fot. Sonia Rammer

Na tropach yeti i helołsów

W Nepalu ludzie borykają się z podstawowymi problemami. Projekt artystyczny o yeti, który  chciałam tam rozpocząć, wydał mi się idiotyczny. Zobaczyłam, że jest to nie na miejscu, że powinnam zakasać rękawy i naprawiać z nimi dachy – mówi artystka Sonia Rammer

EWELINA JAROSZ: Jak znalazłaś się w Nepalu?

SONIA RAMMER: Od pewnego czasu staram się łączyć pracę artystyczną z podróżowaniem. Wybieram rejony mało dostępne, wywołujące napięcie między człowiekiem i naturą, od której jesteśmy coraz dalej. Stąd wziął się Nepal jako miejsce, w którym mogłabym realizować projekty artystyczne i którego wcześniej, tak jak wiele osób, myliłam z Tybetem [śmiech]. Tam znalazłam artystyczną rezydencję.

 

Nepal jest „wciśnięty” między dwa olbrzymie kraje: Indie i Chiny, które napierają na Nepalczyków i wywierają presję dotyczące  określonych działań politycznych w stosunku do tybetańskich uchodźców.

Wrzeniu politycznemu towarzyszy wrzenie pod ziemią w postaci wstrząsów sejsmicznych i trzęsień ziemi. Jest to kraj biedny i nieduży, o powierzchni mniej więcej połowy Polski. Są tam rejony górskie w ogóle niezamieszkałe.

 

Od jakiego miejsca zaczęłaś swoją podróż i jakie było Twoje pierwsze wrażenie?

Zaczęłam od Kathmandu, a następnie udałam się do Bhaktapur, które jest miastem o wiele mniej zanieczyszczonym niż położone nieopodal Kathmandu. Tam można przynajmniej oddychać. Stopień zanieczyszczenia i zaśmiecenia Nepalu uderzył mnie w tym kraju najbardziej.

Chcąc zaprotestować przeciwko katastrofalnej kondycji środowiska grupa studentów, do której przyłączyli się artyści, zainicjowała projekt polegający na zakładaniu pomnikom masek. W Kathmandu odczułam również wrzenie kulturowe i religijne. Buddyzm miesza się tam z hinduizmem.

 

Czy zwróciłaś może w tych wierzeniach uwagę na elementy feministyczne?

Raczej antyfeministyczne… Ten element to Kumari, czyli nepalska żyjąca bogini, którą czczą hindusi i buddyści, ale nie tybetańscy buddyści.

 

Jest ona wybierana spośród dziewczynek z bogatej kasty nepalskiego ludu Newarów. Kumari sprawuje swoje rządy do pierwszej menstruacji i nie wolno jej się skaleczyć.

Choroba jest kolejnym czynnikiem, który wyklucza ją ze sprawowania rządów. Te dziewczynki są zabierane ze swoich rodzinnych domów. Otrzymują edukację, ale nie tak dobrą jak by to sobie można było wyobrazić, ponieważ wierzenie jest takie, że Kumari wie wszystko, czego potrzeba, więc nie trzeba jej zanadto kształcić. Kumari pojawia się w oknie swojego pałacu i pozdrawia. To jest dużo większa opowieść, niż pozwalają na to ramy tego wywiadu.

 

Jak przemieszczałaś się po Nepalu i co niosło ze sobą doświadczenie podróżowania?

Siedziba Kumari, fot. Sonia Rammer

Lokalny transport w Nepalu bardzo mnie fascynował. Aby dotrzeć z miasta do miasta, na niewielkich dystansach, ludzie przemieszczają się małymi busami. Te busy zawsze wypchane są po brzegi do tego stopnia, że niekiedy przechylają się w trakcie jazdy. Nie trzeba kupować biletów, po prostu płaci się i jedzie.

Wszechobecnymi składnikami podróży są piasek, pył i porozrzucane cegły. Obecność wypalarni cegieł związana jest z ciągłą odbudową kraju. Nepalczycy pieczołowicie odbudowują swoje domy po trzęsieniach ziemi, starając się zachować elementy oryginalnej architektury. Nie spotkałam się z tym, aby turyści byli liczeni za przejazd inaczej niż miejscowi [śmiech].

 

Warto wspomnieć, że biali turyści nazywani są przez nepalskie dzieci „helołsami”, ponieważ mówią do nich „heloł”, na co nepalskie dzieci machają do nich dłońmi na powitanie.

Z kolei w miastach wszędzie jest pełno instalacji z kabli, tworzących nad głowami pajęczą sieć, całkiem interesującą z punktu doświadczenia wizualnego. Po miastach turyści przemieszczają się rikszami, taksówkami. Rikszarze obowiązkowo mają na twarzach maseczki chroniące ich przez zanieczyszczonym powietrzem.

 

Jak wygląda opieka medyczna w Nepalu?

Moja znajomość tego tematu wiąże się z kolejnym przystankiem w drodze na rezydencję do Marphy, którym była Pokhara. Wiodła tam bardzo ciekawa droga. Planuję zrobić z tej drogi fotobooka.

Mój dłuższy pobyt tam był poniekąd przypadkowy, gdyż okazało się, że droga do Marphy jest zasypana. Zatrzymała mnie tam również dziwna przygoda medyczna. W Pokharze złamałam ząb i musiałam się udać do szpitala, żeby mi go usunęli. Trwało to dwie godziny. Pani nie mogła sobie z tym poradzić. Zabieg wykonany był w takich warunkach, że pomyślałam, że dobrze, że zaszczepiłam się przed wyjazdem.

 

A jak odczuwałaś upływ czasu w tak odmiennych warunkach kulturowych?

Droga z Kathmandu do Pokhary, fot. Sonia Rammer

Różnicę poczułam w sposób szczególny w drodze do Marphy, która była miejscem docelowym mojej podróży. Spędziłam tam cztery tygodnie. Jest to malutka wioska położona w Dolnym Mustangu. To północna część Nepalu, bardzo blisko chińskiej granicy. Do granicy z Górnym Mustangiem widzie szutrowa droga, którą można się poruszać.

Do Marphy dojechałam jeepem. Podróż trwała cały dzień z uwagi na zatamowany ruch na tej drodze. Tu dziura, tam coś się zawaliło i spadło na drogę. Czasem był to śnieg. To wszystko pozwoliło mi znaleźć się w zupełnie innym rejestrze czasowym, tzw. „Nepal time”. Opóźnienia w Nepalu nie liczą się w godzinach, lecz w dniach.

 

Co robiłaś w Marphie w trakcie swojej rezydencji artystycznej?

Marpha jest położona na wysokości około 2800 m n.p.m. To jest normalna dla tego miejsca wysokość dla zakładania ludzkiej osady. Żeby się zaaklimatyzować, przed dalszą podróżą chodziłam na spacery do wysokości 3500 m n.p.m.

 

Mieszkałam w siedzibie Fundacji Marpha, założonej w 2014 roku przez Amerykankę Jessikę Kain. Jest to pozarządowa organizacja, która zajmuje się edukacją i opieką nad małymi dziećmi z okolic Marphy.

Fundacja zajmuje się również edukacją wczesnoszkolną i zatrudnia nepalskie nauczycielki. Proponuje inny model edukacji niż nepalska szkoła, która nie oferuje twórczej edukacji. W ramach fundacji działają ludzie z całego świata, którzy prowadzą z dziećmi zajęcia artystyczne.

Wnętrze Fundacji Marpha, fot. Sonia Rammer

Najpierw chciałam opowiedzieć o ludziach, którzy są dla mnie ważni. Borykają się tam oni z bardzo podstawowymi problemami, przez co było mi trudno rozpocząć swój projekt artystyczny o yeti, który z tej perspektywy wydał mi się idiotyczny. Zobaczyłam, że jest to nie na miejscu, że powinnam zakasać rękawy i naprawiać z nimi dachy. To było również wrażenie innych osób, które tam zastałam.

Przyjechałam do Marphy z pomysłem projektu o yeti. Myślałam, że ta postać jest znana nepalskim dzieciom, ale myliłam się. Tę postać znają tylko dzieci, które wychowują się w rodzinach Szerpów, w Mustangu nikt nie wie yeti. Żeby wykorzystać mój yeti-potencjał w postaci kostiumu, który przywiozłam, musiałam najpierw opowiedzieć dzieciom bajkę o tej tajemniczej istocie.

 

„Wołając do Yeti”, bo tak brzmi pełny tytuł projektu, to performatywne i transdyscyplinarne przedsięwzięcie, które stanowi rozwinięcie moich wcześniejszych artystycznych i podróżniczych poszukiwań.

Poprzez przywołanie istoty yeti po raz kolejny próbuję określić relację współczesnego człowieka wobec natury, jak również jego poczucie łączności z otaczającym „nieucywilizowanym światem”. Początkowo w Nepalu chciałam tylko „kolekcjonować” ślady yeti, uprawiać flirt z krypto-nauką, podążać drogą wyimaginowanej Istoty, spisywać podania i doświadczenia lokalnej społeczności. Pomysł „wcielenia się” w yeti pojawił się gdzieś po drodze, kiedy snułam rozważania na temat ludzkiego i nie-ludzkiego.

 

Obserwując wyeksploatowanie ziemi, można śmiało skonstatować: człowiek – co to za przedziwny i głupi gatunek.

Zabawa z Yeti, fot. Sonia Rammer

I tu wkracza posthumanizm, który detronizuje człowieka. Przebierając się za yeti , wytrącałam się w jakimś sensie ze swojej ludzkiej pozycji, to było niesamowicie odkrywcze doświadczenie. Yeti jest dla mnie interesującą istotą z wielu powodów. Przede wszystkim stanowi rodzaj brakującego ogniwa pomiędzy światem człowieka i zwierząt, jest ni tym, ni owym, gdzieś pomiędzy. W tej swojej nieokreśloności yeti rozpalał wyobraźnię wielu podróżników, również słynnych himalaistów, którzy twierdzili, że go widzieli.

 

Obecność yeti w legendach Szerpów związana jest natomiast z oswajaniem lęków, które towarzyszą górskim wędrówkom i spotkaniom z dzikimi zwierzętami.

I to też jest ciekawe, że postać „małpoluda”, która jest częścią folkloru, stała się bohaterem popkultury, a nawet obiektem badań. Póki co mam spory materiał filmowy i fotograficzny oraz własne odczucia i refleksje związane ze „stawaniem się” yeti. Nie do końca wiem, gdzie zaprowadzi mnie ten projekt i jaki uzyska wymiar wizualny i intelektualny. Niemniej czuję już teraz, że zdarzyło się coś bardzo istotnego w mojej praktyce artystycznej.

Proces twórczy zawarł się w drodze, w bezpośrednim dotykaniu innej kultury, w performatywności. Przestałam się chować za „wyprodukowanym” dziełem, wyszłam z projektem w przestrzeń publiczną, zaczęłam go używać jako narzędzia do opowiadania o istotnych problemach (Tybetańczycy, ochrona środowiska itd.). Nigdy nie miałam natury aktywistki, ale może to też się zmieni, ponieważ czuję bardzo mocno, że sztuka nie powinna być obojętna, że powinna „mówić” za pośrednictwem wrażliwości artysty o problemach istotnych, również z perspektywy ogólnoplanetarnej.

 

Dziękuję za rozmowę.

SONIA RAMMER – dr hab. sztuk pięknych, artystka, psycholożka, podróżniczka, zawodowo związana z Uniwersytetem Artystycznym w Poznaniu (Wydział Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa). Zajmuje się sztuką oraz teorią ze szczególnym uwzględnieniem psychologicznych aspektów twórczości. Brała udział w wystawach zbiorowych, indywidualnych oraz konferencjach. Autorka i współautorka tekstów traktujących o fenomenie twórczości z perspektywy psychoanalitycznej.

W centrum zainteresowania artystki znajduje się człowiek, jego egzystencja, emocje, kruchość, pamięć. Interesuje ją ambiwalentna rola, jaką odgrywa w świecie jednostka, będąc jednocześnie częścią natury, jak i elementem wchodzącym z naturą w nieustający konflikt. Podejmuje problemy związane z nieuchronną skończonością egzystencji, a poprzez tworzenie usiłuje przywołać, czasem wskrzesić, ocalić to, co już zostało lub za chwilę będzie utracone. Ważną inspirację stanowi dla niej podróżowanie, przy czym proces przemieszczania się pojmuje nie tylko w dosłowny sposób.

CZYTAJ TAKŻE: Romantyczne BDSM w Muzeum Narodowym

CZYTAJ TAKŻE: Szczęście powiedziało „Nie szukaj mnie”. Rozmowa z Anastasią Pataridze

CZYTAJ TAKŻE: Syria Macieja Moskwy