fot. Dawid Stube, zdj. ze spektaklu "Krótka rozmowa ze Śmiercią"

My z Prowansji

Prowansja – cudowna kraina słońca, niezwykłych gór i malowniczych plaż, cel westchnień artystów, ale i zwykłych turystów. To tam, w miejscowości Orange, znajduje się znakomicie zachowany rzymski teatr z I wieku p.n.e.

Właśnie Rzymianom ten region zawdzięcza swoją obecną nazwę, która przywołuje tak jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Nazwa Prowansja pochodzi od łacińskiego słowa provincia, które oznaczało teren podporządkowany Rzymowi. Wielu żołnierzy rzymskich wybierało ten teren na swoją emeryturę, do dziś można podziwiać tam zabytki z okresu imperium.

 

Słowo, które oznaczało po prostu „obszar administracyjny” stało się synonimem miejsc opóźnionych w rozwoju wobec jakiegoś „centrum”, przestarzałych, nie-do-rozwiniętych bądź opacznie interpretujących nurty, trendy powstałe tam, gdzie znajduje się ośrodek uważany za najważniejszy.

Centrum z definicji ustanawia standardy, prowincja – również apriorycznie – nigdy im nie dorówna. Jeśli nawet wydaje się, że dorównuje, zawsze znajdą się tacy, którzy przypomną prowincji miejsce w szeregu.

Naj… w teatrze

Koniec roku w teatrze to, podobnie jak koniec sezonu, okres tworzenia rankingów, różnych naj… w licznych kategoriach. O sporządzanie tego rodzaju rankingów proszeni są głównie krytycy teatralni pracujący dla ogólnopolskich mediów. Tyle że te „ogólnopolskie” mają swoją siedzibę w jednym mieście znanym jako stolica.

 

Nazwa owego miasta nie jest istotna dla sprawy, o której piszę – liczy się właśnie jego centralność jako ośrodka władzy, tworzenia opinii, ustanawiania trendów.

Nic więc dziwnego, że w rankingach tworzonych przez osoby tak centralnie zgrupowane, wszystko to, co znajduje się poza owym głównym ośrodkiem, nie jest przedmiotem zainteresowania. Bo po co tłuc się kilkaset kilometrów do jakiegoś teatru (i kto za to wszystko zapłaci?), skoro centrum zapewnia co wieczór duży wybór dzieł do konsumpcji na miejscu? Jeśli coś jest warte zobaczenia, prędzej czy później trafi na któryś z centralnych festiwali, gdzie będzie można to obejrzeć. I wtedy ewentualnie ująć w jakimś rankingu.

Dlatego z dużym zaciekawieniem śledziłam dyskusję, jaką wywołał post recenzenta Przemysława Guldy (niegdyś z Gdańska, teraz już ze stolicy):

 

„Bardzo chciałbym zobaczyć zestawienie typu »najlepsze spektakle roku 2021 (ale nie w Warszawie i Krakowie)«, bo z tych, które widziałem, wynika jasno, że w zasadzie nigdzie indziej nic ciekawego się nie wydarzyło, a to absolutna nieprawda”.

 

Zachęcony przez komentatorów dziennikarz wymienił spektakle spoza tych dwóch miast i trochę się ich uzbierało. Nie wiadomo tylko, czy stworzenie takiej osobnej kategorii „spektakle spoza Warszawy i Krakowa” sugeruje, że trudno im się równać z tymi warszawskimi i krakowskimi? Mamy taką teatralną „ekstraklasę” i jakąś ewentualną „pierwszą ligę”? W rankingu „pierwszej ligi” znalazły się teatry z Kielc, Gniezna, Wałbrzycha, Białegostoku, Poznania, Wrocławia, Łodzi, Bydgoszczy czy Gdańska.

Prowincja

W dyskusji pod ową listą pojawiło się to straszne słowo na „p”, które wyznaczyło miejsce wymienionych spektakli na prowincji. Choć zostało użyte nie w sposób piętnujący, natychmiast w innych wypowiedziach pojawił się wartościujący aspekt tego słowa. Że „prowincja” to miejsce omijane przez krytykę, która w związku z tym nie ma pojęcia, co się tam dzieje. Że aktorzy „prowincjonalni” jednak nie sprawdzają się w konfrontacji z dużymi, warszawskimi scenami, bo jako „mało doświadczeni” są „onieśmieleni”, występując na nich.

 

Słowem: prowincja jest i pozostanie prowincją, bo jest prowincją.

Zastanawia mnie, czy ktoś tak kategoryzujący aktorów zastanowił się, że wszyscy oni (i ci z Warszawy, i ci z Koszalina) kończyli te same kilka szkół w Polsce? Że to, iż ktoś nie gra w Warszawie, nie oznacza automatycznie, że jest „gorszy”, tylko może po prostu woli inne miejsce do życia? A czy reżyserzy pracujący w „centrum”, jak i poza nim, muszą obniżać swoje wymagania wobec aktorów „z prowincji”, skoro – znów a priori – uznawani są oni za „gorszych”?

 

Tworzenie rankingów, budowanie tabel oceniających jest formą sprawowania władzy, wytwarzania relacji podległości i zapewnia utrzymywanie status quo, a to że czasem nie ma to odwzorowania w rzeczywistości, to już całkiem odrębna sprawa.

Pamiętam, jak kilka lat temu w rankingu miesięcznika „Teatr” w kategorii „najlepszy spektakl lalkowy” wygrało przedstawienie teatru dla dzieci, który ma swoją siedzibę w Pałacu Kultury i Nauki. Bardzo gwałtownie zareagowało na wygraną środowisko lalkarskie, zarzucając, że pominięte w zestawieniu zostały inne, o wiele ciekawsze przedstawienia. Tajemnicę wygranej udało się stosunkowo łatwo rozwikłać: spektakl lalkowy miał swoją premierę tego samego dnia co przedstawienie w sąsiadującym z nim teatrze dramatycznym, tyle że dwie godziny wcześniej. W ten sposób krytykom, którzy przyszli na premierę „poważnego” spektaklu, bez trudu udało się zaliczyć także ten lalkowy i tak oto okazał się on być „najlepszym” w sezonie.

Trudno, być może należy się z tym pogodzić, że przyciągnięcie recenzentów z „centrum” do teatrów spoza niego jest trudnym zadaniem. Bycie recenzentem to nie służba publiczna, ale sposób zarabiania na życie i trudno się dziwić, że postawa „koszty nie pokrywają przychodów” jest tak powszechna.

Showcase

Kilka scen spoza centrum (Bydgoszcz, Wałbrzych, Legnica) próbowało sobie z tym radzić tworząc własne festiwale w formie showcase – przez kolejne dni grane były różne spektakle, a zaproszeni goście mogli w tej kompaktowej formie zapoznać się z nowym repertuarem teatru.

 

W Wielkopolsce formę takiego showcase wiele lat temu pełnił, istniejący w ramach festiwalu Malta, nurt Poznań na Malcie. Skoro festiwal finansowany jest w dużej mierze z samorządowych pieniędzy, może warto by wrócić do pomysłu wykorzystywania go jako kompleksowej promocji wielkopolskich teatrów?

Albo corocznie przygotowywać osobne wydarzenie „Teatr Wielkopolska”, na którym można by przedstawić potencjał naszych scen? Byłoby to także promocją współpracy między lokalnymi teatrami i pokazywałoby, że tu, w tej „prowincji”, naprawdę umiemy tworzyć inne od rywalizacji relacje między podmiotami zajmującymi się teatrem.

O tym, że byłoby co pokazywać na takim showcase, przekonało mnie zerknięcie na inne rankingi teatralne. Są w naszym kraju dwie komisje, złożone z krytyków teatralnych, których obowiązkiem jest oglądanie przedstawień w całej Polsce. Muszą zobaczyć spektakle, które zostały zgłoszone przez same teatry do dwóch konkursów: „Klasyka Żywa” i Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

 

„Matka”, Teatr Nowy, fot. Rafał Cielek

„Matka”, Teatr Nowy, fot. Rafał Cielek

Oczywiście komisje te oglądają tylko przedstawienia, które mieszczą się w formułach konkursów, nie śledzą całości polskiego życia teatralnego. Są jednak jedynymi, które mają przekrojowy wgląd w to, co dzieje się na polskich scenach – oglądają prace reżyserów, aktorów, scenografów w różnych teatrach.

To jedyni ludzie, którzy mają podstawy do tego, by oceniać generalnie polski teatr, ponieważ widzą ponad setkę przedstawień w sezonie i dzięki temu mają materiał porównawczy. Wielkopolskie teatry wypadają w tym ogólnopolskim porównaniu całkiem nieźle. W finale „Klasyki Żywej” na cztery spektakle aż dwa pochodziły z naszej prowincji: „Matka” Teatru Nowego z Poznania i „Krótka rozmową ze Śmiercią” Teatru Fredry w Gnieźnie.

Natomiast na dwanaście spektakli, które znalazły się w finale Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, aż trzy są w Wielkopolski. Czy nie stawia to naszych prowincjonalnych teatrów na bardzo wysokiej pozycji? My z Prowansji wypadamy w nich dużo lepiej niż ci, obok których kroczą pretorianie.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
3
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0