości WCIAS, jak i do ludowej muzyki. Te dwa punkty – komponowanie autorskich utworów i granie do tańca – łączą krzywą, na której powstaje nasza muzyka. A polska muzyka wiejskich muzykantów już sama w sobie jest niepowtarzalna i fascynująca – w rytmice, melodii i w brzmieniu. Równie ważny jest dla mnie kontekst korzeni i przodków – muzyka ludowa jest dla mnie łącznikiem tego, co kiedyś, z tym, co teraz.
SG: Nie od dziś współpracujesz ze Stowarzyszeniem Dom Tańca Poznań oraz Fundacją Muzyka Zakorzeniona. Co daje ci ta współpraca nie tylko jako muzykowi, ale po prostu człowiekowi?
KM: To przede wszystkim fantastyczna przygoda z muzyką. Odkąd zacząłem uczęszczać na spotkania Domu Tańca, czuję, jak bardzo rozwijam się jako muzyk – nawet w kwestiach czysto technicznych: granie do tańca to duże wyzwanie, nie ma elektroniki, odtwarzaczy. Jest tylko to, co jako muzyk zagrasz tancerzom pod nogę – a bywają oni wymagający. Jeśli chodzi o aspekt humanistyczny, to w życiu bardzo ważne jest dla mnie robić coś wartościowego dla innych. Działając w tych organizacjach, mogę, rozwijając własną pasję, jednocześnie dawać publiczności coś, na czym im zależy i z czego czerpią radość. To ogromna satysfakcja. Co równie istotne, Stowarzyszenie Dom Tańca Poznań to wspólnota ludzi – przestrzeń spotkań, przyjaźni i wspólnego działania.
SG: W ramach otrzymanego stypendium komponujesz utwory właśnie na nowy album We Call It A Sound i wiadomo, że są one oparte na motywach tradycyjnych wielkopolskiej wsi. O jakie dokładnie motywy chodzi? Jak przebiegają prace nad tym materiałem?
KM: Chodzi przede wszystkim o muzykę wielkopolskich dudziarzy. Sam gram na dudach wielkopolskich w sposób tradycyjny. Na płycie rozszerzymy tę formułę. Praca nad materiałem to przede wszystkim spotkania i długie improwizacje. Stawiamy na organiczność, brzmienie i długie ogrywanie melodii.
SG: Kiedy możemy spodziewać się albumu? I jak zapowiada się u ciebie drugie półrocze pod kątem koncertowym?
KM: Album ukaże się na koniec roku 2025. W międzyczasie będzie dużo działań wokół Domu Tańca Poznań i Fundacji Muzyka Zakorzeniona – koncerty, audycje, nagrania. Koncerty We Call It A Sound planujemy na rok 2026.
*Karol Majerowski – muzyk, śpiewak, kompozytor. Pochodzi z Kębłowa w powiecie wolsztyńskim. Gra do tańca i koncertuje w całej Polsce. Aktywny członek Stowarzyszenia Dom Tańca Poznań i Fundacji Muzyka Zakorzeniona. W ramach stypendium skomponuje utwory muzyczne oparte na motywach tradycyjnych wielkopolskiej wsi, które złożą się na piąty autorski album projektu WCIAS (We Call It a Sound).









